Trzy lata temu nie brakowało oczekiwań ani pomysłów. Były też energia i gotowość do pracy – zarówno wśród nauczycieli, nauczycielek, jak również ekspertów i organizacji. Przedwyborczy optymizm musiał jednak zmierzyć się z realiami partyjnych negocjacji i parlamentarnej arytmetyki. Spójrzmy, co z tych oczekiwań zostało po trzech latach i w jakiej kondycji szkoła jako instytucja wchodzi w ostatni rok przed kolejnymi wyborami.
Podwyżki były i ich nie ma
Jedną z pierwszych decyzji, wynikającą wprost z obietnic składanych w kampanii wyborczej, było przyznanie podwyżek nauczycielom od stycznia 2024 roku. Była to zmiana konieczna, ponieważ w tamtym czasie pensje nauczycieli wchodzących do zawodu oscylowały w okolicach minimalnego wynagrodzenia, a wysokość pensji w oświacie coraz bardziej oddalała się od średniego wynagrodzenia w gospodarce. Po podwyżce pensja nauczyciela początkującego wynosiła 4908 zł brutto – o 666 zł więcej od płacy minimalnej. Jednocześnie nauczyciele domagali się powiązania wynagrodzenia w oświacie ze średnią płacą. W czasie spotkania, organizowanego przez Związek Nauczycielstwa Polskiego w listopadzie 2024, obietnicę stałego podnoszenia pensji złożył nauczycielom premier Donald Tusk. W 2026 roku wiele z tej obietnicy nie zostało, a pod koniec wakacji ZNP zorganizował pod MEN kolejny protest. Także tym razem nie chodziło tylko o pieniądze: 65% nauczycieli w Polsce uznaje obciążenie pracą za wysokie, jednocześnie 38% ma poczucie, że ze swoimi problemami w pracy może liczyć tylko na siebie. To dane z badania TALIS 2024 (Teaching and Learning International Survey).
Podwyżki dla kadry – poza dość oczywistym elementem sprawiedliwości społecznej – to także czynnik bezpośrednio wpływający na jakość nauczania. I wiemy to nie z transparentów ZNP, a z raportu UNESCO Reimagining our future together: A new social contract for education z 2021 roku, w którym dobrostan osób pracujących w szkołach (także ekonomiczny) uznaje się za fundament budowy wydolnych systemów edukacji. Oświatowa polityka kadrowa państwa musi dawać powód, aby wejść do zawodu i w nim pozostać. Oprócz wysokości pensji liczą się przewidywalność jej wzrostu, obciążenie obowiązkami, wsparcie początkujących i możliwość rozwoju. A w Polsce szykuje nam się strukturalny problem – średnia wieku nauczycieli to 48 lat, a jedynie 4% nauczycieli ma mniej niż 30 lat.
Nieodrobiona praca domowa
Likwidacja prac domowych wywołała w polskiej edukacji efekt motyla. Wydaje się, że ani inicjujący proces premier Donald Tusk, ani tym bardziej Maciek z Włocławka, uczeń, który miał być inspiracją dla tej zmiany, nie spodziewali się tak dalekosiężnych efektów tego ruchu. Prace domowe – których zadaniem jest nauka systematyczności, utrwalenie materiału, rozwijanie i nauka samodzielności – zostały odgórnie wyeliminowane z praktyki szkolnej. Dla nauczycieli to posunięcie stanowiło czytelny sygnał braku zaufania i wprowadzania zmian z pozycji „wiemy lepiej”. Dla uczniów – początkowo zadowolonych, że będzie lżej – likwidacja okazała się kamieniem w plecaku.
Badania Instytutu Badań Edukacyjnych, zrealizowane pod stanowczą presją środowiska oświatowego, domagającego się ewaluacji zakazu, pokazały, że likwidacja przekłada się na niższe kompetencje dzieci: 76% nauczycieli klas 4–8 zauważyło spadek samodzielności uczniów w klasach, a 91% dyrektorów szkół publicznych – trudności z utrwaleniem materiału. Zakaz prac domowych, który miał także odciążyć rodziców, w rzeczywistości dodał im zadań. Teraz ci, którzy chcą pomóc swojemu czwartoklasiście w przygotowaniu się do szkoły, muszą wykonać detektywistyczną pracę, aby ustalić, co było na lekcji. I pracę tę wykonają rodziny, w których ktoś ma na to czas. Tam, gdzie czasu i uwagi nie ma, pomoc dziecku z nauce pozostanie na niższym niż przed zakazem poziomie.
