• Krzysztof Katkowski
28.09.2026

KOR czyli polityka wiecznej opozycji

Czy szanuję KOR? Tak, to bohaterowie. Natomiast pojawia się pytanie, na ile polityka oparta na małej grupie aktywistów ma jeszcze sens w ramach demokracji liberalnej w tak dużym kraju jak Polska. Pięćdziesiąta rocznica utworzenia Komitetu Obrony Robotników wydaje się dobrą okazją, by, przynajmniej krótko, przyjrzeć się temu, co może znaczyć KOR współcześnie. Ciekawi mnie to i jako socjologa, i jako dwudziestopięciolatka – czyli przedstawiciela pokolenia, które właśnie zdobywa nie tylko dojrzałość życiową, ale i polityczną.

25 czerwca 1976 roku w proteście przeciwko ogłoszonym przez rząd Piotra Jaroszewicza podwyżkom cen wybuchły strajki w zakładach pracy na terenie 24 województw. Manifestanci wyszli na ulice. W Radomiu protestowało prawie dwadzieścia tysięcy robotników. Do pacyfikacji strajku władze użyły oddziałów MO i ZOMO. Fot. IPN

Mój kontekst polityczny jest więc dość oczywisty: czarne protesty, młodzieżowe strajki klimatyczne, protesty proaborcyjne – od ruchów masowych do nowych inicjatyw aktywistycznych, takich jak Ostatnie Pokolenie czy Inicjatywa Wschód. W naszej „bańce” każdy poszedł, chcąc nie chcąc, drogą KOR-u: mam na myśli marzenie

Niedawno dziennikarz „Gazety Wyborczej” rozmawiał o KOR z dawnymi działaczami i działaczkami tej organizacji. Jedną z nich dopytywał: „Serio się nie bałaś?”. Agnieszka Wolfram-Zakrzewska, która w 1976 roku jako osiemnastoletnia studentka socjologii na Uniwersytecie Warszawskim woziła pieniądze rodzinom represjonowanych robotników z Radomia, odpowiada: „Nie bałam się. Wiedziałam, że to, co robię, ma sens. (…) No bo co ja miałam do stracenia? Najwyżej wyrzuciliby mnie ze studiów, a ja miałam oparcie w moich rodzicach”. Za prawdziwą odwagę uważa postawę kolegów spoza Warszawy, którzy takiego oparcia nie mieli. To, co wtedy robili, uważają za „oczywistą oczywistość”.

Ci sami ludzie, którzy wysiadali z PKS-u na przedostatniej stacji przed Radomiem, aby wtopić się w tłum i nie ściągnąć uwagi tajniaków, później poszli do pracy – gazety, wydawnictwa, nawet działy marketingowe i konsultingowe. To moment, który znamy wszyscy, również dlatego, że utrwalił się w narracji politycznej: od filmu Wajdy o Wałęsie po ostatni „biopic” o Kuroniu, przez musical 1989 po różnorakie elementy prawicowych narracji – od mitologizowania roli braci Kaczyńskich w ruchu po próby budowy mitu tzw. Solidarności Walczącej, kierowanej przez Kornela Morawieckiego, ojca sławnego-niesławnego premiera.

Co jednak zdaje się umykać w tej opowieści, to przejście w rozumieniu polityki, jakie zaszło od tamtego czasu. To przejście nie zostało jednak do końca przepracowane w szeroko pojętym „obozie demokratycznym”, jeśli dalej tak możemy się jeszcze nazywać – stronie konfliktu politycznego w Polsce.

Tymczasem między 1976 rokiem a dniem dzisiejszym w naszym kraju dokonało się przejście od polityki aktywistycznej do polityki demokratycznej: i to uprawiane nie tylko w społeczeństwie obywatelskim (czy, mówiąc bardziej chwytliwie – „wolnym”), ale w ramach logiki innej struktury społecznej.

