Łowcy skór

Gazeta Wyborcza nr 19, 2002.01.23

Łowcy skór

Przerażające wyniki dziennikarskiego śledztwa w łódzkim pogotowiu

W łódzkim pogotowiu handluje się zwłokami. Sprzedają lekarze, sanitariusze, kierowcy karetek i dyspozytorzy. Kupują zakłady pogrzebowe. Zmarłego nazywa się skórą. Dla zdobycia "skóry" być może nawet zabijano - ustalili dziennikarze "Gazety" i Radia Łódź.

Haniebny proceder trwa od ponad dziesięciu lat. Walczące o pogrzebowy rynek zakłady wywindowały cenę "skóry" do 1200-1800 zł. Ofiarami padają rodziny zmarłych, których do wyboru tego, a nie innego zakładu pogrzebowego skłania się podstępem lub szantażem. Do handlujących skórami pracowników pogotowia może co roku trafiać w sumie parę milionów złotych. By zdobyć te pieniądze, jest jeden warunek - trzeba mieć ciało, a nie żywego pacjenta.

Pracownik jednej z łódzkich firm pogrzebowych: - Słyszałem o różnych sytuacjach, kiedy zespół nie śpieszy się do wezwania, bo jest szansa, że zgon nastąpi przed przyjazdem pogotowia.

Poszlaki wskazują na to, że w wyścigu o nekropieniądze mogło dochodzić nie tylko do zaniechania udzielania pomocy pacjentom, ale także do ich uśmiercania. Do zabójstwa mogły posłużyć leki, które nieodpowiednio użyte stają się śmiertelną i błyskawicznie działającą trucizną m.in. pavulon, lek zwiotczający mięśnie i wstrzymujący oddychanie. Używają go tylko doświadczeni anestezjolodzy i tylko na sali operacyjnej, gdy za pacjenta "oddycha maszyna", a jego własny oddech mógłby zakłócać jej pracę. W łódzkim pogotowiu pavulon stosowano bardzo często. Nasz informator opisuje: lekarz zobaczył sanitariusza wstrzykującego pacjentce jakiś środek. - Co jej dajesz? - zapytał. - To, co zawsze - odparł tamten. Po kilku minutach kobieta nie żyła.

Jak zabija pavulon użyty pomyłkowo albo jako narzędzie zbrodni? Dr Ryszard Golański, wiceszef łódzkiej Okręgowej Rady Lekarskiej: - Pacjent jest w pełni świadomy, ale z powodu zwiotczenia mięśni traci oddech. Nie może nic powiedzieć, nawet ruszyć palcem. Dusi się, umiera w męczarniach. To jedna z najbardziej okrutnych śmierci na świecie.

Były kierowca pogotowia, który odszedł, bo "nie chciał brać w tym udziału":

- Jeden z lekarzy przychodził, popatrzył i mówił: "O, tu już nie mamy co reanimować". Puls badał i do widzenia. Wbrew lekarzowi jednego pacjenta odratował gorliwy sanitariusz. Lekarza nazywaliśmy Anioł Śmierci, bo załatwiał ludzi. Tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Nasi informatorzy wymieniają inne przydomki pracowników pogotowia ratunkowego zamieszanych w zbrodniczy proceder: doktor Mengele, doktor Potasik, Skórołapka.

Przez ostatnie dwanaście lat łódzkim pogotowiem kierował doktor Ryszard Lewandowski. Cały czas zaprzeczał, jakoby w jego placówce handlowano zwłokami. Dziś mówi, że sam nie brał za to pieniędzy. Przyznaje jednak, że inni brali i że był to powszechny proceder. Nie lubi terminu "skóra". Poprawia: - Sprzedawanie informacji o zaistniałym zgonie. Nie chce jednak wierzyć, że zespoły karetek mogły przyczyniać się do śmierci pacjentów. A gdyby jednak? - To podważyłoby sens istnienia samej instytucji pogotowia... - mówi z wahaniem.

Gdy już kończyliśmy zbieranie materiałów, dowiedzieliśmy się, że sprawę badają Centralne Biuro Śledcze w Łodzi oraz wydział do spraw przestępczości zorganizowanej łódzkiej Prokuratury Apelacyjnej. Prokuratorzy i policjanci rozważają możliwość ekshumacji zwłok kilkudziesięciu zmarłych pacjentów łódzkiego pogotowia, by zbadać, czy są w nich pozostałości śmiertelnie niebezpiecznych leków, m.in. pavulonu.

Łódzki radny Witold Skrzydlewski, którego rodzina ma sieć zakładów pogrzebowych, przyznaje, że słyszał o wątpliwych zgonach, ale nie chce o tym mówić: - Może kiedyś też zasłabnę i chciałbym, żeby pogotowie mnie ratowało. A znajomym mówię, że jeśli ktoś u nich zasłabnie, to żeby zespołowi, który wchodzi, proponowali dwa tysiące złotych. Wtedy jest gwarancja, że będzie ratowany.

Nowy dyrektor pogotowia Bogusław Tyka sam zawiadomił o procederze policję. Jest pewien, że jego skala pod jego rządami "zmniejszyła się radykalnie". - Zlikwiduje pan ten proceder? - zapytaliśmy. - Tak - odparł. - Jestem tego pewien.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak

(Tekst powstał we współpracy z Przemysławem Witkowskim z Radia Łódź, SA)


Gazeta Wyborcza nr 19, 2002.01.23

Łowcy skór

W łódzkim pogotowiu od ponad dziesięciu lat handluje się zwłokami zmarłych pacjentów. Kto sprzedaje? Niektórzy lekarze, sanitariusze, kierowcy karetek i dyspozytorzy. Kto kupuje? Łódzkie zakłady pogrzebowe. Ciało zmarłego w pogotowiu nazywa się "skórą". Za jedną skórę płaci się dziś 1200-1800 zł. Czy żeby zdobyć skórę, można zabić pacjenta? Są takie poszlaki.

