Niestety, takiej większości nie mamy. Można wręcz odnieść wrażenie, że ten akt prawny, jakim jest Konstytucja, przede wszystkim przeszkadza. Z jednej strony, to bardzo dobrze, bo jego celem jest utrudnianie władzom (wszystkim trzem!) nadmiernego panoszenia się. Gorzej, że przeszkadza także obywatelom, niczym karpie wędkarzom kibicującym swoim partyjnym ulubieńcom w wyszukiwaniu luk i metod omijania przepisów. Politycy już w tej chwili się na Konstytucję nie oglądają, ignorują ją i podejmują decyzje będące z nią w sprzeczności. Gdy prezydent wbrew ustawie zasadniczej nie przyjmuje ślubowania od nowych sędziów wybranych do Trybunału Konstytucyjnego, nie można mieć pewności, że będzie przestrzegał nowej Konstytucji, do której uchwalenia namawia.
Jeśli chcecie Państwo ze mną dyskutować o tym, czy faktycznie było to wbrew prawu, to oczywiście możemy, ale będzie to spór czysto akademicki, ponieważ obecnie nie ma kto sprawdzić i autorytatywnie osądzić, kto ma rację. W tym sensie to, czy wybrani przez Sejm sędziowie będą mogli rozpocząć pracę w TK, nie ma praktycznego znaczenia, bo samego Trybunału już nie ma. Najmocniej świadczy o jego istnieniu widniejąca w budżecie państwa rubryka z sumą wyasygnowaną na potrzeby tej instytucji. Poza tym jednak nie ma nawet zgody co do tego, kto w tym sądzie zasiada. Ma siedzibę i prezesa, nie ma jednak autorytetu (ufa mu zaledwie 30 procent ankietowanych przez CBOS), a jego orzeczenia nie są publikowane przez premiera Donalda Tuska, który bierze w tym przykład z poprzedników, Beaty Szydło i Mateusza Morawieckiego. I nikt nie protestuje, od czasu do czasu jakiś publicysta lub prawnik rozedrze szaty.
Każde prawo można złamać
Być może w Polsce jest w tej chwili jeszcze za dobrze, żeby ludzie zauważyli przydatność Konstytucji. Ta świadomość przebija się punktowo i życzę Państwu, abyście nie musieli o tym się przekonywać na własnej skórze. Tak jak pewna firma z Sanoka, która pozwała premiera w związku z niepublikowaniem wyroku TK, na który czekała cztery lata. Prawomocność tego orzeczenia jest dla niej istotna, ponieważ Trybunał uznał, że firma nie musiała płacić za koncesję w czasie, gdy już zaprzestała działalności objętej tą koncesją. Nawet jeśli część sądów idzie stronom na rękę, zakładając, że publikacja jest tylko techniczną czynnością, i bierze te niepublikowane wyroki pod uwagę, to nie można mieć co do tego pewności. A Trybunał w ostatnim czasie wydał wyroki w tak różnych sprawach, jak uznanie za niekonstytucyjne natychmiastowego umieszczenia podejrzanego w zakładzie psychiatrycznym, automatyzm dożywotniego zakazu prowadzenia pojazdów przez skazanych pijanych kierowców czy opodatkowanie garaży.
W takim układzie dyskusja, jakie przepisy powinny znaleźć się w Konstytucji, jest bezpodstawna. Istnieje bowiem spore ryzyko, że jeżeli te przepisy nie będą się rządzącym podobały, to po prostu nie będą przestrzegane. Oburzeni z kolei będą głównie ci, którzy stoją politycznie po drugiej stronie barykady (i to przede wszystkim z tego powodu). Dyskusje na temat weta prezydenckiego, doprecyzowania poszczególnych artykułów dotyczących powoływania osób na różne stanowiska, terminów publikacji różnego rodzaju dokumentów, a także praw i obowiązków obywatelskich można wstrzymać do czasu, aż wreszcie taka większość konstytucyjna się pojawi. Bez niej bowiem organy i urzędy będą się nadal rozpychać, a te, które dostaną większą władzę, wykorzystają ją do cna.
Watergate niech będzie wzorem
Większość konstytucyjna nie musi być ogromna. Może być ona nawet mniejszością, która w danym momencie sytuacyjnie i taktycznie wejdzie w koalicję z partyjnymi kibicami aktualnej opozycji, którzy nagle, kiedy im to na rękę, przypomną sobie, że ducha praw należy wskrzesić. Taką większość konstytucyjną mogą tworzyć przede wszystkim obywatele, którzy rozliczają swoich reprezentantów z tego, czy ich działania są zgodne z prawem. Wymaga to wykształcenia określonego etosu, polegającego na tym, że nie relatywizujemy działań swoich ulubieńców, tylko patrzymy im na ręce, również wtedy, kiedy robią coś niezgodnego z prawem. Jednak ta większość nie może się objawiać wyłącznie w czasie wyborów. Musi mieć także swoją emanację w codziennej debacie publicznej i działalności politycznej. Częścią tej większości powinni być również politycy z poszczególnych ugrupowań, a także osoby zasiadające w różnych gremiach.