Komitet Obrony Robotników uprawiał politykę awangardy, legitymizowanej moralną racją i gotowością do ponoszenia kosztów. Taka polityka działa w sprzeciwie wobec władzy i przestaje działać po jej przejęciu. Ludzie KOR-u po 1989 roku przeszli do zarządzania, a obóz, który się na nich powołuje, wraca do formuły z 1976 roku za każdym razem, gdy trzeba organizować i godzić interesy.

Według szacunków historyków w opozycję zaangażowało się trochę ponad tysiąc osób, licząc sygnatariuszy listów protestacyjnych, a w codzienną działalność – od trzystu do pięciuset. Mówi się jednak o około dwustu najaktywniejszych współpracownikach, na których spoczywały kontakty z poszkodowanymi robotnikami i ich rodzinami, zbieranie pieniędzy, udział w procesach, powielanie i kolportaż bibuły. Pierwszy numer „Robotnika” miał nakład czterystu egzemplarzy.

Przypomnijmy, że chodzi o bardzo małą grupę. Apel do społeczeństwa i władz PRL z 23 września 1976 roku podpisało czternaście osób. Sygnatariusze pisali, że moralna i polityczna odpowiedzialność za gwałtowny przebieg wystąpień w Radomiu, Ursusie i Płocku spada na władze, które odebrały społeczeństwu inne sposoby wyrażania woli. Nowością była jawność: garstka ludzi podawała publicznie imię, nazwisko, adres i numer telefonu. Hanna Krall wspominała po latach, że KOR „zepsuł ten nasz dobry nastrój. Bo okazało się, że nie uczestniczyć i nic nie robić to za mało”. Dopóki nikt nie działał jawnie, bierność nie wymagała usprawiedliwienia.

Ten nastrój miał konkretne źródło. Mieczysław Rakowski notował w Dziennikach politycznych: „samochody, domki mają osłabić ‘uliczne’ skłonności społeczeństwa oraz odwrócić uwagę od polityki”. Gierkowski projekt był projektem konsumpcji i awansu, finansowanym z zagranicznych kredytów: dług zewnętrzny PRL wzrósł z 1,2 miliarda dolarów pod koniec 1971 roku do 8,4 miliarda w 1975 i 12,1 miliarda w 1976, a w latach osiemdziesiątych przekroczył 20 miliardów.

Polityka aktywistyczna KOR-u, jak opisywał to w swojej pracy doktorskiej Dominik Bień, opierała się na obowiązku interweniowania, zabierania głosu w imieniu szeroko pojętej moralności – i to wobec konkretnej krzywdy. I tak, na przykład, po zabójstwie Stanisława Pyjasa w maju 1977 roku Komitet pisał: „Każdy przemilczany gwałt jest tylko poprzednikiem następnych. Każde przemilczenie gwałtu czyni z nas jego wspólników”. Ta filozofia społecznej solidarności nie mogła dyktować powszechnych zachowań, ale stanowiła podstawową motywację ludzi KOR-u i wyznaczała jego cele. Koszty były wysokie: od 6 listopada 1976 do 12 lipca 1977 roku przeprowadzono wśród członków i współpracowników Komitetu 168 rewizji i zarekwirowano 23 maszyny do pisania, a od 14 maja 1977 roku aresztowano jedenaście osób i zatrzymano 84. Jeden z aresztowanych wspominał: „Myśmy nie czuli się ofiarami. Mieliśmy świadomość, że to, co mamy, sami wybraliśmy”.

Organizacyjnie była to sieć samodzielnych inicjatyw. Według relacji z wnętrza Komitetu, to ludzie spośród współpracowników mówili: „my się zajmujemy tym i tym”, a KOR dawał pieniądze, jeśli uznał rzecz za pożyteczną. Zakładano, że żadna uchwała nie pomoże, jeśli nie będzie chętnych do jej realizacji. „Jak się Mirka [Chojeckiego] prosi, żeby coś wydał, to wydaje” – opisywał przytaczany ten mechanizm jeden z działaczy.

