Moje pokolenie – jako kategoria konsumentów brzydko nazwane Gen-Z – wie o KOR-ze mniej więcej tyle, że był. Że miał coś wspólnego z PRL-em i chyba był dobry, najwyraźniej ważny, skoro ta nazwa obiła im się o uszy. Mimo niewiedzy, większość moich rówieśników pewnie bez oporu złożyłaby wieniec na grobach działaczy związanych z KOR-em – z szacunkiem, choć bez zainteresowania. Ale czy potrafiliby powiedzieć, co z pamięci o KOR-ze – z jego praktyk, postaw i idei – opłaca się nam nie tyle uszanować, co aktywnie nieść dalej i wykorzystać? Czy refleksja o wydarzeniach z lat 1976–1981 może być nie tylko oddaniem szacunku i upamiętnieniem, a przynosić bezpośrednią wartość dla nas, ludzi zanurzonych we współczesnym kontekście?
Kryzys bez jednego adresata
Nie twierdzę, że należy stworzyć kopię KOR-u – bo żyjemy w warunkach znacznie różniących się od tych z lat siedemdziesiątych. Przede wszystkim nie ma centralnego opresora i nie ma aż tak wyraźnych ośrodków władzy. Odpowiedzialność za niesprawiedliwości została rozproszona między aktorów prywatnych i publicznych – choć wpisana w sam trzon niewidzialnego gołym okiem, rozwijającego się po 1989 roku systemu.
Jednak analogia z latami siedemdziesiątymi polega na tym, że coraz więcej ludzi zaczyna przeczuwać, iż już nie wystarczy indywidualnie próbować radzić sobie w ramach systemu, który coraz wyraźniej „nie dowozi” własnych obietnic.
Moje pokolenie często określa się jako oszukane, zdradzone czy rozczarowane (w sensie zawodu, ale i końca iluzji). Obietnice takie jak te, że edukacja i ciężka, niezależna praca doprowadzą nas do stabilności i materialnego bezpieczeństwa czy że wzrost gospodarczy podniesie powszechny poziom życia, są już zwyczajnie nie do utrzymania. My po prostu wiemy, że większość z nas nie będzie żyć lepiej niż pokolenia naszych rodziców, a nawet dziadków.
Zapytajcie swoich młodych znajomych o ich perspektywy na bezpieczeństwo mieszkaniowe i uwolnienie się od wiecznie rosnących, a i tak już wyśrubowanych cen najmu. O to, co czują, kiedy myślą o zapaści ekologicznej i geopolityce świata, w którym przyjdzie im się starzeć – świata, na który boją się sprowadzać nowe dzieci.
Wiele osób także spoza pokolenia Z (rzadziej z większych miast czy wyższych warstw społecznych) rozpoznaje, że dzisiejszy system-sukcesor PRL-u nie działa w zgodzie ze swoją narracją. Przeczuwamy, że chyli się ku upadkowi – a broniąc się przed tym upadkiem, ewidentnie generuje coraz to większe niesprawiedliwości i nieporadnie osłaniające je fałsze. Rozpoznajemy bullshit polskiego establishmentu, opartego na partyjnym duopolu, czy globalnych instytucji, czerpiących zyski lub kulących pod siebie ogon przed winnymi transmitowanego na żywo ludobójstwa. Właśnie dlatego warto przyjrzeć się temu, jak 50 lat temu grupa ludzi zaczęła odpowiadać na system, który odbierali podobnie.
Pytanie dla nas, zwykłych ludzi, brzmi: co robić, kiedy przestajemy wierzyć, że wystarczy dostosować się trochę lepiej?

Organizować się
Podstawę działań KOR-u, decydującą o jego sukcesie, można streścić słowami Jacka Kuronia: „Dla dokonania zmian trzeba poparcia większego niż siły tym zmianom przeciwne. Kiedy mówię o siłach społecznych, mam na myśli zorganizowanych ludzi”. Chodzi o „zrzeszanie się ludzi, z których każdy uświadomił sobie, że swoje osobiste dążenie może zrealizować tylko wespół z innymi”.
Słowo „zorganizowanych” jest tu kluczowe.
Historia KOR-u i wyrastającej z niego „Solidarności” pokazuje, jak kluczowe dla zmian społecznych jest organizowanie się jednostek w grupy skupione wokół więzi i ciągłości uczenia się współdziałania. A nie – jak zdają się myśleć edukacyjni kampanierzy czy polityczni działacze – wzrost liczby pojedynczych osób, które sporadycznie zmobilizują się do zorganizowania wydarzenia edukacyjnego czy podpisania petycji.
