Dwa miesiące po osiemnastych urodzinach zapakowałam rodzinnego Volkswagena Passata po sam sufit i ustawiłam nawigację na Warszawę. I choć ta chwila wywołała ogromne wzruszenie moich Rodziców, ja zupełnie jej wtedy nie doceniałam. W mojej głowie decyzja o wyprowadzce nie była tak naprawdę decyzją – to była naturalna kolej rzeczy. Wszyscy moi przyjaciele zrobili to samo. Z końcem lata wspólnym wysiłkiem uszczupliliśmy liczbę mieszkańców Dąbrówki (mojej rodzinnej wioski, liczącej jedną ulicę, kościół, szkołę, sklep i niecałe 600 mieszkańców), Jabłowa, Skarszew, Rokocina i innych okolicznych wiosek. Na tym pospolitym ruszeniu jeszcze bardziej ucierpiało nasze miasto powiatowe, Starogard Gdański (50 tysięcy mieszkańców, galeria handlowa z porządnymi sieciówkami, a od kilku lat nawet McDonald’s). Tak drastyczna zmiana miejsca zamieszkania wymagała ode mnie i mojej rodziny poniesienia ogromnych kosztów, nie tylko finansowych. W wieku 18 lat zostałam wyrwana z żywej tkanki społecznej, którą budowałam od urodzenia – zamieszkałam z dala od Rodziców, braci, przyjaciół, nauczycieli, okolicy, którą znałam na wylot. Dlaczego więc postawienie na tę dziką kartę przyszło mi tak łatwo?
Od mojego wyjazdu minęła prawie dekada, którą spędziłam na studiowaniu i pracy w Warszawie. Po tylu latach zaczęłam wreszcie odczuwać nostalgię za miejscem, gdzie się wychowałam. Czasem marzę o powrocie – nie do Dąbrówki, gdzie nadal nie widzę dla siebie miejsca, ale do wyśnionej polskiej wsi złożonej z różnych wspomnień. W moim dziecięcym sercu wyobrażona Dąbrówka jest wolna od hałasu i zanieczyszczeń. Ludzie żyją wolniej i spokojniej, uśmiechają się do siebie na ulicy i dobrze znają swoich sąsiadów. Jest to co do zasady obraz prawdziwy, ale bynajmniej nie pełny. Ściągając różowe, nostalgiczne okulary, łatwo przypomnieć sobie frustrację odczuwaną w każdy weekend, gdy jako nastolatka musiałam prosić Rodziców albo znajomych o podwózkę do domu, bo ostatni autobus z miasta odjeżdżał przed godziną 22:00. Z przystanku musiałam pokonać jeszcze dwa kilometry pieszo, idąc szybkim krokiem przez las, mając nadzieję, że żaden dzik, lis ani obcy mężczyzna nie stanie mi na drodze. Pamiętam paraliżujący strach o miejsce pracy mojej Mamy – szkołę podstawową, która co roku mierzyła się z widmem zamknięcia ze względu na niewystarczającą liczbę uczniów. Pamiętam, jak trudno było dostać się na konsultację do ginekolożki – na prywatną (i bardzo drogą) wizytę musiałam umawiać się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, bo specjalistka przyjeżdżała do najbliższego miasta tylko na jeden dzień w miesiącu.
Choć niesprzyjająca, była to jedyna rzeczywistość, jaką znałam. Na szczęście tkwił we mnie potencjał edukacyjny, który życzliwi dorośli w moim otoczeniu zauważyli odpowiednio wcześnie. Dzięki niemu, ale też dyscyplinie i ambicji zapewniłam sobie przepustkę do „lepszego życia”: dobre oceny i wysokie wyniki egzaminów. W oczach każdego opiekuna, nauczyciela czy pedagoga nie pozostawiały one pola do zbędnych interpretacji. Ukończenie studiów gwarantowało przecież dobrą, a przede wszystkim świetnie płatną pracę. Wybranie innej ścieżki kariery zaprzepaściłoby cały talent, czas i wysiłek, które ja i wszyscy wokół włożyliśmy w moje ponadprzeciętne wyniki edukacyjne. W ten sposób mój studencki los został przypieczętowany na długo, zanim zdążyłam świadomie rozważyć inne opcje. Nie uciekam od własnej odpowiedzialności za ten krok – nauka na Uniwersytecie Warszawskim brzmiała prestiżowo, stolica kusiła możliwościami, a wizja pięciu dodatkowych lat na decyzję o tym, jak chcę ułożyć sobie życie, pozwalała na przedłużenie młodości.