Katalog wartości Komitetu – wolność, prawa człowieka, sprawiedliwość, egalitaryzm, praworządność – był wtedy spójny, i to mimo różnic wewnętrznych. Wynika to głównie z tego, że członkowie KOR-u prowadzili działalność krytyczną wobec władzy i nie uczestniczyli w procesie decyzyjnym, więc nie musieli dzielić ograniczonych zasobów. Tędy przebiega granica między polityką aktywistyczną a demokratyczną. Pierwsza odpowiada na krzywdę i może zachować spójność wartości. Druga rozstrzyga między interesami i ponosi odpowiedzialność za podział. Polityka KOR-u miała jeszcze jedną cechę: uprawiała ją niewielka grupa, która występowała w imieniu całego społeczeństwa bez żadnego mandatu. Była to polityka awangardy. Jej legitymacja brała się z moralnej racji i z gotowości do ponoszenia kosztów.

Napięcie między ruchem a polityką było widoczne w Polsce już latem 1977 roku. Po lipcowej amnestii Jacek Kuroń uważał, że w obliczu kryzysu gospodarczego władza będzie zmuszona podjąć dialog z nowymi ruchami społecznymi. Natomiast Adam Michnik uważał, że propozycja Kuronia jest „tworzeniem czegoś w rodzaju drugiej partii”, i mówił, że „nie można czołówki inteligencji polskiej zmieniać w karną kompanię”.

Potem mamy „karnawał Solidarności”. KOR włącza się w budowanie struktur od razu – czyli po tak zwanym Lubelskim Lipcu. Początkowo postulaty KOR-owców nie są w „S” kluczowe, bo początkowo chodzi o kwestie stricte materialne (wydarzenia w Stoczni są wszak reakcją na podwyżkę cen mięsa). Później jednak „S” to właśnie duża część KOR-owców, którzy zdobywają społeczną reprezentację. Stąd i tezy krytyków, wtedy na czele m.in. ze Jadwigą Staniszkis, że wprowadzenie inteligentów z KOR-u do ruchu było jego ograniczeniem (podobne wątki można jednak znaleźć tak w interpretacji prawicowej dziedzictwa „S”, np. u Dariusza Gawina, jak i w lewicowych odczytaniach np. u Jana Sowy). Jakąkolwiek przyjmiemy interpretację, wtedy dochodzi rzeczywiście do opisywanego przez Gawina „wielkiego zwrotu” w myśleniu elity polskiego ruchu demokratycznego – od języka rewizjonistycznego marksizmu ku językowi demokracji liberalnej i praw człowieka, często traktowanych bardzo abstrakcyjnie.

W 1989 roku doszło, jak wiadomo, do pierwszych wolnych wyborów, ale też do początku polskiego kapitalizmu. A raczej do jego utrwalenia, bo rynek w Polsce zaczął się wcześniej, gdzieś od połowy lat osiemdziesiątych. Skądinąd ciekawie opisuje to zjawisko niedawno wydana monografia Wyłom w systemie? Firmy polonijne w PRL (2025, pod redakcją Jerzygo Kochanowskiego i Larsa Fredrika Stöckera), traktująca o tym, jak w tamtej dekadzie wykluwał się wolny rynek. I tutaj się wszystko zmienia. Po rewolucji społecznej doszło w Polsce do spóźnionej rewolucji menadżerskiej: kluczowe pozycje należały do tych, którzy potrafili zarządzać kolejnymi odnogami tworzących się, coraz większych biznesów. Dawni przedstawiciele rewolucyjnej awangardy stali się rewolucyjną technostrukturą.