Gdzie dziś byłby na przykład ruch sprawiedliwości mieszkaniowej, gdyby w ostatnich latach wysiłek skupiony był nie tylko na działalności medialnej, eksperckiej obecności w Sejmie czy kilku, nawet dużych, protestach, ale przede wszystkim na łączeniu osób pokrzywdzonych stanem rynku w grupy zdolne do wspólnego działania?
Fundamentem ruchu mogącego wywalczyć transformacje wobec większych sił są małe, choć względnie trwałe jednostki solidarności – jak radził Jacek Kuroń, do około 20 osób, by móc utrzymywać relacje, podejmować razem decyzje i łatwo organizować spotkania.
Tę część przepisu na sukces wszyscy moglibyśmy łatwo zacząć realizować któregokolwiek dnia, bo wynika z niej, że „każdy więc może i powinien, zamiast samotnie borykać się z trudnościami życia, połączyć się z kilkoma czy kilkunastoma znajomymi, dla wspólnego działania”.
Na trzy sposoby
Po historii KOR-u widać, że samoorganizowanie się może pełnić różne funkcje. A grupa działania może realizować jedną z nich lub wszystkie naraz. Zwykle – i najskuteczniej – zaczyna się od funkcji samopomocowej: od wzajemnego wsparcia, które zdaje się ponadpolityczne, po prostu ludzkie.
W KOR-ze zaczęło się od kwestii bardzo konkretnych: pomocy dla robotników represjonowanych po protestach w 1976 roku, krwawo stłumionych w Radomiu i Ursusie. Wspieranie rodzin aresztowanych, zrzutki finansowe, załatwianie pomocy prawników, nagłaśnianie informacji o nadużyciach władzy. Taki wspólny cel daje poczucie łatwo osiągalnego sukcesu.
Ale w przypadku KOR-u to nie były apolityczne akcje charytatywne.
Nie chodziło o to, żeby trochę lepiej zaopiekować się ofiarami systemu, tak aby system mógł dalej działać bez przeszkód. Budowanie solidarności z konkretnymi ludźmi i stawanie po ich stronie było stawaniem przeciwko tym, którzy ich krzywdzili, a jednocześnie opowiadaniem się za żądaniami zmiany. To tak, jakby do hasła zbiórki organizowanej przez Łatwoganga dodać: „i żądamy reformy systemu ochrony zdrowia, żebyśmy nie musieli zbierać na chorych”. A do każdego wpłacającego zadzwoniłby ktoś od Bedoesa, zapraszając do zaangażowania się w grupę, która systematycznie domagałaby się tego od władzy i wciągała kolejnych ludzi.
Budowanie negocjacyjnej siły, presji wokół postulatów to druga możliwa funkcja samoorganizowania się. I znów: KOR podtrzymał morale, urósł, bo najpierw wyznaczył sobie jako cel realizację względnie osiągalnych postulatów: wypuszczenia zatrzymanych protestujących. Po zrealizowaniu pierwotnej misji w 1977 roku przerodził się w Komitet Samoobrony Społecznej KOR, wciąż o funkcji samopomocowej, tym razem o ambitniejszych postulatach systemowych, a także o trzeciej funkcji: tworzenia alternatywnych instytucji.
Wtedy do twórców KOR-u zaczęło spływać zbyt wiele zgłoszeń o naruszeniach, potrzebach wsparcia czy informacjach zatajanych przez władzę. Zbyt wiele, aby odpowiadać na nie spontanicznie i pojedynczo. Stąd organicznie wyrosły organizacje-instytucje, m.in. Biuro Interwencyjne KSS „KOR” (odpowiednik dzisiejszego Biura Rzecznika Praw Obywatelskich), działający jak opieka społeczna Fundusz Samoobrony Społecznej czy niezależna, nielegalna wówczas prasa, która mogła mówić prawdę, np. „Biuletyn Informacyjny KOR”.
Sednem funkcji tworzenia alternatywnych instytucji jest odbieranie wyłączności strukturom, które są z gruntu chore, a dominują na „polu gry”, decydując o jej zasadach i je monopolizując. Wtedy było to totalitarne państwo, dziś są to też wielkie podmioty rynkowe.