Do redakcji zadzwonił lekarz. Rozmawialiśmy z nim kilka miesięcy wcześniej, szukając powiązań firm pogrzebowych z pogotowiem, ale wtedy nie chciał wiele powiedzieć. Teraz usłyszeliśmy: - Przemyślałem wszystko, porozmawiam z wami o skórach. Dlaczego zmienił zdanie?

- To zaszło za daleko - odparł tylko. Był wyraźnie zdenerwowany. Zaprosił nas na wieczór do domu: - Do knajpy może wejść znajomy, u was w redakcji też ktoś mógłby mnie zobaczyć, później skojarzyć. A ja się boję - sarn nie wiem, co może z tego wyjść.

Nie dorobił się w pogotowiu. Jak na lekarza z wieloletnim stażem mieszka skromnie. W małym pokoju segment, kanapa i fotele ze skaju.

Lekarz miał smutną twarz. - Na pewno wiecie, co to jest skóra? - zapytał. Wydawało nam się, że odpowiedź znamy: - Zmarły pacjent, którego załoga karetki pogotowia ratunkowego i dyspozytor sprzedaj ą firmie pogrzebowej.

- A wiecie, że skórę można zrobić?

Jak ciało stało się skórą

Włodzimierza Sumery szukaliśmy kilka tygodni. Parę lat temu na pogrzebach zbił majątek. Teraz ma kłopoty. Mieszka kątem u rodziny. Strzelano do niego kilka miesięcy temu, chodzi bocznymi ulicami, unika obcych.

Z wykształcenia plastyk. Około czterdziestki, ale wygląd studenta, na nosie przyciemniane okulary. - Dlaczego zgodziłem się otwarcie rozmawiać? Nie dlatego, że jestem porządnym facetem. Dawno trzeba było to wyprostować, może wam się uda. Na swoje usprawiedliwienie mam niewiele. Może jedynie to, że nie przewidziałem skutków, chociaż powinienem był przewidzieć.

O handlu skórami Sumera wie prawie wszystko. - Przecież to ja wymyśliłem układ z pogotowiem, branie od nich skór.

Na przełomie lat 80. i 90. dorabiał w łódzkim pogotowiu jako sanitariusz. - Rodziny osób zmarłych w domach godzinami czekały, aż przyjedzie wóz z przedsiębiorstwa komunalnego i zabierze zwłoki do chłodni. A czasy się zmieniały i pomyślałem, że tu jest miejsce na mój biznes - opowiada.

Odszedł z pogotowia i w 1991 r. założył z kolegą firmę C. - Kupiłem nyskę, rozdałem w pogotowiu wizytówki. Powiedziałem, żeby dzwonili do mnie, jak będzie do zrobienia przewóz. Sytuacja mnie przerosła - nie wyrabialiśmy się z wykonywaniem zleceń. Z początku dzwonili do mnie z pogotowia jako do kolegi. Ja się odwdzięczałem. Jeszcze nie pieniędzmi.

- Kawa? Koniak?

- Wódka. Skrzynki wódki woziłem do pogotowia. Firma zaczęła przynosić dochody.

Staraliśmy się te pieniądze zagospodarować, rozwinąć się. A zwłok było tyle, że poszliśmy dalej i robiliśmy pogrzeby. Zatrudniliśmy ludzi, ubraliśmy ich ładnie, kupiliśmy jako pierwsi eleganckie jak na tamte czasy auta. Moim marzeniem było, żeby zrobić z firmy - jak to mówię - bombonierkę. Po części się to udało.

Ale wtedy dawni koledzy Sumery z pogotowia nie byli już tylko kolegami. Odkąd pojawiły się pieniądze - byli partnerami w interesach.

Dziś Sumera zarzeka się: - My pierwsi nie zapłaciliśmy. Kiedy zapłaciła konkurencja, zaproponowałem chłopakom, że będę im coś kupował do pogotowia: telewizor, jakiś tapczan, koce. Odpowiedzieli: tylko gotówka. Wiec przebiłem konkurencję, l ciało szybko stało się skórą, czyli towarem na sprzedaż. Dobrym, chodliwym towarem.

Telefon 999: pomóżcie

Jaka jest droga od wezwania pogotowia do sprzedanej skóry?

Telefon 999 odbiera dyspozytor. Na podstawie rozmowy ze zgłaszającym musi ocenić, na ile poważny jest stan pacjenta, a - co za tym idzie - czy i jaką wysłać karetkę: przewozową (bez lekarza, tylko kierowca i sanitariusz, którzy wiozą chorego do stacji pogotowia, czasem opatrują na miejscu), wypadkową (z lekarzem, kierowcą i sanitariuszem) czy erkę (dodatkowo z pielęgniarką, zespół ma działać w sytuacjach ratowania życia). Karetek jest sporo, czekają rozstawione w różnych punktach miasta, rolą dyspozytora jest wybrać właściwy rodzaj i tę, która dotrze do pacjenta najszybciej.

Jeśli pacjent umiera, lekarz powinien stwierdzić zgon i wypełnić dokumenty - kartę informacyjną oraz kartę zgonu, i wrócić do karetki. A rodzina zostaje z problemem - w myśl przepisów sanitarnych ciało nie może leżeć w domu. Trzeba je przewieźć do chłodni, gdzie będzie czekać na dzień pogrzebu.

Mamy wolny rynek, zatem od rodziny zależy, która firma pogrzebowa przewiezie ciało, a później zajmie się przygotowaniem pogrzebu i samym pochówkiem. Rodzina dzwoni do wybranego zakładu, ciało trafia do chłodni.