Moja historia, jak wielu innych osób pokolenia Z, może posłużyć za dowód na to, że masowa migracja młodych Polek i Polaków z małych do wielkich ośrodków nie jest tylko efektem ich niepohamowanych ambicji czy podążania za „modą”. Jest efektem pojedynczych, racjonalnych decyzji, podejmowanych przez nich i ich opiekunów w warunkach nierównego dostępu do szans, wiedzy i zasobów. Wystarczy, że powrócimy do opowieści o ograniczonym dostępie do lekarza specjalisty i transportu miejskiego. Nie jest to historia skrajna ani wyjątkowa: 30% polskich uczniów i uczennic ma poczucie, że dostęp do transportu zbiorowego jest problemem w ich miejscu zamieszkania. Wśród mieszkańców terenów wiejskich odsetek ten wynosi 37%[1]. W 2020 roku na terenach wiejskich funkcjonowało 4600 przychodni, co stanowiło 21,5% wszystkich placówek w Polsce, a od 2010 przybyło ich 440.
Z kolei w tym samym roku w miastach działało prawie 16900 przychodni, a przez poprzednie 10 lat ich liczba wzrosła o 4448, czyli ponad dziesięciokrotnie w porównaniu z placówkami wiejskimi[2]. Jakość i dostępność usług publicznych – takich jak system edukacji czy ochrony zdrowia – to niezwykle istotne czynniki konkurencyjne, których zatrważająco niski poziom motywuje młodych do wyjazdu z miejscowości pochodzenia. Trudno planować satysfakcjonujące codzienne życie bez dostępu do podstawowych usług publicznych, a duże miasta nie kuszą wyłącznie liczbą przychodni czy przystanków – mają do zaoferowania także infrastrukturę sportową, kulturalną czy atrakcyjną ofertę edukacyjną. Łatwiej planować założenie rodziny, kiedy się ma pewność, że nasze dzieci uzyskają dostęp do odpowiedniej opieki zdrowotnej, ich szkoła nie zostanie nagle zamknięta, a my ze względu na brak połączenia autobusowego nie będziemy zmuszeni do wykonywania codziennych porannych i popołudniowych kursów autem do placówki edukacyjnej w najbliższym mieście.
Drugim powodem, dla jakiego młodzi mogą uznać decyzję o wyprowadzce do miasta wojewódzkiego za rozsądne rozwiązanie, jest poczucie pokoleniowej odpowiedzialności za osiągnięcie awansu społecznego. Jako pokolenie Z mamy niepowtarzalną szansę na skokową poprawę swojej sytuacji (nie tylko materialnej) i czujemy ogromną presję, aby z tej szansy skorzystać. Wielu młodych, przed którymi w ostatnich latach otworzyła się możliwość migracji wewnętrznej, jest potomkami ludzi, którzy dopiero pokolenie lub dwa temu przestali pracować na roli. Czasem to my jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma możliwość podjęcia studiów lub wyprowadzki z rodzinnej miejscowości. Taki ciężar pokoleniowej pracy, wyrzeczeń i oczekiwań niejako samoistnie funduje nam bilet w jedną stronę do dużego miasta. Podjęcie lub kontynuowanie walki o awans społeczny wymaga w końcu nie tylko wysiłku i odwagi, ale także możliwości oferowanych przez duże ośrodki naukowe, technologiczne, edukacyjne czy kulturowe. Z dostępem do zasobów, których brakowało nam u korzeni.