Współcześni badacze często opisują polską transformację lat dziewięćdziesiątych jako „modernizację imitacyjną”, organizowaną odgórnie przez elity przy wsparciu zewnętrznym, której szczególnie oczekiwanym skutkiem miała być silna klasa średnia, czyli specjaliści funkcjonujący w środowisku międzynarodowych korporacji. Badacze kultury pracy znaleźli w Polsce menedżerów z silną, wręcz despotyczną władzą i pracowników reagujących uległością; głównym problemem okazał się deficyt współdecydowania. Część z nich wiązała słabość pracowników z zależnością rynku pracy od układów zewnętrznych. Zależność zewnętrzna działała zresztą już w 1977 roku. Gen. Stanisław Kowalczyk, w latach 1973–1980 szef MSW, tłumaczył w 1981 roku przed komisją partyjną, że nie doprowadzono do procesów KOR-u, bo „zależności ekonomiczne przekształciły się w zależności polityczne” i obawiano się odcięcia zachodnich kredytów.

W nowym porządku KOR-owcy znaleźli się w roli zarządców: ministrów, posłów, redaktorów naczelnych, szefów instytucji. Zyskali realną władzę. Społeczeństwo, któremu przewodzili, stało się społeczeństwem etatu i zlecenia, gdzie zaangażowanie obywatelskie jest jedną z funkcji w podziale pracy – albo pro bono, albo za często znacznie niższym wynagrodzeniem w ramach pracy w NGO (wiecznie zagrożonej prekaryzacją).

Jak ciekawie opisywał to Dominik Szczepański z Uniwersytetu Rzeszowskiego, w programach partii opartych w składzie osobowym na środowisku KOR-u – takich jak Unia Demokratyczna, Unia Wolności czy Partia Demokratyczna – dorobek ideowy i programowy KOR-u został jednak w ich dokumentach całkowicie pominięty. Przyczyny miałyby być cztery: dezaktualizacja haseł i przejście działaczy do „Solidarności”, zmiana problemów w procesie przechodzenia do liberalnej demokracji, rozwiązanie PZPR oraz konieczność nowego określenia wizji rzeczywistości, sojuszników i konkurentów. Model członka UD i UW odpowiadał socjologicznemu typowi doradcy-eksperta. W materiałach kampanii z 1997 roku doradcy proponowali, by Unia jako ugrupowanie solidarnościowe stawiała na „rozwagę, umiar i fachowość”, i wyliczali, że na UW zamierza głosować 8 procent członków „Solidarności” z 1981 roku, a na powstałą wówczas Akcję Wyborczą Solidarność – 35 procent.

Od tamtego czasu KOR stał się przede wszystkim elementem marketingu politycznego. Leszek Balcerowicz mówił podczas obchodów, że Unia Wolności nie rości sobie wyłącznego prawa do KOR-u, ale jest dumna, że wśród jej członków i sympatyków jest tylu jego ludzi. Z czasem zaś utożsamianie się z tradycją KOR-u sprowadzało się do instrumentalnego jej traktowania w celu wzmocnienia wizerunku partii. Potem, w 2016 roku kilkanaście osób z opozycji przedsierpniowej odmówiło udziału w zorganizowanym przez prezydenta Andrzeja Dudę spotkaniu z okazji rocznicy KOR-u, ale uczestniczyli w nim związani na dobre i na złe z prawicą Antoni Macierewicz i Piotr Naimski.

„Jak człowiek zachowuje się przyzwoicie, to czuje się dobrze”, mówiła w cytowanym na wstępie tekście z „Gazety Wyborczej” jedna z działaczek KOR-u. W 1976 roku przyzwoitość oznaczała wyjazd do Radomia z pieniędzmi i spisanie relacji pobitych robotników. W ramach logiki państwa opiekuńczego, którą opisywał w swojej klasycznej pracy Trzy światy kapitalistycznego państwa dobrobytu Gøsta Esping-Andersen (1990), o kształcie państwa rozstrzyga przede wszystkim zdolność do budowania koalicji między klasami, a dopiero w drugiej kolejności siła jednej partii. I tak: tradycyjna klasa robotnicza prawie nigdzie nie stanowiła większości elektoratu, więc próg 50 procent był dla partii socjalistycznych w pojedynkę praktycznie nieosiągalny. Szwedzka socjaldemokracja zbudowała hegemonię na sojuszu „czerwonych z zielonymi”: pełne zatrudnienie dla robotników w zamian za dotacje dla rolników. Utrzymała ją, bo wciągnęła do systemu nowe warstwy średnie, oferując im uniwersalne świadczenia na poziomie odpowiadającym ich oczekiwaniom. Tam, gdzie klasa średnia wybrała rynek, jak w krajach anglosaskich, państwo opiekuńcze skurczyło się do pomocy dla biednych. Społeczeństwo podzieliło się wtedy na korzystających ze skromnych świadczeń publicznych i tych, których stać na prywatne ubezpieczenia.