Mało kto jest przygotowany finansowo na śmierć bliskiej osoby, dlatego ważne jest, by firma pogrzebowa szybko wystawiła rachunek. Z takim rachunkiem można iść do ZUS po zasiłek pogrzebowy - dziś ponad 4 tys. zł - i już z pieniędzmi załatwiać dalsze formalności: w zakładzie i na cmentarzu.

I to wszystko.

Gdzie tu miejsce na sprzedaż skóry? W szczegółach. Nikt nie ma pod ręką telefonów firm pogrzebowych. Nikt nie ma też po utracie bliskiego głowy do interesów: wypytywania o ceny, porównywania jakości usług. Wielu w ogóle nie wie, co robić dalej. A zwłoki trzeba przewieźć. Z mieszkania nie wyszedł jeszcze zespół pogotowia, a już ciśnie się na usta prośba: pomóżcie. Lekarz (sanitariusz, kierowca) powinien wyjaśnić procedurę. Rzecz w tym, że może też podać telefon do firmy. Może nawet od razu zadzwonić do zakładu.

Ryczałt za dziesięć skór

Włodzimierz Sumera zapewnia, że pierwsze pieniądze, które zapłacił pogotowiu, nie były duże. - Jakieś 50 tys. zł za skórę. Starych oczywiście, czyli na dzisiejsze 5 zł. Starczało na papierosy. Ale zaraz zaczęła się licytacja między firmami pogrzebowymi. W 1995 r. płaciłem już za skórę 500 zł.

Sprzedawanie skór staje się szybko dobrym biznesem i niektóre załogi karetek nie czekają, aż rodzina poprosi o pomoc w znalezieniu firmy.

Pieniądze z tego chcą mieć też niektórzy dyspozytorzy - zawierają nieformalne układy z zespołami ratowniczymi: ja pierwszy wiem o zgonie, wyślę twoją karetkę po skórę, ty odpalisz działkę.

Trzeba się jeszcze rozliczyć.

Sumera: - Sposobów jest multum. Ja dla wygody czasem płaciłem pogotowiu ryczałtem za dziesięć skór z góry. Kiedy się limit wyczerpał, dyspozytor dzwonił do mnie po następną kopertę. Jak oni się dzielili potem z zespołem - to ich układ.

Dwóch smutnych panów z papierami

Witold Skrzydlewski, łódzki radny, którego rodzina ma największą w regionie sieć kwiaciarni i zakładów pogrzebowych, opowiada, jak ekipa pogotowia poluje na skórę: - Zawodowiec nie powie rodzinie, że tu przyjedzie firma pogrzebowa X. Bo krewni mogą po wiedzieć: nie życzymy sobie. On powie: zaraz przyjedzie zespół przewozowy i zabierze zmarłego do chłodni. Dla przeciętnego emeryta to dalsza część tej samej instytucji, czyli pogotowia. Lekarz, sanitariusz lub kierowca wychodzą i dzwonią. A potem wchodzi dwóch smutnych panów. Nie przedstawiają się, tylko mówią: proszę podpisać dokumenty. Uwierzcie - nie ma ludzi, którzy w tym momencie czytają kwity. Podpisują. Dopiero na drugi dzień patrzą, gdzie mają przyjechać, załatwić resztę formalności. I widzą, że nie do pogotowia, tyko do zakładu pogrzebowego.

Szeroko przyjętą i niekwestionowaną przez ZUS praktyką jest pobieranie zasiłku pogrzebowego przez przedstawiciela firmy pogrzebowej na podstawie pisemnego upoważnienia rodziny. To właśnie jeden z dokumentów, które krewni podpisali "dwóm smutnym panom".

Radny Skrzydlewski opowiada, co dzieje się dalej: - Krewni w zakładzie stoją już pod ścianą, bo ta firma skoro świt załatwiła wszystkie dokumenty i - co najważniejsze - wzięła z ZUS zasiłek. A ludzie nie zauważyli, że podpisali w umowie zgodę na organizację pogrzebu, i że jeśli się wycofają, to tyle i tyle zapłacą kary. I ludzie już nie chcą się kłócić, bo zmarły, tragedia - wiadomo.

Skrzydlewski mówi, że to dla niego trudna rozmowa - on też płacił pogotowiu. Zapewnia: - Gdy zaczęły to być bardzo duże kwoty, wycofaliśmy się. Uważaliśmy, że to już stało się niebezpieczne i ta granica między ratowaniem a udawaniem może gdzieś się zatrzeć. Wiemy, że firma rodziny Skrzydlewskich od kilku lat nie płaci pogotowiu. Może sobie na to pozwolić - jest potentatem na łódzkim rynku.

1800 za skórę: kto da więcej?

Licytacja stawek za skórę trwa.

Włodzimierz Sumera: - Jeszcze w 1998 r. płaciłem. Wtedy już tylko po to, żeby wywindować cenę. Przebiłem z 800 na 1000 zł od skóry. Myślałem, że jak mocno winduję stawkę, firmy przestaną na tym zarabiać i to się utnie.

Przypomnijmy: firma ma na pogrzeb 4 tys. zł zasiłku z ZUS (kwota z 2001 r.). Im więcej płaci za ciało pogotowiu, tym mniejszy ma zysk.

Dlaczego windowanie cen za skórę trwało nadal? Po prostu - w miarę jak rosły stawki dla pogotowia, firmy podwyższały ceny pogrzebów.