Tak oto drobna techniczna zmiana przełożyła się na mechanizm wzmacniania nierówności społecznych. Problemu nie rozwiązały także ostatnie zmiany, nakładające na nauczyciela obowiązek oceniania pracy domowej w formie opisowej. Wchodzimy w obszar dydaktyki, które dla nie-nauczyciela może być niejasny, zatem przyda się porównanie. Ocena opisowa pracy domowej jest jak dojazd do pracy pod górkę rowerem, ale bez przerzutek. Można, nie trzeba, więc mało kto skorzysta.
O zdrowiu z Episkopatem
Szczęśliwie w roku szkolnym 2026/27 skończyliśmy dwuletnią dyskusję o edukacji zdrowotnej. Na szczęście – ponieważ większość argumentów, jakie padały ze strony krytykującej pomysł, nie miała wiele wspólnego z meritum sprawy. Na szczęście także dlatego, że dzięki wprowadzeniu tego przedmiotu jako obowiązkowego uczniowie i uczennice zyskali prawo dostępu do rzetelnych i sprawdzonych informacji, a szkoła – szansę na to, żeby w bardziej kompleksowy sposób wspierać wychowawcze działania rodzin. Miesiące dyskusji o prawach rodziców do odmawiania dziecku dostępu do wiedzy pozwoliły części komentujących zapomnieć o czymś, co wynika wprost z prawa oświatowego – szkoła wspiera wychowawczą funkcję rodziny.
Mimo istotnych wad tego rozwiązania (dołożenie kolejnej lekcji do przeładowanych planów lekcji), edukacja zdrowotna jest jednym z ważniejszych, choć długo dojrzewających sukcesów obecnego rządu. Niestety, od samego początku dość słabo komunikowanym. W pierwszym roku przedmiot był nieobowiązkowy, obowiązek wyjaśniania jego treści spadł na nauczycieli, z zajęć skorzystało około 30% uczniów i uczennic.
Reforma, która jest, ale wiary w nią nie ma
Czy to nie na reformę właśnie czekaliśmy w środowisku edukacyjnym? Jej zapowiedzi pojawiały się w kampanii w 2023 roku i towarzyszył im racjonalny optymizm. Dlaczego zatem po tych kilku latach poparcie dla tych zmian jest minimalne? Składa się na to kilka czynników. Najistotniejszym pozostaje, zdaje się, nazewnictwo. Reforma powinna zakładać zmianę całego systemu lub jego kilku kluczowych elementów – kształcenia nauczycieli, kwalifikacji, organizacji szkolnictwa, egzaminów, podstaw programowych. Tymczasem reforma „Kompas jutra” opiera się jedynie na zmianach samych podstaw programowych. Są one zasadne (podstawy w formie, jaką mamy w Polsce, muszą być cyklicznie aktualizowane), ale wobec wyzwań ostatnich lat – niewystarczające.
Na brak przychylności wpływa także zmęczenie środowiska nauczycielskiego. Raz – to pensje, o czym było powyżej. Dwa – pozostawanie w stanie permanentnej zmiany, dekretowanej przez kolejne rządy. Trzy – okrajanie kompetencji nauczyciela przy jednoczesnym zwiększaniu zadań szkoły. W reformie główną osią merytoryczną jest sprawczość ucznia i jest to pojęcie (agency) zaczerpnięte z dokumentów OECD Learning Compass 2030. Tenże dokument, szeroko opisujący istotę wzmacniania sprawczości, kładzie także nacisk na środowisko dziecka i warunki pracy nauczycieli, którzy – odpowiednio wzmocnieni – powinni stać się filarami zmiany. Tego komponentu w polskiej reformie zabrakło – stąd niewielki zapał do jej założeń w środowisku nauczycielskim.

Nierówności – wiemy o nich, ale udajemy, że ich nie ma
Skoro jesteśmy przy reformie, musimy pamiętać, że zmiana podstaw programowych (tak samo, jak likwidacja prac domowych) może przynieść różne skutki w szkołach dysponujących różnymi zasobami. Zmiany, nawet tak techniczne, jak te dotyczące podstaw programowych, wymagają przygotowania kadry, zaplecza instytucjonalnego i gotowości do działania. Z wprowadzanych korekt z pewnością w większym stopniu skorzystają te placówki, które już dziś mają odpowiednie zaplecze organizacyjne i zasoby. Stracą te, które mają niezawinione przez siebie deficyty – głównie organizacyjne i kadrowe.