W tej logice polityka składa się z interesów, które trzeba zorganizować i ze sobą pogodzić: w związkach zawodowych, organizacjach rolników, stowarzyszeniach branżowych, koalicjach wyborczych. Legitymację daje zdolność do reprezentowania konkretnych grup i załatwienia dla nich konkretnych rzeczy. Obóz demokratyczny próbował w ostatniej dekadzie wrócić do formuły z 1976 roku. Na manifestacje w obronie Trybunału Konstytucyjnego przychodziły dziesiątki tysięcy ludzi, skutecznie wprowadzając do politycznej narracji temat obrony praworządności, a co w swojej świetnej monografii opisywała swego czasu Anna Radiukiewicz z IFiS PAN.

Ten obóz demokratyczny powtórzył też strukturę KOR: był ruchem awangardy, która występowała w imieniu społeczeństwa, bez zorganizowanej grupy z konkretnymi interesami za plecami. Niegdyś KOR mógł sobie na to pozwolić, bo działał przeciw władzy i niczego nie dzielił. Natomiast Komitet Obrony Demokracji działał w demokracji, w której o sile ruchu decyduje to, kogo reprezentuje. Dziesiątki tysięcy ludzi na ulicach nie przełożyły się na trwałą strukturę, a kryzys, który rozbił ruch, dotyczył pieniędzy.

W czerwcu 2025 roku kandydat obozu, który przez dekadę mówił językiem Konstytucji i praworządności, przegrał wybory prezydenckie z Karolem Nawrockim. Obóz, który od grudnia 2023 roku współrządził, a więc rozstrzygał o podziale zasobów, prowadził kampanię jak taki kolejny Komitet Obrony (nie starając się już nawet o nową nazwę): bardzo upraszczając ten język, można go podsumować jako „ludzie przyzwoici przeciwko bezprawiu”.

Jaka reakcja? No właśnie, bezrefleksyjnie: zamiast myślenia o nowych formach polityki, o tym, na ile grupa sprzeciwu umie wygrywać. Dostało się wtedy przecież a to „cynicznym wyborcom”, a to partii Razem czy resztkom Polski2050. O tyle to paradoksalne, że demokracja jest przecież władzą tych, którzy nie mają żadnego szczególnego tytułu do rządzenia, opartego np. na pochodzeniu, ale także na specjalnym miejscu w ramach struktury społecznej. System przedstawicielski jest demokratyczny o tyle, o ile dopuszcza do spraw publicznych ludzi bez kwalifikacji. Demokracja istnieje więc jako działanie podważające monopol rządzących na życie publiczne, ale oparty także na logice właśnie państwa opiekuńczego: walce różnych roszczeń i grup, których to interesy, materialne czy ideowe, mogą reprezentować kolejne ruchy czy partie polityczne.

Prawo i Sprawiedliwość ma swój „naród polski”: wspólnotę, którą łączy poczucie krzywdy i godności, i w której imieniu można rozdawać zarówno świadczenia, jak i wrogów. Konfederacja ma swojego przeciętnego Kowalskiego, który prowadzi albo chciałby prowadzić własną firmę i wierzy, że mógłby być Billem Gatesem, przynajmniej w skali swojego powiatu, gdyby nie państwo. W sensie socjologicznym to aspiracja, a aspiracja daje się politycznie zorganizować: wokół podatków, składek, niechęci do urzędu. Obie konstrukcje wskazują konkretnych ludzi i mówią im, czym różnią się od reszty i co dostaną.