Skrzydlewski: - Zakłady wpadły na pomysł trochę jak z filmu "Kiler", gdzie Siara-Rewińskl dzieli się z Englertem: dwie sztaby złota moje, jedna twoja. Krewny przychodzi, a oni z tego zasiłku też mu troszeczkę oddadzą. Krewny kręci nosem, że mało zostało, ale w sumie jest zadowolony. Bo nie wie, co go jeszcze czeka. Potem idzie na cmentarz i dowiaduje się, że ma zapłacić tyle za plac, tyle za księdza. Za to już płaci dodatkowo, z kieszeni - mimo że za zasiłek pogrzebowy można naprawdę zrobić średniej klasy pogrzeb z placem i księdzem. A pogotowiane firmy robią najtańszy, z najgorszą trumną i za cały zasiłek. Bo muszą zapłacić zespołowi.

Jak firma ukrywa wypłacanie "działki za skórę", by uniknąć wpadki skarbowej? Nie prowadzi pełnej księgowości, bo z fiskusem rozlicza się ryczałtem. I rzadko zdarza się, by klient zażądał od niej po pogrzebie pełnego rachunku (jeśli żąda, firma wypisuje "dopłatę za trumnę").

Licytacja skór trwa cały czas, biorą w niej udział kolejni gracze.

Skrzydlewski: - Jest firma, która płaci tylko 1200 zł, ale ona świadczy pogotowiu dodatkowe usługi. Na przykład zabiera na wczasy do Hiszpanii. Inne płacą po 1600 zł od sztuki. Jedną z tych ostatnich jest firma P. Jeszcze pół roku temu nie płaciła pogotowiu i urządzała miesięcznie ledwie kilka pogrzebów. Teraz - około 150.

Od naszej rozmowy z Witoldem Skrzydłewskim (dwa tygodnie temu) stawkę znów przebito.

Firma CZ. daje za skórę 1800 zł.

Pan Pułkownik planuje zabójstwo

Skrzydlewski ciągnie: - Każdy może otworzyć zakład pogrzebowy, nie trzeba spełniać żadnych warunków. Nie trzeba mieć nawet pieniędzy. Producenci, których jest dużo, chętnie skredytują trumny, podstawia pan kilka kwitów rodzinie i następnego dnia rano ma pan ich zasiłek pogrzebowy. Więc pan nie musi mieć żadnego kapitału, żeby wejść w ten rynek. Nikt nie sprawdza, czy człowiek, który otwiera taki interes, był karany. Zakłady pogrzebowe pootwierały pielęgniarki, sekretarki dyrektorów szpitali, w firmach pogrzebowych jeżdżą sanitariusze z pogotowia. Ten rynek jest bandycki.

Jednym z naszych rozmówców był Jacek T., znana postać w łódzkim światku pogrzebowym.

Od lat pracownik prosektorium szpitala Wojskowej Akademii Medycznej, współpracownik Sumery, pierwszy "nauczyciel" Skrzydlewskiego (który na początku lat 90. był kwiaciarzem i dopiero wchodził na rynek usług pogrzebowych).

Jacek T. zarabiał na ubieraniu i myciu zwłok, był też udziałowcem firmy pogrzebowej. I specem od pozyskiwania skór od pogotowia.

- Gdyby on myślał, byłby dziś bogaczem - wspomina Sumera. - Ale trwonił pieniądze z równą łatwością, jak zarabiał. Gdy Pan Pułkownik - bo taką miał ksywę - bawił się w Kaskadzie [w czasach PRL najbardziej wytworny lokal w Łodzi, dziś symbol minionej epoki], wszyscy goście pili na jego koszt. Na 40. urodzinach Jacka bawili się wszyscy ludzie z branży i pół pogotowia.

W 1998 r. Jacek T. wdał się w konflikt z częścią konkurencyjnych zakładów pogrzebowych.

Po stronie T. także stanęło kilka firm.

Rok później w powietrze wyleciało nowe renault megane Jacka T. - ktoś podłożył pod nim bombę. T. oskarżył o to konkurencję, podobnie jak o telefoniczne grożenie mu śmiercią. Ale winnych nie znaleziono - prokuratura umorzyła obie sprawy.

Podczas kilku spotkań latem 2001 r. Jacek T. opowiadał nam o szczegółach współpracy firm pogrzebowych z pogotowiem. Do kolejnego umówionego spotkania nie doszło. Okazało się, że rozmawiając z nami, planował zabójstwo. We wrześniu złapano go pod jednym z łódzkich hipermarketów, gdy wręczał 25 tys. zł płatnemu mordercy. To była zaliczka, drugie tyle zabójca miał dostać po zastrzeleniu Skrzydlewskiego. W śledztwie Jacek T. przyznał się do winy, czeka na proces.

Przetargowa karta zgonu

W grę wchodzą wielkie pieniądze. Policzmy: w Łodzi samo tylko pogotowie stwierdza miesięcznie ok. 400 zgonów. Za ile skór płacą pogotowiu firmy? Przypomnijmy, że odkąd firma P. zaczęła opłacać zespoły, zyskała ponad 140 pogrzebów co miesiąc. A przecież nie ona jedna płaci pogotowiu.

Bardzo ostrożnie licząc, do pogotowia trafia działka za 200-250 skór miesięcznie. Uśredniając stawkę (od 1200 do 1800 zł) na 1500 zł, mamy 300-370 tys. miesięcznie i 3,6-4,5 mln zł rocznie. Bez podatków.

Zdobyliśmy cztery pisemne oświadczenia rodzin nakłanianych do skorzystania z usług konkretnych firm tylko w ostatnim miesiącu (wszystkie dane do wiadomości redakcji).

  • 23 XII 2001 r. Wiesława W.: lekarz polecał mi zakład pogrzebowy W.
  • 25 XII Maria K.: lekarz polecał mi zakład pogrzebowy CZ.
  • 29 XII Halina M.: lekarz polecał mi zakład pogrzebowy P.
  • 3 12002 r. Sławomir B.: lekarz bez uzgodnienia ze mną wezwał zakład pogrzebowy CZ.