W kontekście reformy musimy także pamiętać o tym, na ile wydolne jest nasze szkolnictwo. Sięgnijmy po badania PISA 2025. W szkołach branżowych I stopnia aż 68% piętnastolatków nie osiąga podstawowego poziomu umiejętności w rozumieniu czytanego tekstu, 71% w matematyce i 59% w naukach przyrodniczych. Za tymi liczbami kryją się trudności, które będą towarzyszyć młodym ludziom także poza szkołą: w samodzielnym zdobywaniu wiedzy, rozumieniu bardziej złożonych instrukcji i wykorzystywaniu ich w praktyce zawodowej.
Zakaz, któremu nikt się nie sprzeciwił
Zakaz używania telefonów w szkołach pojawił się bez wcześniejszej debaty i sporów, które towarzyszyły innym zmianom w edukacji. Uzasadnienie było w tym wypadku stanowcze, proste i wynikające z badań: dzieci spędzają przed ekranami zbyt dużo czasu. Zakaz miał z jednej strony skłonić rodziny do głębszej refleksji nad tym, ile miejsca w ich codziennym życiu zajmują ekrany, z drugiej – stać się wyraźnym sygnałem ze strony państwa, pokazującym, że korzystanie z telefonów wymaga nałożenia ograniczeń. W rozmowach o tym, czy zakazy w ogóle działają, pojawiały się argumenty, że o takie jednoznacznie wytyczne z resortu prosiły same szkoły, uwikłane w niekończące się dyskusje z rodzicami o tym, co wolno w szkole zrobić z telefonem, odgórna decyzja miała więc dać im oparcie w ustalaniu i egzekwowaniu zasad.
Wrzesień 2026 roku był testem sprawdzającym – poza trudnościami technicznymi, nie pojawiały się w tym temacie żadne większe kontrowersje ani problemy. Ta decyzja była przykładem trafnego wczucia się w emocje społeczne i próbą przejścia ponad polaryzacją społeczną, czym także się za chwilę zajmiemy.
Edukacja obywatelska – marzenie o zaangażowaniu
Wprowadzenie nowego przedmiotu – w miejsce zlikwidowanego Historia i teraźniejszość, który z kolei zastąpił wcześniejszą Wiedzę o społeczeństwie – jest zasadne. W dużym skrócie, jest to powrót do treści WOS, ale w nowszej, bardziej adekwatnej do realiów strukturze, stawiającej na zaangażowanie uczniów i uczennic. Sam przedmiot zakłada w swoim przebiegu istotne elementy praktyki i doświadczeń obywatelskich. Jednak jest on trochę, jak skowronek, który nie czyni wiosny – cieszymy się, że jest, ale nie możemy sobie obiecywać po jego wprowadzeniu zbyt wiele. Edukacja obywatelska jako przedmiot nie uczyni szkoły przestrzenią współpracy, jeśli fundamenty jej działania pozostaną niezmienione.
Spójrzmy jeszcze raz na badania PISA 2025. W jaki sposób kształtować zaangażowanie, jeśli jedynie 64% uczniów czuje się częścią szkoły, 63% uważa, że nie przygotowuje ich ona do dorosłości, a 38% zasadniczo uważa przebywanie w niej za stratę czasu? Wiarygodność treści nauczania zależy w ogromnej mierze od doświadczenia ucznia w instytucji, a nie od wprowadzenia samego przedmiotu – i tu jak mieliśmy, tak mamy wiele do nadrobienia.
Młodzież w centrum
W działaniach rządzących warto dostrzec także te prace, które mają uzasadniony cel, ale nie zawsze (lub jeszcze nie) kończą się formalnymi rozwiązaniami. Dyskusja nad Krajową Strategią Młodzieżową oraz próba ustawowego wzmocnienia ochrony praw ucznia pokazują gotowość rządzących do potraktowania młodych ludzi jako pełnoprawnych uczestników tworzenia polityki publicznej, która ich dotyczy. To sygnał od rządzących o dość prostym komunikacie – „widzimy was”. Trzeba jednak przyznać, że propozycja powołania rzeczników praw uczniowskich była krokiem politycznie ryzykownym – podejmowanym wobec wielu obaw części nauczycieli o nadmiarowe i przerysowane prawnie formalizowanie szkolnych relacji.
Obawy te – zwłaszcza wobec weta Prezydenta do ustawy powołującej rzeczników praw ucznia – wymagają poważnej rozmowy, nie tylko z uczniami, ale także z nauczycielami. Jednak sam kierunek zmian, w którym politycy starają się rozumieć potrzeby i interes młodych, jest w polskiej polityce dość nowym podejściem.