W kontekście międzynarodowym przypomina się afera Watergate, która doprowadziła do rezygnacji prezydenta Stanów Zjednoczonych Richarda Nixona z dalszego sprawowania władzy. Wówczas po stronie Konstytucji, a przeciw nadużywaniu władzy przez głowę państwa stanęli nie tylko politycy Partii Demokratycznej oraz dziennikarze „The Washington Post” informujący o aferze, ale także sygnaliści z FBI, sędziowie federalni, prokurator generalny, wskazani przez niego prokuratorzy, sędziowie Sądu Najwyższego i kongresmani. Wielu z nich było aktywnymi politykami Partii Republikańskiej. Niestety, od tamtego czasu zaszła w kulturze politycznej spora zmiana. Niedawno wiceprezydent J.D. Vance pół żartem powiedział, iż absurdalne jest to, że taka afera doprowadziła do upadku tak znamienitego prezydenta. Stwierdził, że w dzisiejszych czasach tego typu skandal nie przetrwałby 12 godzin. Niestety, miał rację i świadczy to o głębokim upadku standardów praworządnościowych, a także osłabieniu większości konstytucyjnej w Stanach Zjednoczonych. To, co się dzieje w Polsce, nie jest więc unikalną sytuacją. Jednocześnie nie znaczy to, że jesteśmy skazani na pogłębianie się kryzysu.
Trudno o polskie wzory
Jednak nie bądźmy naiwni. Nigdy taka większość nie jest silna, ponieważ idea, która może jej przyświecać, jest zbyt idealistyczna i wymaga samoograniczenia. Dlatego też nie tylko w Polsce i nie tylko teraz jesteśmy świadkami tego typu okołokonstytucyjnych kłótni. Każda z polskich konstytucji była naznaczona jakimś grzechem pierworodnym, który utrudniał jej późniejsze przestrzeganie. Już pierwsza nowoczesna i spisana została uchwalona przy złamaniu ówczesnych procedur, co stanowiło (dodatkowy?) argument dla Targowiczan przeciwko Konstytucji 3 Maja. Te obowiązujące w okresie zaborów były oktrojowane przez obcych przywódców, czyli nadane odgórnie, a nie zatwierdzone przez Sejm (Księstwa Warszawskiego – 1807, Królestwa Polskiego – 1815), mieliśmy także konstytucje autorytarne (kwietniowa – 1935) i totalitarne (PRL – 1952). Ta ostatnia obowiązywała najdłużej, ale jeśli odejmiemy okres daleko idących w niej zmian wprowadzonych po 1989 roku, to realnie tylko 37 lat. Te historyczne z czasów pełnej niepodległości funkcjonowały zaledwie kilkanaście lat (marcowa – 1921). Dopiero aktualnie obowiązująca Konstytucja z 1997 roku ma możliwość bycia sprawdzoną w dłuższym okresie.
Chyba tylko o Konstytucji marcowej możemy powiedzieć, że jej uchwalenie przez ówczesną Konstytuantę nie wiązało się z jakimiś poważnymi zarzutami dotyczącymi czy to składu Sejmu Ustawodawczego, czy to samej procedury. Ale i na tej ustawie zasadniczej piętnem odcisnęła się ówczesna sytuacja polityczna, a nawet spory między poszczególnymi ugrupowaniami. O kształcie prezydentury i relacjach między poszczególnymi władzami nie zdecydował dogłębny namysł. A nieufność prawicy wobec Józefa Piłsudskiego. Jej krótkowzroczność spowodowała, że kilka lat później Marszałek zgarnął całą pulę, przeprowadzając zamach majowy.
Rozpychające się instytucje
Wracając do współczesności – ta większość nigdy też nie będzie trwała. Poszczególni gracze zawsze będą próbowali poszerzać swoje możliwości, jeżeli chodzi o władzę. Mamy z tym do czynienia od zawsze, nie tylko w Polsce. W ten sposób chociażby w Stanach Zjednoczonych w XIX wieku Sąd Najwyższy poszerzył swoje kompetencje w porównaniu do tego, co miało miejsce pierwotnie. Model prezydentury może zakładać interwencje poprzez weto tylko w wyjątkowych sytuacjach, i to nawet kiedy mamy do czynienia z kohabitacją, albo ingerowanie za każdym razem, jak to miało miejsce w przypadku prezydentury Aleksandra Kwaśniewskiego, lub aktywne próby wpływania na bardzo szczegółowe rozwiązania legislacyjne poprzez weto, jak to ma miejsce w przypadku Karola Nawrockiego. Ważne, aby te konflikty były trzymane w ryzach właśnie przez ową większość konstytucyjną, która mając świadomość tego, że materia prawa konstytucyjnego musi być elastyczna, jednocześnie będzie protestowała, jeśli te spory wyjdą poza pewne ramy. Gdzie są te granice? Tego dokładnie nie powiem, ale na pewno zostały już dawno przekroczone.
Bez takiej większości konstytucyjnej prawa będą łamane. Może dochodzić wręcz do absurdów, jak w NRD, gdzie w 1988 roku opozycjonistka Vera Lengsfeld trafiła do więzienia m.in. za… plakat z cytatem z Konstytucji tego kraju. Osoby przynależne do tej większości nie muszą zgadzać się co do każdego artykułu obowiązującej Konstytucji, ale muszą się zgadzać co do tego, że dopóki nie wypracujemy nowego kompromisu, takie brzmienie powinno obowiązywać każdego. Inaczej cała zabawa po prostu nie ma sensu, ponieważ nawet najlepszy akt prawny zostanie przygięty do woli politycznej kogoś, kto będzie miał taką możliwość.
Stefan Sękowski, dr, ekonomista, politolog. Pracownik Katedry Polityki Gospodarczej i Regionalnej Instytutu Ekonomii i Finansów UMCS w Lublinie.