Przekładając tę trzecią funkcję na czasy dzisiejsze, myślę o rolnikach albo konsumentach organizujących się w kooperatywy spożywcze, aby handlować żywnością na wzajemnie lepszych warunkach, a nie warunkach pośredników. Myślę o odradzającym się, oddolnym i opartym na współpracy – a nie na patodeweloperach – budownictwie społecznym, albo o tak zwanej energetyce obywatelskiej, umożliwiającej niezależność od spółek, które dostarczają energię w oparciu o nieuchronnie drożejące paliwa kopalne.
W ruchu KOR-owskim – którego nie tworzył tylko oficjalny Komitet warszawskich inteligentów, a wiele porozumiewających się z nim inicjatyw – różne grupy specjalizowały się w różnych z tych funkcji, a każda z nich była ważna.

Radom, czerwiec 1976 r. Autobus zatrzymany przez protestujących robotników; z tyłu dym unoszący się wokół Komitetu Wojewódzkiego PZPR. Fot. IPN
Nie monokultura, a ekosystem
„W komitecie było kilkanaście osób, a współpracowników kilkuset (…). To oni właśnie dźwigali największy ciężar naszej pracy. Komitet występował w swoim imieniu, ale zgodnie z powszechnie akceptowaną zasadą reprezentował cały ruch i integrował pracę wszystkich grup działania. (…) Każda z nich była w pełni samorządna” – wspominał Jacek Kuroń.
Różnorodność tych samodzielnych grup działania miała kilka wymiarów. Była geograficzna: działały grupy radomska, ursuska, a później kolejne ośrodki w innych miastach. Była kontekstowa: powstawały komitety ściśle studenckie i ich porozumienia, analogicznie wśród chłopów oraz wśród robotników, którzy zrzeszali się w komitety zakładowe, a te w międzyzakładowe. „Pragnąłem wielości ruchów skupionych wspólnotą najogólniejszego celu” – opisywał wizję ruchu Kuroń.
Z trzeciej strony były grupy o różnych rolach: jak serce, wątroba, ręce czy mózg w organizmie. Biuro Interwencyjne czy Fundusz niosły pomoc ofiarom represji i ich rodzinom, Uniwersytet Latający – proponował edukację polityczną, a Niezależna Oficyna Wydawnicza NOWa umożliwiała dostęp do cenzurowanej literatury. Grupa techniczna w konspiracji powielała liczne pisma: „Komunikat KOR” z krótkimi informacjami i apelami KOR-u, dzięki którym niezrzeszeni obywatele wiedzieli, jak w danym momencie pomóc, „Biuletyn” demaskował nadużycia władzy, natomiast „Głos” czy wreszcie „Krytyka” oferowały pogłębione analizy programowe, zróżnicowane na spektrum konserwatyzm-postępowość. Do tego koordynujący grupy, wolontariusze kolportujący pisma… No i inteligencja, z jej przywilejami, która „miała teorie, kontakty zagraniczne i organizację, ale tylko robotnicy mogli zdelegitymizować partię robotniczą”.
Dziś też widzimy podobną różnorodność organizacji formalnych i nieformalnych działających na rzecz zmiany ekonomiczno-politycznej w Polsce. Problemem jest, że te różne części na razie nie stają się większą siłą niż suma ich pojedynczych działań.
Do tego niezbędny jest węzeł splatający sieć. Decentralizacja, ale spięta centralnym hubem.
W KOR-owskim ruchu węzłem była niewielka grupa ludzi, która ufała sobie i brała odpowiedzialność za utrzymywanie kontaktu z resztą ruchu. Komitet podejmował decyzje we własnym gronie, ale konsultował je z przedstawicielami pozostałych, samodzielnych grup. Jako najbardziej widoczna część ruchu mógł koncentrować uwagę i zasoby społeczeństwa na tym, co w danym momencie strategicznie wymagało wspólnego działania. Nie dlatego, że odgórnie zarządzał pozostałymi grupami, ale dlatego, że wypracował swój autorytet, ogląd całości i zaufanie, pozwalające mu pełnić taką funkcję.
Węzeł ten w praktyce mieścił się w mieszkaniu Jacka Kuronia przy Mickiewicza 27 w Warszawie. Nie znaczy to jednak, że był stacjonarny – w miarę możliwości zasoby fizycznie przemieszczano tam, gdzie akurat działo się najważniejsze. Tak było przy tak zwanym „eksporcie rewolucji” do Krakowa, po głośnym morderstwie Grzegorza Pyjasa – to tragiczne wydarzenie sprowokowało obudzenie szerszego ruchu studenckiego; tak było też kiedy w 1980 roku zawrzało w Stoczni Gdańskiej – z Warszawy wyjeżdżała delegacja, która pomagała ludziom organizować się na miejscu, i kontaktowała z zapleczem technicznym w stolicy. Ostatecznie ten „eksport rewolucji” posunął się do tego stopnia, że KOR rozwiązał się, skupiając całe zgromadzone doświadczenie na wsparciu formalizującej się „Solidarności”.