Integracja dzieci z Ukrainy to konkretny sprawdzian sprawności państwa
Uczniowie i uczennice z Ukrainy stanowią około 5 % ogółu uczniów w Polsce. Najwyższa Izba Kontroli pozytywnie oceniła zapewnienia przez placówki warunków do realizacji prawa do nauki dzieciom z Ukrainy. Jednocześnie jednak wykazano, że w części kontrolowanych szkół pojawiają się problemy z organizacją wsparcia językowego, i wskazano na potrzebę sprawniejszego monitorowania potrzeb dzieci oraz przygotowania nauczycieli. Przyjęcie do polskiego systemu edukacji uczniów i uczennic z Ukrainy jakoś się udało. Słowo „jakoś” jest tu jednak kluczem. Było to możliwe dzięki doskonałej organizacji samorządów, samych placówek szkolnych, nauczycieli i bardzo często także rodzin uczniów.
Na poziomie systemu edukacji uczniowie innej narodowości i kultury niż polska pozostają niewidoczni dla systemu. Edukacja antydyskrymincyjna, wielokulturowa, międzykulturowa to obszary, które, jeśli pojawiają się na zajęciach szkolnych, to tylko dzięki inicjatywom organizacji społecznych.

Wojna fasoli z kotletem – czyli polaryzacja
Podobnie jak za poprzedniej kadencji, edukacja okazała się doskonałym polem do wzmacniania polaryzacji. Najpierw edukacja zdrowotna, potem lekcje religii, na koniec narodowa debata o szkolnych posiłkach czy elektronicznym dzienniku. Tematy edukacyjne dotyczą każdej osoby, bo przecież wszyscy przeszliśmy przygodę szkoły. Dyskusje te, zazwyczaj jako komentarze w mediach algorytmicznych, odwołują się także do świata wartości i zasad, idealnie spełniając zadanie różnicowania, niezgadzania się ze sobą i okopywania wokół własnego stanowiska. W takich sporach znacznie łatwiej zapytać, kto jest po czyjej stronie, niż drążyć temat i dochodzić do istoty rozwiązań. Wtedy nawet zawartość szkolnego talerza może się stać deklaracją światopoglądową.
Dla świata edukacji to smutna konstatacja – tematy oświaty nigdy nie zostaną zdjęte z politycznego afisza. Szkołom pozostaje codzienna praca w cieniu tych sporów: rozmowy z rodzicami, wyjaśnianie decyzji, łagodzenie napięć, których same nie wywołały.
Zmarnowane szanse
Komunikacja. To szansa zmarnowana podwójnie. Po pierwsze, edukacja, ponieważ dotyczy każdego, mogła stać się jedną z tych przestrzeni, gdzie rządzący pokazują swoją sprawczość. Poprzednie ekipy nie bały się pokazywać zmian w edukacji (zazwyczaj nietrafionych) jako dowodów własnej skuteczności. Obecnej ekipie tej śmiałości zabrakło. Po drugie, nawet przy zmianach, które miały solidne zaplecze techniczne czy uzasadnienie – takich jak zakaz używania telefonów czy wprowadzenie rządowego dziennika – brakowało rozmowy, argumentów, mierzenia się z obawami i sensownej kampanii informacyjnej. Zwłaszcza ostatnie prace nad dziennikiem elektronicznym pokazały, że nie wystarczy mieć technicznie rację (jak z ciepłą wodą w kranie, symbolizującą strategię rządów w latach 2007–2014), aby politycznie i organizacyjnie dowieźć projekt.
Budowanie odporności. „Tysiąclatki” budowano w czasach PRL z myślą o tym, że w razie wojny mogą zamienić się w szpitale. Dziś, niestety, ponownie warto pomyśleć o szkole jako o instytucji, na której można się oprzeć w czasach niepewności. Edukacja może być przecież przestrzenią budowania społecznej odporności, a szkoła – miejscem, gdzie dzieci doświadczają przynależności i obecności dorosłych gotowych do pomocy. Szkoła jako instytucja powinna budzić zaufanie, dawać oparcie i dawać przykład tego, że trudności daje się rozwiązywać wspólnie.
Koniec marzeń o współczesnej Komisji Edukacji Narodowej. Wiara w to, że w Polsce powstanie ciało, które przejmie od polityków decyzję i odpowiedzialność za polityki publiczne dotyczące edukacji, musi pozostać w sferze naszych marzeń. Ostatnie lata – nie tylko trzy – pokazują, że marzenia trzeba szyć na miarę możliwości. A możliwości na odpolitycznienie szkoły nie ma. W roku przed wyborami nie potrzebujemy już chyba kolejnych obietnic – lista spraw, które nadal są pilne, jest wystarczająco długa.
Iga Kazimierczyk – dr pedagogiki, nauczycielka, działaczka edukacyjna. Współtwórczyni kampanii „Wolna szkoła”, prezeska Fundacji Przestrzeń dla Edukacji.