A kogo mają demokraci? Przez dekadę ich podmiotem była dość abstrakcyjnie rozumiana klasa średnia, czyli wszyscy, którzy nie zgadzają się na bezprawie. Problem jest taki, że szeroko pojęta „przyzwoitość” nie jest ani grupą, ani interesem. Nie ma składek, nie ma zawodu, nie ma miejsca w podziale pracy. Trudno w jej imieniu cokolwiek załatwić, a jeszcze trudniej utrzymać ją jako tożsamość, gdy samemu się rządzi i samemu rozdziela zasoby.

Pytanie brzmi więc tak: czy obóz demokratyczny potrafi uprawiać politykę opartą na grupach i klasach, czyli na ludziach, których interesy trzeba zorganizować, pogodzić i reprezentować, czy tylko politykę awangardy, która mówi w imieniu wszystkich, bo ma moralną rację? Dzisiejsza awangarda postuluje prawa człowieka i praworządność, ale mechanizm pozostaje ten sam: mała grupa, jasne wartości, brak konieczności dzielenia czegokolwiek. Sprawdza się to w sprzeciwie, ale przestaje się sprawdzać w rządzeniu i w kampanii prowadzonej z pozycji władzy.

Nie proponuję tu rozwiązań. Odnotowuję dwie rzeczy. KOR wciąż działa jako wzór: widać go w Ostatnim Pokoleniu i w inicjatywie Wschód, czyli w ruchach opartych na małej, zdeterminowanej grupie, jawności, gotowości do ponoszenia kosztów i moralnym imperatywie wobec konkretnej krzywdy. Ten sam wzór straszy: reakcje na blokady dróg Ostatniego Pokolenia pokazały, że w społeczeństwie etatu i zlecenia jawna, moralna awangarda budzi także niechęć, bo ludzie, którzy „mogą sobie pozwolić” na protest, wyglądają jak ktoś z zewnątrz. Ciekawi mnie tylko, kto, po wielu rewolucjach i awangardach, będzie rządzić.

KOR jako symbol obchodzi rocznice, dostaje filmy i musicale i użycza nazwy kolejnym komitetom. KOR jako projekt polityczny wygrał w 1989 roku i tym zwycięstwem się wyczerpał. Jego ludzie zbudowali państwo, w którym obywatel jest przede wszystkim pracownikiem, a zaangażowanie jedną z funkcji w podziale pracy. Stworzyli ekspertów, menedżerów i doradców.

No i fajnie, tylko że KOR wyborów już nie wygrywa. Wygrywa je ten, kto ma kogo reprezentować. W naszej „bańce” każdy poszedł, chcąc nie chcąc, drogą KOR-u: mam na myśli marzenie, że mała grupa ludzi, która ma rację i jest gotowa za to zapłacić, może zmienić kraj. Przegrana obozu demokratycznego w ostatnich wyborach prezydenckich, poprzedzona dekadą polityki ulicznej (KOD, Trybunał, czarne protesty, Strajk Kobiet), każe zapytać, na ile to marzenie pasuje do państwa, w którym uprawnionych do głosowania jest ponad 29 milionów ludzi.

 


Krzysztof Katkowski (ur. 2001) – publicysta, socjolog, student Szkoły Doktorskiej Nauk Społecznych UW i absolwent barcelońskiego UPF. Współpracuje z OKO.press, „Kulturą Liberalną” i „Dziennikiem Gazeta Prawna”. Ostatnio opublikował książkę Radykalna. Wszystkie sprzeczności Jadwigi Staniszkis (2026).

 

Zobacz także

Pomóż nam nagłaśniać tematy ważne społecznie.
Twoja darowizna wesprze powstawanie naszych tekstów.

Wspieraj