Wprawdzie migracja wewnętrzna nie musi być spowodowana wyłącznie decyzją edukacyjną, jednak nie da się zaprzeczyć, że dyplom uczelni wyższej był (i nadal jest) ważnym przystankiem na drodze po sukces dla pokolenia Z. Dokładnie 50% Polek i Polaków w wieku 18–29 lat jest obecnie w trakcie studiów lub ma wykształcenie wyższe[3]. Co prawda miasta akademickie nie trzymają absolwentów w swoich granicach administracyjnych siłą ani podstępem i mogłoby się wydawać, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby wykształcony młody człowiek wrócił na łono rodzinnej miejscowości, by tam zrobić użytek ze zdobytej wiedzy i doświadczenia. Taka sytuacja byłaby niezwykle korzystna dla rozwoju peryferyjnych wsi i miasteczek, ale co oznaczałaby dla młodego człowieka? W pierwszych siedmiu miesiącach 2025 roku mediana wynagrodzeń w Warszawie wynosiła 9600 zł brutto, a w większości polskich powiatów (315 z 380) oscylowała między 5700 a 7200 zł brutto[4]. Perspektywa finansowa w małych miejscowościach nie jest atrakcyjna, a ceny życia, w tym ubrań z tych samych sieciówek, rachunków, paliwa albo biletów na transport miejski, są niemalże takie same. Zasadniczą różnicą między małą miejscowością a metropolią są ceny wynajmu i kupna nieruchomości. Jako młoda osoba całkowicie rozumiem te Zetki, które decydują się na ciężką pracę zarobkową przez pierwszą dekadę dorosłego życia i ryzyko finansowe w postaci wysokich kosztów kredytu, na który ledwo je stać, aby w przyszłości dysponować majątkiem w postaci nieruchomości w dużym mieście. Tam też rysuje się przed nimi znacznie lepsza perspektywa na awans zawodowy i stabilny wzrost poziomu zarobków, szczególnie gdy nie mają wykształcenia technicznego lub wizji odziedziczenia rodzinnego przedsiębiorstwa.
Nie dostrzegam jednego, cudownego rozwiązania, które pozwoli niewielkim miejscowościom na równi konkurować z metropoliami lub dostosować się do zjawiska wyludniania. Jedną z najbardziej obiecujących koncepcji w tym zakresie jest plan na rozwój policentrycznej sieci miast, będący częścią Strategii Rozwoju Polski do 2035 roku[5], zakładający równoległe inwestycje w kilka ośrodków regionalnych w każdym z województw, skupione na indywidualnym potencjale każdego z nich. Niezależnie jednak od tego, czy i jaką strategię przyjmie nasze państwo, istotne są dla mnie dwie sprawy.
Po pierwsze, młodzi nie powinni czuć, że systemowe wsparcie na akceptowalnym poziomie będzie dla nich dostępne wyłącznie w dużym mieście. Wiemy, że 54% osób w wieku 18–29 w Polsce opowiada się obecnie za indywidualnym systemem gospodarczym rozumianym jako taki, w którym obywatel płaci niższe podatki i we własnym zakresie opłaca opiekę lekarską, edukację i inne świadczenia[6]. Nasuwa się pytanie, czy to wypadkowa ich świadomych preferencji, czy poczucia konieczności i beznadziei. Aż 68% młodych Polek i Polaków czuje, że w sytuacji kryzysowej nie może liczyć na wsparcie państwa[7].
Wyobrażając sobie młodych, którzy swoje pierwsze zaoszczędzone środki są zmuszeni przeznaczyć na opłacenie prywatnego przedszkola czy wizyt u lekarza, zamiast odkładać je na budowanie swojego majątku, rozumiem frustrację i przekonanie, że właściwie i tak muszą radzić sobie sami. Przecież to nie dopiero wchodzące na rynek pracy dzieci osób z klasy niższej aspirującej stanowią segment naszego społeczeństwa, który powinien korzystać z prywatnych usług – to właśnie oni w największym stopniu powinni być beneficjentami systemu. Być może wyrównanie jakości usług publicznych w Polsce niezależnie od miejsca zamieszkania pozwoliłoby im odzyskać wiarę w system wspólnotowy i państwo jako takie.
