• Krzysztof Izdebski
09.06.2026

Konstytucja jako umowa na czas kryzysu. Wokół debaty o nowej ustawie zasadniczej

Debata o zmianie Konstytucji powinna być dziś przede wszystkim pretekstem do znacznie szerszej rozmowy o stanie polskiej demokracji, państwa i samorządu wobec wyzwań XXI wieku. Tymczasem dyskusja, która rozpoczęła się po ogłoszeniu przez Karola Nawrockiego powstania Rady Nowej Konstytucji, bardzo szybko, zresztą zgodnie z intencją pomysłodawcy, została sprowadzona do bieżącego sporu o władzę i wpływy instytucjonalne. A przecież rzeczywiste pytania ustrojowe wyglądają dziś zupełnie inaczej. Dotyczą tego, czy demokratyczne państwo jest zdolne funkcjonować w warunkach gwałtownych zmian technologicznych, kryzysów bezpieczeństwa, starzenia się społeczeństwa, osłabienia zaufania społecznego i coraz większej polaryzacji politycznej. To są problemy, które rzeczywiście wystawiają współczesny konstytucjonalizm na próbę.

Dlatego dyskusja o nowej Konstytucji ma sens tylko wtedy, gdy jest rozmową o tym, czy obecne reguły ustrojowe pozwalają wspólnocie politycznej odpowiadać na wyzwania współczesności bez utraty demokratycznych standardów. W przeciwnym razie staje się wyłącznie politycznym rytuałem albo próbą dostosowania instytucji do interesów aktualnie dominującego obozu politycznego.

Gdy słowo nie staje się ciałem

Polski problem ustrojowy nie wynika dziś przede wszystkim z wad tekstu Konstytucji z 1997 roku, ale z wieloletniego osłabiania kultury konstytucyjnej i praktyki obchodzenia prawa przez aktorów politycznych. To rozróżnienie jest fundamentalne. Można oczywiście dyskutować o potrzebie zmian ustrojowych. Sam fakt, że Konstytucja nie jest dokumentem wiecznym, nie powinien nikogo oburzać. Problemem, który obserwujemy obecnie w Polsce, jest to, że debata konstytucyjna staje się substytutem rozmowy o przestrzeganiu obowiązujących reguł. Przebija się w niej pewna bezradność: zamiast odpowiedzieć na pytanie, dlaczego państwo nie potrafiło przez lata respektować istniejącej Konstytucji, proponuje się napisanie nowej.

Chcąc jednak w pełni zrozumieć, dlaczego ta kwestia ma tak duże znaczenie, warto uświadomić sobie, czym w ogóle jest konstytucja w nowoczesnym państwie demokratycznym. W debacie publicznej bardzo często traktujemy ją jak zbiór technicznych przepisów regulujących działanie instytucji. Tymczasem jej rola jest znacznie głębsza. Konstytucja jest przede wszystkim społeczną umową dotyczącą granic władzy, sposobów rozstrzygania konfliktów oraz zasad współistnienia grup, które mają sprzeczne interesy, wartości i wizje państwa. Nie oszukujmy się: nawet kwestia, wydawałoby się, tak prosta jak interes państwa podlega rozmaitym interpretacjom. Przykład sporu wokół ustawy wdrażającej mechanizm SAFE jest tylko jednym z wielu na to przykładów.

Żeby się nie zagryźć

To właśnie dlatego nowoczesne konstytucje nie są projektowane po to, aby wszyscy się z nimi utożsamiali w pełni. Ich celem nie jest stworzenie idealnej wspólnoty jednomyślności, ale ustanowienie reguł umożliwiających pokojowe współistnienie, mimo trwałych różnic politycznych, światopoglądowych i społecznych. Demokracja konstytucyjna nie opiera się na pełnej zgodzie obywateli. Opiera się raczej na zgodzie co do zasad prowadzenia sporu.

Już Émile Durkheim zwracał uwagę, że nowoczesne społeczeństwa są zbyt zróżnicowane, by mogły funkcjonować dzięki jednolitości wartości czy interesów. Ich spójność opiera się raczej na akceptacji wspólnych procedur i instytucji, które pozwalają zarządzać konfliktem. W tym sensie konstytucja jest jednym z podstawowych narzędzi budowania tego, co Durkheim nazywał solidarnością organiczną, czyli współzależności między grupami różniącymi się stylem życia, pozycją społeczną i ekonomiczną czy światopoglądem.