Niektórzy sprzedawcy skór posuwają się jeszcze dalej. Jeśli rodzina nie chce się zgodzić na proponowaną firmę, szantażują ją. Rodzina ma niewielkie szansę, bo lekarz ma kartę przetargową - kartę zgonu. Stwierdza w niej przyczynę: może "wykluczyć udział osób trzecich", czyli stwierdzić zgon naturalny, bądź "nie wykluczyć udziału osób trzecich", czyli podejrzewać zabójstwo. W tym przypadku procedura się gmatwa, rodzina nie dostanie ciała, które trafi na sekcję zwłok. A pogrzeb opóźni się o kilka-kilkanaście dni. Konkrety:

  • październik 2001. Lekarka pogotowia wezwana do stwierdzenia zgonu mieszkańca Widzewa (dzielnica Łodzi) proponuje zięciowi zmarłego wezwanie firmy A. Ma pecha - zięć jest lekarzem i doskonale zna proceder. Protestuje. Zirytowana lekarka na jego oczach drze kartę zgonu z adnotacją: "wykluczam udział osób trzecich" i błyskawicznie wypisuje drugą z adnotacją: "nie wykluczam".
  • 5 stycznia 2002 na Górnej (też dzielnica Łodzi) lekarz robi to samo, gdy kobieta nie zgadza się na wezwanie do zmarłej siostry firmy CZ.

Dyspozytorzy sugerują: "chyba umarła"

Walczą też handlujący dyspozytorzy. Mają sprawdzony sposób, aby natychmiast wysłać po skórę wybraną karetkę (np. erkę).

Na przykład krewny dzwoni i mówi: "przyjedźcie, babcia umarła". Skoro umarła, pogotowie nie musi się śpieszyć, zgon można stwierdzić także za godzinę. Ale dyspozytorowi zależy, żeby jak najszybciej po skórę pojechała jego zaprzyjaźniona załoga. Więc tak kieruje rozmową, by uzyskać wpisaną później w dokument formułkę "chyba nie żyje" - zamiast "nie żyje". "Czy pan sprawdzał tętno? Czy pan jest pewien, że babci nie można już pomóc? Czy pan jest lekarzem, żeby mieć pewność?". Dyspozytor słyszy w końcu upragnione "chyba" i wysyła na sygnale zaprzyjaźnioną erkę.

A do umierających i naprawdę potrzebujących szybkiej pomocy jedzie często nie karetka, która jest najbliżej, lecz inna - wybrana. Udało nam się ustalić, że trzy zespoły wyjeżdżały znacznie - ponad dwukrotnie - częściej do skór niż inne.

W grudniu 1999 r. na ul. Pabianickiej zasłabł człowiek. 500 m stamtąd stały dwie karetki, ale dyspozytor wysłał załogę z drugiego końca dzielnicy. Przyjechała za późno, reanimacja nic nie dała. Tłum gapiów rzucał wyzwiska na ekipę karetki.

Karetka jedzie do Mc Donalds'a

Pracownik jednej z łódzkich firm pogrzebowych: - Pracuję już kilka lat w zakładzie, przewożę zwłoki z domu do chłodni. Słyszałem o różnych sytuacjach, kiedy zespół nie śpieszy się do wezwania, bo jest szansa, że zgon nastąpi przed przyjazdem pogotowia.

Sumera: - W branży mówi się na to "Mc Donalds'a", czyli "nie śpieszmy się, wstąpmy po drodze na hamburgera".

Zdobyliśmy raport łódzkiej straży pożarnej. 21 stycznia 2001: pożar w mieszkaniu przy ul. Wólczańskiej. Strażacy wynoszą dwie zaczadzone osoby. Reanimują je. Karetki wzywają o godz. 3.25. O 3.36 dzwonią z ponagleniem. O 3.39 telefonują znowu. Karetki są na miejscu o 3.46. Jechały 21 minut. Od stacji do miejsca pożaru jest 2200 metrów, w środku nocy na ulicach nie ma ruchu.

To nie wszystko: załoga jednej karetki każe przerwać (!) reanimację kobiety i przenieść ją do ambulansu. Strażacy przekładają nieprzytomną na nosze pogotowia. Zespół karetki podnosi je i kobieta spada z wysokości metra, uderzając twarzą o beton. Sanitariusz i kierowca wrzucają ją na nosze i biegną do karetki. Zaczadzonego mężczyznę drugi zespół też każe przenieść do karetki. O godz. 4 lekarze z obu zespołów mówią strażakom, że pacjenci zmarli. Jeszcze jeden przykład. Jak ustaliliśmy, dyspozytor stacji dostał w listopadzie 2000 r. wezwanie do pacjenta z podejrzeniem zawału. W pokoju obok lekarz pił kawę, nie wiedział o zgłoszeniu. Zdenerwowana brakiem karetki rodzina wydzwaniała do pogotowia. Dyspozytor mówił, że ambulans od dawna jest na mieście. Kłamał, wysłał go dopiero 20 minut po zgłoszeniu. Skóry nie było - pacjent cudem przeżył.

Nazywają ich: Anioł Śmierci, Skórołapka, Mengele, doktor Potasik

Włodzimierz Sumera, niegdyś właściciel firmy pogrzebowej: - Lekarz pogotowia przyjechał do mnie do zakładu z umierającym pacjentem. Człowiek konał, ten spokojnie wypisywał kartę zgonu.

Kolejny nasz rozmówca, Janusz Pietraszkiewicz, był kierowcą pogotowia. Przyznał się nam, że też kilka razy wziął pieniądze za skórę. Odszedł - jak twierdzi - "bo nie chciał dłużej brać w tym udziału". - Ale lekarze szli na te układy. Mogę podać nazwiska: X, Y, Z [Pietraszkiewicz podaje imiona i nazwiska lekarzy] czy Anioł Śmierci...