To podejście jeżdżenia do ludzi, budowania kontaktów na miejscu, pytania o problemy i możliwości działania odróżnia organizowanie od mobilizacji. Mobilizowanie, którego w Polsce dzieje się dziś dużo, zaczyna się często od pytania: jak przekonać ludzi do sprawy, którą już uznaliśmy za ważną? Organizowanie zaczyna się raczej od relacji i od pytania: kim są ci ludzie, co jest dla nich ważne, jak wesprzeć ich w ich wspólnym działaniu i podłączyć pod szerszy ekosystem?
Tu z organizowania się przechodzimy do organizowania innych, ale grupy zachowują samorządność: „Programem dla odważnych powinna być przede wszystkim praca z mało odważnymi. Musimy się liczyć z nastrojami większości ludzi, przekonać ich, że są wielką siła i mogą bardzo wiele”. Nieraz okazuje się, że ludzie są już zorganizowani lokalnie – jak dziś przeciwko centrom baz danych – i jeśli jest się osobą o większych przywilejach, należy po prostu tę siłę rozpoznać, wzmacniać i łączyć.
Co więc robić dziś? Podczas gdy zadaniem dostępnym dla każdego jest zrzeszanie się w grupy działania, to głośniej wybrzmiewa zadanie dla osób, mogących poświęcać zmianie społecznej więcej czasu. Po pierwsze, jeździć i organizować też innych, strategicznie delegować zasoby, wsparcie, widoczność, nasłuchując ważnych momentów. Po drugie, tworzyć węzeł w sieci, jednoczący różnorodne grupy, utrzymujący z nimi kontakt, budujący autorytet reprezentowania ich jako całości – i myślą oraz postawą prowadzić do wspólnego celu.
Wolność, tylko droższa
Nie jestem zapaloną historyczką. Ale w tym wyjątkowym przypadku widzę, jak staje się konieczne, by lekcji tego fragmentu historii użyć praktycznie. Częściowo już w rzeczywistości dzisiejszej, a częściowo w nieodległej, brutalnie rysującej się przyszłości. Takiej, jaka wyłania się z politycznych, ekologicznych czy ekonomicznych prognoz – nawet tych najbardziej zachowawczych – które nieraz mrożą mi krew w żyłach.
Tyle że te warunki są pod wieloma względami trudniejsze. Obecny system daje nam więcej wolności, a jednocześnie mniej materialnych podstaw bezpieczeństwa. Na przykład trudniej organizować studentów spędzających ogromną część swojego czasu w prekarnych pracach na „śmieciówkach”, którzy dziś muszą pracować znacznie więcej niż ich rówieśnicy w czasach PRL-u – a większość wypłaty wydają na czynsze.
To jednak tylko pokazuje, że podstawowe interesy ekonomiczne – dostępne mieszkanie, zdrowe i tanie jedzenie, stabilna praca, niższe koszty energii – są ważne nie tylko jako popularne cele, wokół których można organizować małe grupy działania, a te potem w ruch. Gdyby udało nam się coś w tych obszarach wspólnie wygrać politycznie albo stworzyć długotrwałe alternatywy, podniosłoby to również naszą zdolność do dalszego angażowania się. Komitet Obrony Robotników też rósł przez kolejne, coraz większe zwycięstwa, które nie tylko dawały symboliczne poczucie sprawczości, ale każde z nich ułatwiało dalsze rozwijanie ruchu.
KOR-owcy nie zostawili nam gotowej instrukcji obsługi historii. Zostawili pewien sposób myślenia: kiedy pojedynczy człowiek jest bezsilny, trzeba znaleźć innych. Kiedy istnieją różne grupy i różne sposoby działania, trzeba znaleźć sposób, aby połączyć je bez odbierania im samodzielności.
Nie potrzebujemy więc dokładnie kolejnego KOR-u. Musimy w Polsce odnowić tradycję organizowania się.
Zofia Krajewska – koordynatorka Organizing Hubu w Fundacji Huba, socjolożka, trenerka i facylitatorka. Wcześniej wieloletnia liderka ruchu klimatycznego, w tym współzałożycielka Młodzieżowego Strajku Klimatycznego.