Podobnie pisał Jürgen Habermas, rozwijając koncepcję „patriotyzmu konstytucyjnego”. W pluralistycznych demokracjach wspólnota polityczna już nie może się opierać na jednolitości narodowej, religijnej czy ideologicznej. Tym, co spaja społeczeństwo, staje się raczej zgoda na wspólne reguły demokratyczne, prawa obywatelskie i mechanizmy ograniczania władzy. Konstytucja nie jest więc wyrazem pełnej zgody społecznej, ale próbą stworzenia stabilnych warunków współistnienia, mimo permanentnego konfliktu.

To niezwykle ważne również z perspektywy obecnej debaty w Polsce. Często bowiem słyszymy argument, że Konstytucja z 1997 roku „nie odpowiada wszystkim” albo „nie wyraża wartości całego społeczeństwa”. Problem polega na tym, że żadna demokratyczna konstytucja nigdy nie będzie wyrażała pełnej zgody wszystkich obywateli i obywatelek. I nie na tym polega jej funkcja.

Z socjologicznego punktu widzenia pełny konsensus w dużych, pluralistycznych społeczeństwach jest po prostu niemożliwy. Demokracja konstytucyjna zakłada raczej, że obywatele i aktorzy polityczni akceptują reguły gry nawet wtedy, gdy nie są zadowoleni z konkretnych rozwiązań albo (nawet chwilowo) przegrywają politycznie. To właśnie odróżnia demokrację od logiki permanentnej wojny politycznej.

Odnaleźć się w nowym świecie

Dlatego pytanie o konstytucję jest dziś w istocie pytaniem o odporność demokratycznej wspólnoty politycznej. Czy istnieją jeszcze instytucje i reguły, którym różne strony sporu są gotowe podporządkować się także wtedy, gdy jest to dla nich niewygodne? Czy możliwe jest utrzymanie wspólnej przestrzeni politycznej w warunkach głębokiej polaryzacji, algorytmizacji debaty publicznej i kryzysu zaufania społecznego? Czy mówiąc o potencjalnej potrzebie obrony ojczyzny, wszyscy wiemy, czego dokładnie chcemy bronić?

To są realne pytania ustrojowe XXI wieku. I właśnie dlatego sama dyskusja o zmianie konstytucji może mieć sens – ale tylko wtedy, gdy dotyczy zdolności demokracji do funkcjonowania w radykalnie zmieniających się warunkach społecznych, technologicznych i geopolitycznych.

W tym kontekście warto pamiętać, że konstytucje liberalnych demokracji były projektowane w epoce względnie stabilnych wspólnot narodowych, silnych mediów tradycyjnych i znacznie wolniejszego obiegu informacji. Tymczasem współczesne państwa funkcjonują w świecie platform cyfrowych, globalnych, pędzących z prędkością światła przepływów informacji, sztucznej inteligencji, zewnętrznych ingerencji w procesy wyborcze oraz coraz słabszych instytucji pośredniczących. Kryzys demokracji nie wynika dziś wyłącznie z działań partii politycznych. Wynika również z głębokiej zmiany środowiska społecznego, w którym demokracja funkcjonuje.

To szczególnie widoczne w kontekście nowych technologii. Platformy cyfrowe radykalnie zmieniły sposób prowadzenia debaty publicznej, wzmacniając lenistwo intelektualne, emocjonalność konfliktu, polaryzację i podatność na manipulację. Rozwój sztucznej inteligencji stawia z kolei pytania o kontrolę nad informacją, przejrzystość procesów decyzyjnych i wyborczych czy przyszłość rynku pracy i usług publicznych. Państwo demokratyczne musi więc dziś odpowiadać nie tylko na klasyczne problemy reprezentacji politycznej, ale również na wyzwania związane z koncentracją władzy technologicznej i informacyjnej.

Równie istotne są zmiany demograficzne. Starzenie się społeczeństwa będzie wpływało na system ochrony zdrowia, rynek pracy, finanse publiczne i relacje między centrum a samorządami. W wielu regionach Polski depopulacja już dziś prowadzi do stopniowej erozji lokalnych usług publicznych i osłabienia wspólnot lokalnych. To rodzi pytania o model państwa: czy ma ono być coraz bardziej scentralizowane i hierarchiczne, czy raczej policentryczne i oparte na silniejszych wspólnotach lokalnych?

Właśnie dlatego debata ustrojowa powinna dużo poważniej traktować rolę samorządu. Przez lata polska dyskusja konstytucyjna koncentrowała się głównie na relacjach między rządem, parlamentem i prezydentem, tymczasem wiele współczesnych wyzwań – od polityki społecznej po adaptację do zmian klimatycznych – będzie rozgrywało się przede wszystkim na poziomie lokalnym. Samorząd nie jest dziś jedynie administracyjnym dodatkiem do państwa. Coraz częściej staje się jednym z podstawowych mechanizmów budowania odporności społecznej i jakości demokracji. Dlatego też bardziej efektywny wydaje się kierunek decentralizacyjny. O wyzwaniach związanych z samodzielnością polskiego samorządu Fundacja Batorego pisała m.in. w wydanej ostatnio kolejnej już edycji Indeksu Samorządności.