- Dlaczego Anioł Śmierci? - pytamy.

- Tak go nazwali, bo załatwiał ludzi.

- Jak?

- Przychodził, popatrzył i mówił: o, tu już nie mamy co reanimować. Puls badał i do widzenia. A można było człowieka wyprowadzić, tzn. uratować.

- Skąd pan wie?

- Był takt przypadek na Dąbrowie [osiedle w Łodzi] w nocy. Doszedł do kobiety leżącej obok tapczanu, zbadał puls i powiedział, że nic z tego nie będzie. A był z nami sanitariusz. I mówi: "przecież puls jeszcze jest, musimy reanimować". A Anioł Śmierci na to: "co mi tu dyskutujesz". Bo już wypisał kartę zgonu. Kolega-idealista, który nigdy nie wziął działki za skórę, nie dał za wygraną i kobietę wyprowadził. Wstała i poszła do łóżka.

- Dlaczego Anioł Śmierci tak robił?

- Tylko i wyłącznie dla pieniędzy. Weźmy inny przypadek: gdy Aniołowi Śmierci zmarł pacjent w karetce, od razu kazał mi jechać do firmy C. I tam zwłoki zostały sprzedane. Pietraszkiewicz ma ciężko chorą 99-letnią babcię. - Ostatnio znów był u niej lekarz z pogotowia. Jak wychodził, chciał mi dać telefon. Powiedział: ,jak będzie zgon, to proszę zadzwonić, żeby ten sam zespół przyjechał".

- Powiedział, po co ten sam zespół?

- Nie, ale to przecież jasne. Żeby była skórka.

Sumera i Pietraszkiewicz mówią też o innych pseudonimach członków zespołów: doktor Mengele, Skórołapka, doktor Potasik (bo potas zwalnia akcję serca, podanie zbyt dużej dawki lub prawidłowej, ale zbyt szybko - zabija).

Pavulon - lek śmierci

Opowiedzieliśmy to wszystko lekarzowi, który zaprosił nas do domu. Wysłuchał bez emocji, potakując smutno głową. Teraz on będzie mówił.

- W połowie 2001 r. przyszedł do łódzkiego pogotowia nowy wicedyrektor Janusz Morawski. Zaczął przeglądać dokumentację, także przepływu leków. Jest anestezjologiem, nic więc dziwnego, że zwrócił uwagę na nazwę pavulon.

- Pracuję kilkanaście łat, a tylko raz użyłem pavulonu - ciągnie lekarz. - Mogłem się nawet bez niego obejść, używając słabszego środka zwiotczającego - scoliny, która działa około trzech minut. Otóż nowy wicedyrektor, oglądając papiery, stwierdził, że w pogotowiu istniało olbrzymie zapotrzebowanie na pavulon. Z powodu chaosu w dokumentacji nie sposób stwierdzić, kiedy był wykorzystywany - który pacjent dostał zastrzyk i jaką dawkę. Ten niezwykle niebezpieczny lek był wypisywany na zwykłych receptach zbiorczych, jakie wystawiali lekarze, uzupełniając zapas karetek. A raczej - najczęściej - był dopisywany do nich, na dodatek innym charakterem pisma niż reszta specyfików. Wicedyrektor poszedł do ówczesnego dyrektora stacji, ten natychmiast zarządził, że pavulon można pobierać tylko na indywidualne recepty i z każdej dawki trzeba się rozliczyć merytorycznie - dokładnie opisać, z jakich powodów, w jakich okolicznościach i któremu pacjentowi podano lek. I nagle zapotrzebowanie na pavulon spadło do zera.

Prof. Wojciech Gaszyński, kierownik katedry anestezjologii Akademii Medycznej w Łodzi i konsultant krajowy do spraw anestezjologii i intensywnej terapii: - Bez dużego doświadczenia nie powinno się podawać tego leku. Formalnie wyłącznie wykształceni anestezjolodzy mają do tego prawo. Pavulon powinien być podawany tylko na sali operacyjnej, nie powinny go używać zespoły wyjazdowe pogotowia. W USA tego typu leków mogą używać wyłącznie uprawnieni lekarze. Mało tego, zezwolenia wydawane są na określony czas i obwarowane dodatkowymi warunkami. Na przykład, jeśli lekarz w jakimś czasie nie wykona pewnej liczby intubacji z użyciem tego leku, traci uprawnienie i musi ponownie przejść przeszkolenie.

Sugerujemy, że może lek w pogotowiu kradziono, by sprzedać go na czarnym rynku. Ale prof. Gaszyński nie wie, do czego mógłby się komuś przydać pavulon. W niektórych krajach bliźniacze specyfiki są używane do wykonywania wyroków śmierci po uprzednim uśpieniu pacjenta, na przykład barbituranami.

Dr Ryszard Golański, także anestezjolog, wiceszef Okręgowej Rady Lekarskiej w Łodzi: -Leki zwiotczające są po to, by wyeliminować na sali operacyjnej oddech pacjenta, za którego oddycha maszyna. By jego własne oddychanie "nie kłóciło się" z pracą urządzenia. Podanie pavulonu przytomnemu człowiekowi bez intubacji oznacza jedną z najokrutniej szych śmierci na świecie. Pacjent jest w pełni świadomy i traci oddech. Z powodu zwiotczenia mieści opadają mu także powieki. Nie może nic powiedzieć, nawet ruszyć palcem. Dusi się, umiera w męczarniach. Wiem, co mówię: rozmawiałem z pacjentami, którym pomyłkowo w szpitalu wstrzyknięto pavulon, na szczęście ich odratowaliśmy. Pracując w Okręgowej Radzie Lekarskiej, spotykałem się z przypadkami wynoszenia bądź zaginięcia różnych specyfików, na przykład dolarganu czy morfiny stosowanych przez narkomanów. Ale do czego może być komuś potrzebny pavulon?