Po drugie, już dawno nadszedł czas, by odejść od niezachwianej wiary w wykształcenie wyższe jako pewny bilet do lepszego życia i zaoferować kolejnym pokoleniom szerszą paletę możliwości. Młodzi mają i dostrzegają w sobie wiele braków w obszarze wiedzy na temat skutecznego planowania swojego życia: 46% Polek i Polaków w wieku 18–29 deklaruje, że boi się wejścia w dorosłość; 62% uważa, że szkoła nie przygotowała ich do dorosłości, a 55%, że nie pomogła im znaleźć rzetelnych informacji na temat planowania swojej przyszłości[8].
Może więc rozsądną inwestycją (niewystarczającą, ale uzupełniającą), która pozwoliłaby młodym w mądry sposób kształtować dobre życie w mniejszych miejscowościach, jest inwestycja w usługi doradztwa zawodowego, pracę wychowawców, pedagogów i nauczycieli. W przygotowywanie młodych ludzi do budowania swojej niezależności bez zmiany miejsca zamieszkania. W pokazanie, że w swojej gminie również mogą znaleźć drogę, która pozwoli im nie tylko zarobić na podstawowe utrzymanie, ale też znaleźć satysfakcję z innych części życia, np. założenia rodziny, realizacji pasji czy budowania wokół siebie zintegrowanej społeczności.
Ostatecznie pytanie nie powinno brzmieć: dlaczego młodzi z pokolenia Z wyjechali? Powinniśmy pytać: czy damy kolejnym pokoleniom realną możliwość, aby zostać?
[1] Stowarzyszenie Polski Komitet Narodowy UNICEF, Wykluczenie transportowe dzieci i młodzieży w Polsce. Raport z badań, oprac. T. Komornicki, Warszawa 2024, https://unicef.pl/o-nas/baza-wiedzy/raporty-unicef/wykluczenie-transportowe-dzieci-i-mlodziezy-raport-z-badan?gad_source=1&gad_campaignid=23080941070&gclid=Cj0KCQjwqPLOBhCiARIsAKRMPZoYm8kO1 DFgfyTzbORG3hrc-e9gI80zO0petsVLUrXTEFYfaanWFpoaAgBZEALw_wcB (dostępy w przypisach tu i dalej: 14 kwietnia 2026).
[2] Główny Urząd Statystyczny, Obszary wiejskie w Polsce w 2020 r., Warszawa, Olszyn 2022, https://stat.gov.pl/files/gfx/portalinformacyjny/pl/defaultaktualnosci/5507/2/5/1/obszary_wiejskie_w_polsce_w_2020_r_pl.pdf
[3] Fundacja „ważne sprawy”, Fundacja More in Common, Stan Młodych 2025, Warszawa 2025, https://www.moreincommon.pl/nasze-projekty/stan-mlodych-2025.
[4] Główny Urząd Statystyczny, Rozkład wynagrodzeń w gospodarce narodowej (styczeń–lipiec 2025); dane opracowane na podstawie analiz serwisu money.pl.
[5] Ministerstwo Funduszy i Polityki Regionalnej, Strategia Rozwoju Polski do 2035 r., Załącznik nr 4: Opis policentrycznej sieci miast, https://www.gov.pl/web/fundusze-regiony/strategia-rozwoju-polski-do-2035-r-.
[6] Fundacja „ważne sprawy”, Fundacja More in Common, Stan Młodych 2025, dz. cyt.
[7] Tamże.
[8] Tamże.
Julia Kelsz – socjolożka, prawniczka, działaczka obywatelska. Fundatorka i wiceprezeska fundacji ważne sprawy, koordynatorka działu projektów społecznych. Doświadczona w pracy trenerskiej i moderacyjnej z grupą, projektowaniu procesów edukacyjnych, a także badaniach społecznych: ich planowaniu, realizacji i analizie wyników.