Jednym z najważniejszych wyzwań pozostaje oczywiście kwestia bezpieczeństwa. Wojna w Ukrainie pokazała, że demokratyczne państwa muszą być zdolne do szybkiego reagowania w sytuacjach kryzysowych. Ale jednocześnie historia wielokrotnie pokazywała, że właśnie momenty zagrożenia są najczęściej wykorzystywane do trwałego ograniczania praw obywatelskich i mechanizmów kontroli władzy. Dlatego współczesna debata konstytucyjna powinna dotyczyć również tego, jak pogodzić skuteczność państwa z utrzymaniem bezpieczników demokratycznych.

To zresztą jedno z najważniejszych pytań współczesnej demokracji: jak budować państwo zdolne do działania, nie rezygnując jednocześnie z pluralizmu, decentralizacji i kontroli obywatelskiej? Problem polega bowiem na tym, że odpowiedzią wielu środowisk politycznych na kryzysy XXI wieku staje się pokusa centralizacji władzy i ograniczania instytucjonalnych bezpieczników. Widać to również w Polsce.

Najpierw pryncypia

Warto pamiętać, że dyskusja o zmianie Konstytucji nie zaczęła się dziś. Nie jest też jednowymiarowa. W zasadzie od momentu jej uchwalenia kolejne środowiska polityczne próbowały przedstawiać własne projekty „naprawy ustroju”. W zasadzie od początku swojego działania Prawo i Sprawiedliwość inicjowało takie debaty, proponując konkretne projekty. Ze strony tej partii pojawiały się propozycje stworzenia „IV RP konstytucyjnej”, wzmacniania władzy wykonawczej oraz redefinicji relacji między państwem a instytucjami europejskimi. W praktyce, szczególnie po 2015 roku, zamiast pogłębionej debaty ustrojowej, obserwowaliśmy przede wszystkim proces politycznego przejmowania instytucji państwa, zaczynając od sądownictwa konstytucyjnego.

Podobnie część środowisk skupionych wokół Pawła Kukiza próbowała odpowiadać na kryzys zaufania do demokracji poprzez postulaty demokracji bezpośredniej, jednomandatowych okręgów wyborczych czy osłabiania partii politycznych. Tyle że również te propozycje często upraszczały naturę współczesnych problemów ustrojowych, sprowadzając je do kwestii ordynacji wyborczej albo technicznych mechanizmów reprezentacji.

Problem polega jednak na tym, że współczesne wyzwania demokratyczne są znacznie głębsze niż spór o liczbę kompetencji prezydenta czy sposób wyboru parlamentu. Dotyczą zdolności państwa do utrzymania spójności społecznej i demokratycznej legitymizacji w warunkach gwałtownej transformacji cywilizacyjnej.

I właśnie w tym sensie warto wracać do założeń twórców Konstytucji z 1997 roku. Nie dlatego, że stworzyli dokument doskonały, ale dlatego, że bardzo dobrze rozumieli, czym Konstytucja powinna być. Po jej uchwaleniu prezydent Aleksander Kwaśniewski mówił w Sejmie o potrzebie stworzenia wspólnego fundamentu demokratycznego państwa i stabilnych ram współistnienia, mimo głębokich różnic politycznych.

To bardzo ważna intuicja również dziś, bo być może największym problemem obecnej debaty ustrojowej jest właśnie jej anachroniczność. Zamiast rozmawiać o tym, jak demokracja ma funkcjonować w świecie algorytmów, depopulacji, kryzysów bezpieczeństwa i osłabienia więzi społecznych, wracamy do sporów o polityczną kontrolę nad instytucjami.

Prawdziwie istotna debata konstytucyjna powinna dotyczyć nie tego, jak uczynić władzę wygodniejszą dla rządzących, ale jak uczynić demokrację bardziej odporną, państwo bardziej zdolnym do działania, a wspólnotę polityczną bardziej trwałą. I to mimo nieuniknionych konfliktów i różnic.

 


Krzysztof Izdebski – członek zarządu oraz dyrektor ds. rzecznictwa i rozwoju Fundacji im. Stefana Batorego. Prawnik – specjalizuje się w dostępie do informacji publicznej, ponownym wykorzystywaniu informacji sektora publicznego oraz wpływie technologii na demokrację.

Zobacz także

Pomóż nam nagłaśniać tematy ważne społecznie.
Twoja darowizna wesprze powstawanie naszych tekstów.

Wspieraj