Lekarza, który zaprosił nas do domu, pytamy wprost: czy niewytłumaczalne zużycie pavulonu może mieć związek z handlem skórami?

- Obawiam się, że tak. Ostatnio pojawiło się w stacji nowe określenie: "wątpliwe zgony". O jednym słyszałem: pacjentka chora psychicznie, lekarz na chwilę odszedł. Wrócił i zobaczył, że sanitariusz leje w żyłę środek. - Co jej dajesz? - zapytał. - To co zawsze - usłyszał. Po kilku minutach pacjentka nie żyła. Kiedy dowiedziałem się o sprawie pavulonu, od razu powróciły mi w pamięci różne dziwne rozmowy, zdarzenia, półsłówka, pseudonimy. Niektóre zespoły podawały na przykład pacjentom nierozcieńczoną eufilinę, potwornie silny lek obniżający ciśnienie. Dziś trudno mi porzucić myśl, że za tym kryta się czyjaś śmierć. Podanie w taki sposób leku to w prostej linii zatrzymanie akcji serca.

- Jakie pseudonimy pan słyszał?

- Kiedyś myślałem, że to idiotyczne żarty: Doktor Mengele, Doktor Potasik, Anioł Śmierci. Ignacy Baumberg, anestezjolog, kilka lat jeździł w pogotowiu: - Też słyszałem, że eufilinę podawano bez rozcieńczenia. Często obserwatorzy łączyli to z nagłym pogorszeniem się stanu pacjenta. Już od początku lat 90. pracownicy pogotowia i zakłady pogrzebowe tworzyły system, w którym hardziej opłacalna jest śmierć niż ratowanie pacjenta. W październiku 2001 r. w pogotowiu zmienił się - po 12 latach - dyrektor. Nowy - Bogusław Tyka - nie jest lekarzem, lecz ekonomistą, wcześniej rządził jednym z łódzkich szpitali. Zbierając materiał do tekstu o handlu skórami, poprosiliśmy go o pokazanie dokumentacji, zwłaszcza wyjazdów karetek. Przyznał, że sam dużo słyszał o nekrobiznesie, ale dokumentację musi najpierw przejrzeć sam.

Dyrektor Tyka zawiadamia policję

Dziś wiemy już, że późną jesienią dyrektor Tyka od nowego wicedyrektora Morawskiego dowiedział się o podejrzanym wypływie pavulonu. Z grupą zaufanych lekarzy badał dokumentację stacji, a kilka tygodni po naszej rozmowie odbył jeszcze jedną- z wiceszefem Centralnego Biura Śledczego w Łodzi.

Przez blisko dwa tygodnie prosiliśmy dyrektora Tykę o rozmowę na temat pavulonu, wątpliwych zgonów i handlu skórami. Nie chciał rozmawiać. W końcu, gdy przekonał się, że i tak znamy sprawę, umówił się z nami w obecności wicedyrektora Janusza Morawskiego. Dyrektor Tyka bardzo się denerwuje. Mówi sztywno, jakby czytał, zacina się i waży słowa: -Chciałem zamknąć temat, który bardzo brzydko się nazywa handlem skórami, a którym obciąża się między innymi załogi pogotowia. Jest to dla mnie proceder karygodny. Myślę, że od czasu kiedy dowiedziałem się o tym zjawisku, jego skala zmniejszyła się radykalnie. Już nie wyjeżdżamy do każdego stwierdzenia zgonu. Robimy to tylko na zasadzie humanitarnej pomocy ludziom, którzy zostali sami ze zwłokami w domu po godz. 17. Pozostałe przypadki powinien stwierdzać lekarz, który leczył pacjenta w ciągu ostatnich 30 dni. Tak mówi ciągle obowiązujący, choć niestosowany przepis ustawy z 1956 r. Oficjalnie wiem o trzech sprawach związanych z handlem skórami: w dwóch lekarz odmówił wydania rodzinie karty zgonu, w jednym nie wykluczył udziału osób trzecich. Dałem nagany, sprawa pójdzie do komisji etyki lekarskiej.

- Zlikwiduje pan ten proceder?

- Tak, oczywiście. Jestem tego pewien. Rzucamy następne hasło: "CHYBA nie żyje".

- Było szereg przypadków, gdzie na karcie zgłoszenia widniał zapis "chyba nie żyje". W takiej sytuacji nie mam prawa odmówić wysłania karetki. Ale mamy teraz komputerowy system zapisu rozmów, każde wezwanie jest tam archiwizowane. Nasza komisja sprawdza wszystkie na ewentualność, że dyspozytor tak kieruje rozmową, by uzyskać stwierdzenie "chyba nie żyje". Takie sytuacje trzeba w sposób radykalny zlikwidować i doprowadzić do normalności.

- Zawiadomił pan policję o przestępstwie. O jakim?

- Przeprowadziliśmy rozmowę w Centralnym Biurze Śledczym. Pewne skojarzenia nasunęły się nam w związku z rozchodem leków i zapotrzebowaniem na dziwne leki. Nie mogliśmy zostawić tego tematu. Poinformowaliśmy stosowne władze, które mają możliwość sprawdzenia naszych przypuszczeń.

- Jakich przypuszczeń?

- Nie chciałbym w tej chwili tego ujawniać. Nie jestem lekarzem - mogę pozostawać w błędzie. Zapotrzebowanie na pewnego rodzaju leki w skojarzeniu z nieskutecznymi reanimacjami dawało nam pewne przypuszczenia.

