• Renata Mieńkowska-Norkiene
09.07.2020

Czy w czasach pandemii Unia zawiodła?

Z nadejściem pandemii nasiliły się głosy o konieczności tzw. renacjonalizacji Unii Europejskiej. Mówi się o powrocie do koncepcji większej efektywności państw członkowskich kosztem Unii Europejskiej jako całości. Panuje też spore zamieszanie dotyczące tego, co Unia Europejska zrobiła w sprawie COVID-19.


Przekonanie o konieczności renacjonalizacji nie jest nowe – od kilkunastu lat ten postulat jest wysuwany przez rozmaite gremia. Jednak dotąd nie przełożył się on na konkretne decyzje, z wyjątkiem jednej, która – paradoksalnie – może okazać się pomocna w okresie wychodzenia z pandemii. Chodzi oczywiście o Brexit. Gdyby nie decyzja Wielkiej Brytanii, stałego „hamulcowego” w Unii, o jej opuszczeniu, to prawdopodobnie efektywność działań Wspólnoty byłaby dzisiaj dużo niższa.

Zatem, czy Unia Europejskiej sprawdziła się w obliczu zagrożenia COVID-19? Moim zdaniem, nie tylko zdała egzamin, lecz zrobiła to wzorowo. Jest to nie tylko zdanie analityków czy euroentuzjastów, ale obywateli UE. Systematycznie przeprowadza się badania dotyczące oceny przez obywateli jej działań w czasie pandemii – zarówno w krajach członkowskich, jak i eurobarometrowe. Wyniki przypominają te z czasu wychodzenia z kryzysu finansowego i gospodarczego lat 2008–2012. Obywatele UE w większym stopniu uważają, że Wspólnota lepiej sobie radzi z kryzysem niż poszczególne państwa członkowskie. To ważna informacja, która jednocześnie pokazuje, jak wiele jest dezinformacji w przestrzeni publicznej.

Dlaczego zatem tak dużo mówi się o tym, że Unia Europejska zawiodła? Wielu polityków traktuje instrumentalnie pandemię i stara się wykorzystać ją do realizacji swych doraźnych interesów na poziomie krajowym. Szczególnie jest to widoczne w krajach, które wchodzą w okres wyborczy lub dla których istotną polityczną kwestią są obecne negocjacje budżetowe UE.


Uważasz, że tematy, o których piszemy są ważne? Zobacz, jak możesz wesprzeć nasze działania >>> WSPIERAM


Ale co Unia zrobiła, by można powiedzieć dzisiaj, że zdała egzamin? Być może nauczona doświadczeniami kryzysu z lat 2008–2012, mimo trudności, poradziła sobie z utrzymaniem zasady solidarności. Teraz ta zasada działa lepiej, ale trzeba mieć świadomość, że wiele jest do zrobienia, by naprawdę odczuły to państwa członkowskie i poszczególni obywatele.

Pod koniec lutego 2020 odbyła się konferencja prasowa komisarzy odpowiedzialnych za zdrowie i za kwestie społeczne w Unii Europejskiej. Mówiono wtedy, że zbliża się pandemia. Wiedziano już nie tylko o problemach Chin, ale zdawano sobie sprawę, że Europa także będzie musiała zmierzyć się z COVID-19. Jednak na spotkaniu ministrów zdrowia państw członkowskich niemal wszyscy jego uczestnicy zadeklarowali, że dadzą sobie radę na poziomie krajowym, zatem Unia nie musi jako całość podejmować działań. Co więcej, nie powinna tego robić, bowiem ochrona zdrowia nie należy do kompetencji UE. Owszem, w kampanii towarzyszącej ostatnim wyborom do Parlamentu Europejskiego wielu kandydatów pochodzących z krajów proeuropejskich postulowało, aby przenieść na poziom europejski przynajmniej w jakiejś części kwestie ochrony zdrowia, aby kompetencje były dzielone. Byłoby to bowiem korzystne zwłaszcza w krajach południa i wschodu Unii, które mają problemy z funkcjonowaniem systemu ochrony zdrowia. Jednak w tej sprawie nie dokonano żadnych zmian.

