• Anna Giza-Poleszczuk
13.03.2020

Pozorność podziałów

Pamiętajmy, że partie polityczne konstruują swoje elektoraty. Obywatele wcale niekoniecznie identyfikują się z narzucanymi im etykietami. W życiu społecznym nie jesteśmy skazani na konfrontację - mówiła Anna Giza-Poleszczuk podczas konferencji „Po transformacji: dwie strategie wobec przyszłości” w Fundacji Batorego.

Autor: geralt, Canva

Niemalże odruchowo mówimy „polskie społeczeństwo”. Powinniśmy jednak pamiętać, że za tym sformułowaniem kryje się ponad 38 milionów osób. Ta wielka grupa nieustannie się zmienia. Wymieniają się pokolenia, zmieniają się podziały, różnicujące to społeczeństwo. Wszelkie uogólnienia są zatem ryzykowne i zanim powiemy, że polskie społeczeństwo jest w taki czy inny sposób podzielone, najpierw postarajmy się przypomnieć sobie, o czym mówimy i jaki jest zakres tego twierdzenia.

Pamiętajmy też, że partie polityczne świadomie konstruują swoje elektoraty, identyfikując najbardziej obiecującą grupę docelową, jak np. emeryci, którzy – jak wiadomo – stanowią w grupie wyborców blisko 30%, więc jest to łakomy kąsek. Dodatkowo starsze pokolenie jest karne i frekwencja w tej grupie jest najwyższa.

Partie polityczne stają się rzecznikami istnienia swoich elektoratów, którym przypisują pewne cechy, jak również przypisują pewne cechy elektoratowi opozycyjnemu czy też obcemu. Jednocześnie nawet twardy elektorat Prawa i Sprawiedliwości nie jest do końca sformatowany. To nie jest zresztą przypadek. Ten elektorat ze swoimi etykietami w rodzaju „Ciemnogród”, „moherowe berety” albo – wprost przeciwnie – „obrońcy wiary” jest konstruktem, który służy mobilizowaniu czy też, jak ktoś ładnie powiedział, pomaga mocno przytulić do piersi, żeby przypadkiem nie uciekli w dniu wyborów.

Być może część ludzi zaczyna się identyfikować z nadawanymi elektoratom etykietami – nie wiadomo jednak, jak wielka jest to grupa osób. Jednak przede wszystkim pamiętajmy, że mamy do czynienia z nieustannym procesem formowania i nazywania, a nie odkrywania istniejącej rzeczywistości. Z jednej strony, jest to proces psychologicznie ciekawy. Kiedy ktoś słyszy, że należy do grupy ludzi, którzy szukają zakorzenienia, są zagubieni, zalęknieni, poszukują ram, są niesamodzielni itd., to w reakcji na te określenia może się wkurzyć – taka kwalifikacja powoduje natychmiast pojawienie się słynnego dysonansu poznawczego. W psychologii mechanizmy i procesy etykietowania są bardzo dobrze opisane.

Musimy o tym pamiętać, kiedy mówimy o części współobywateli, że są cyniczni, egoistyczni, nie mają żadnych wartości czy rozkradają majątek narodowy. Wszystkie próby przekonania tych „drugich”, że nie mają racji, są kontr-produktywne, ponieważ tylko umacniają ich dotychczasowe przekonania.

Jednak przede wszystkim nie jestem pewna, czy istnieją jakieś dwie duże grupy do których można zapisać większość Polek i Polaków. Czy można ich podzielić na  wyemancypowanych i zakorzenionych. Jak wiele osób można w ten sposób opisać. I czy rzeczywiście obie te postawy  pozostają w stanie wzajemnej konfrontacji? Oczywiście, wszyscy znamy opowieści o kłótniach rodzinnych – ale jak wiele ich było, czy rzeczywiście na tym podłożu, czy innym – tego nie wiadomo. Konflikty i podziały zaś są zawsze, ludzie się między sobą różnią. I łatwo nałożyć na te konflikty inny dodatkowy, ideologiczny wymiar.     Kiedy wreszcie widzę przeciwstawienia „emancypacja” czy „zakorzenienie”, to  zaczynam się zastanawiać, gdzie jest moje miejsce. Z jednej strony poszukuję zakorzeniania.  Są dla mnie ważne więzi rodzinne, moje dzieci, moja Mama. Z drugiej strony nie czuję się zniewolona przez struktury, które są istotnym źródłem zakorzenienia. Istnieją nie tylko wspólne dziury, ale też wspólne przestrzenie. Kategorią, do której bym dążyła, chcąc opisać samą siebie, jest autonomia: nie chodzi wyemancypowanie siebie czy zakorzenienie się, tylko szukanie swojej drogi.

Istotne jest wreszcie pytanie: jeżeli za podziałem współobywateli na dwie zasadnicze, różne grupy kryją się realnie istniejące różnice, to czy jesteśmy skazani na wieczną konfrontację, czy też jest szansa dokonania syntezy tych postaw? Moim zdaniem, odpowiedź zależy od tego, co opisujący (i nazywający) rzeczywistość zrobią. Czy nadal będą snuć konfrontacyjną opowieść, czy też będą próbować pomóc we wzajemnym zrozumieniu.

Na koniec podzielę się doświadczeniem w mojej wspólnocie mieszkaniowej. Udało się w niej doprowadzić do sytuacji, w której właściciele dużych i małych mieszkań zrozumieli, że mają wspólne interesy. Udało się to, ponieważ grupa ludzi dobrej woli wykonała ogromną pracę, dzięki której wszyscy się usłyszeli i podzielili  swoimi doświadczeniami. Potrzebujemy takiej pracy, a nie ciągłego podsycania konfliktu i dorabiania kolejnych gąb naszym przeciwnikom, niezależnie od tego, po której stronie jest przeciwnik. Warto zatem powstrzymać się od generalizacji i zastanowić nad tym, jak można pracować ze współobywatelami i pomoc im zrozumieć, że permanentna konfrontacja jest przede wszystkim instrumentem politycznym.

 

Anna Giza-Poleszczuk – prof. w Instytucie Socjologii UW, w latach 2016-2019 prorektor UW ds. rozwoju.

Pomóż nam nagłaśniać tematy ważne społecznie.
Twoja darowizna wesprze powstawanie naszych tekstów.

Wspieraj