Tymczasem we Włoszech przyszła fala masowych zachorowań i od razu pojawiły się zarzuty, że Unia Europejska nic w tej sprawie nie robi. Włoscy politycy zarzucali Wspólnocie bezczynność. Mówili, że ich kraj został pozostawiony sam sobie. Tymczasem Unia wychodziła z propozycjami, ale nie mogła wykroczyć poza własne kompetencje. Starała się podtrzymać wewnątrzeuropejską solidarność, m.in. powstrzymując zamykanie granic wewnętrznych. Wraz ze wzrostem zagrożenia zaczęto myśleć o wygospodarowaniu środków, a Komisja Europejska wywierała presję na państwa członkowskie, by skłonić je do większej solidarności. Przypominała, że pandemia zaczęła się we Włoszech, Francji i Hiszpanii, ale za chwilę choroba może pojawić się w każdym kraju.

Jednak dopiero kiedy COVID-19 zaczął się rozprzestrzeniać na obszar całej Wspólnoty, okazało się, że państwa członkowskie tego problemu nie udźwigną bez wsparcia UE. Unii Europejskiej udało się krok po kroku skoordynować zamknięcie granic zewnętrznych i wydawać jej członkom wytyczne, jak zarządzać granicami wewnętrznymi, jak regulować ruch lotniczy, co wiąże się z zasadami konkurencji i jednolitym rynkiem. To trzeba było uruchomić, aby nie było problemu z dostawami i funkcjonowaniem jednolitego rynku. Tę koordynację Unia Europejska zrobiła naprawdę świetnie.

Równolegle państwa członkowskie mimo wszystko wykorzystywały każdą okazję do atakowania Unii. Robiły to zwłaszcza kraje, gdzie rządzą populiści albo partie, które nie są do końca euroentuzjastyczne. To dość zrozumiały i znany od lat mechanizm: za to, co problematyczne w państwach członkowskich, odpowiada Unia, natomiast to, co robi ona efektywnie i co pomaga podnosić dobrobyt, poszczególne rządy przypisują sobie. W obliczu pandemii koronawirusa ten mechanizm przybrał jednak na sile.

Jednocześnie podczas tego kryzysu Unia Europejska wzmocniła swoją politykę komunikacyjną. Zaczęła publicznie upominać państwa członkowskie i prostować błędne czy nieprawdziwe informacje. Patrząc na wyniki wspomnianych już badań opinii publicznej, można zaryzykować pogląd, że Unia Europejska i jej instytucje nauczyły się lepiej /tłumaczyć obywatelom Wspólnoty to, co było najtrudniejsze.

Co tak naprawdę Unia daje obywatelom? Trzeba wreszcie pamiętać, że Unia Europejska nie tylko łoży środki finansowe. W Polsce często patrzymy na naszą obecność w UE przez pryzmat tego, co otrzymujemy, w tym bardziej oczywistym wymiarze. Nieustannie mówimy o liczbach – co włożyliśmy do budżetu, a ile stamtąd przypłynęło. Tymczasem w postrzeganiu Unii przez jej obywateli i w udzielanym jej poparciu istotne znaczenie mają też wartości. Dobrym przykładem jest nasza ostatnia kampania w wyborach prezydenckich. Unia była oskarżana o wspieranie wartości, których Polacy nie podzielają. Ale jednocześnie dla wielu z nich właśnie te wartości są ważne. Europejczycy myślą głównie w kategoriach finansowych, gospodarczych, wzrostu dobrobytu i dobrostanu społecznego. To jest część podażowa. Ale istnieje też część popytowa. Obywatele chcą się z czymś utożsamiać. Moim zdaniem, w kryzysie COVID-19 Unia Europejska daje poczucie bycia częścią wspólnoty.

Wreszcie, bilans ostatnich miesięcy pokazuje, że nie tylko Unia w walce z pandemią działa względnie efektywnie, ale też reszta świata nie radziła sobie lepiej. Wręcz przeciwnie. Stany Zjednoczone mają dramatyczne problemy, podobnie jak wiele krajów Ameryki Południowej czy Azji. Co więcej, widzimy nawroty epidemii. Okazuje się, że Unia Europejska w oczach obywateli zaczyna odgrywać rolę, którą powinna, czyli krzewić solidarność, spójność, walczyć o subsydiarność, bliskość obywatelom. Wspólnota w końcu zaczęła definiować pojęcia związane z własną działalnością oraz zdała egzamin lepiej niż po kryzysie lat 2008–2012.

 

Renata Mieńkowska-Norkiene – politolożka, dr hab., wykładowczyni w Katedrze Polityk Unii Europejskiej, Wydział Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.

 

Tekst powstał na podstawie wystąpienia podczas debaty forumIdei Fundacji im. Stefana Batorego UE w czasach pandemii: czy czeka nas przełom?


Podobał ci się ten tekst? Pomóż nam działać >>> WSPIERAJ