- Co do zgonów pacjentów?

-Tak.

Dyrektor Tyka potwierdza, że po wprowadzeniu kontroli na pavulon jego zużycie spadło do zera. Dodaje, że w tej chwili nawet nie ma w pogotowiu tego leku.

Doktor Morawski milczy. Zapytany wprost, ucina: - Nie mogę udzielać żadnych informacji. Zobowiązałem się do tego wobec prowadzących śledztwo.

Eksdyrektor nie brał, inni owszem

Jedziemy do podłódzkiego Głowna. W tamtejszym szpitalu został właśnie dyrektorem Ryszard Lewandowski. Wcześniej, przez 12 lat, kierował łódzkim pogotowiem. Gdy był dyrektorem łódzkiej stacji, ucinał wszelkie pytania o handel skórami. "Nie ma nic takiego, dajcie mi dowody" - mówił. "Nigdy nie stwierdziłem przypadku współpracy pogotowia z firmami pogrzebowymi. Jeżeli coś do mnie docierało, były to sugestie albo pomówienia" - to cytat z października ubiegłego roku, tuż przed odwołaniem go z funkcji (odwołano go z przyczyn ekonomicznych, pogotowie ma olbrzymie długi). Lewandowski nie lubi terminu "skóra". Poprawia: - Sprzedawanie informacji o zaistniałym zgonie.

I po raz pierwszy przyznaje: - Muszę obiektywnie stwierdzić, że nie udało mi się tego zwalczyć. Byłem nieskuteczny. Mimo wielokrotnie podejmowanych wysiłków, aby ten proceder wyeliminować albo przynajmniej doprowadzić do jakichś cywilizowanych rozmiarów, byłem nieskuteczny. To niezmiernie trudno udowodnić. Z jednej strony marny skarżącą się rodzinę, z drugiej nikogo, kto mógłby, chciałby to potwierdzić. Słyszałem, wiedziałem, wpływały do mnie skargi, ale nikogo za rękę nie złapałem. Na dodatek instytucje, które - wydawało nam się - powinny być tym zainteresowane - de facto zainteresowane nie były. Na początku lat 90. powiadamialiśmy np. Urząd Ochrony Państwa, policję, organy skarbowe. Swego czasu były spotkania z udziałem przedstawicieli prokuratury, sądów. Ci wszyscy ludzie nie byli zainteresowani likwidacją tego procederu. Teraz już wiem, że to jest zjawisko powszechne i uczestniczą w tym osoby, których nigdy bym o to nie podejrzewał. Osoby, które zajmują pewne stanowiska w hierarchii pogotowia, czyli powinny więcej umieć, być lepsze, mądrzejsze, moralniejsze. Okazuje się, że nie.

- O jakie stanowiska chodzi?

- Ja żadnych gratyfikacji nie otrzymywałem. A poniżej mnie zdarzało się. O tym, że te osoby biorą, nie wiedziałem. Dowiedziałem się w ostatnim okresie. Jeżeli ktoś, kto na przykład jest odpowiedzialny w stacji za nadzór, jest dotknięty wadą, to nie jest w stanie tego poprawnie prowadzić.

- Nie miał pan nigdy podejrzeń, że ktoś mógłby dla pieniędzy np. nie udzielić pomocy?

- Jeżeli miałbym podejrzenie przestępstwa, musiałbym je zgłosić odpowiednim organom. Nie miałem przesłanek, by coś takiego podejrzewać. To podważyłoby sens istnienia tej instytucji.

Pytamy o podejrzane zużycie leków zwiotczających.

- Mogę się domyślać, co jest w podtekście pańskiego pytania. Nie wiem, co się działo z tymi lekami, ja ich nie brałem. Ale nie chciałbym, żeby pan się w swoich domysłach posunął się... jakoś dalej.

Dwa tysiące za życie

Dr Ryszard Golański z Okręgowej Rady Lekarskiej: - Przypuszczenia, że lekarze czy inni ludzie z zespołów zabijali swoich pacjentów, są przerażające. Jako lekarzowi nie mieści mi się to w głowie. Uwierzę dopiero, jeśli sąd wyda prawomocny wyrok skazujący.

Radny Witold Skrzydlewski, którego rodzina ma sieć zakładów pogrzebowych, przyznaje, że słyszał o wątpliwych zgonach, ale nie chce o tym mówić: - Może kiedyś też zasłabnę i chciałbym, żeby pogotowie mnie ratowało. A każdemu znajomemu mówię, że jeśli ktoś u niego zasłabnie, to żeby zespołowi, który wchodzi, proponował dwa tysiące złotych. Wtedy jest gwarancja, że będzie ratowany.

Prokurator zarządzi ekshumacje?

Czy uda się zweryfikować przypadki wątpliwych zgonów, jeśli pacjent dostał przed śmiercią pavulon? To problem: lek niezwykle szybko rozkłada się w organizmie. Mówi się nawet, że pavulon mógłby teoretycznie posłużyć do "zabójstwa doskonałego".

Prof. Andrzej Kulig, kierownik zakładu patomorfologii Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki, tłumaczy: - Zabójstwa doskonałego nie ma. Morderca zawsze pozostawia ślady. Jedne są łatwe do rozpoznania, inne wymagają dociekań. Można badać sam związek bądź jego metabolity, czyli to, co z niego robi organizm. Wiele środków uszkadza tkanki, inne - działając szybko - nie pozostawiają tak widocznych objawów. I tu niezbędne są badania toksykologiczne. A te są coraz doskonalsze.

Z nieoficjalnych źródeł dowiedzieliśmy się, że prowadzący śledztwo rozważąją ekshumację ciał byłych pacjentów pogotowia, których zgon budzi wątpliwości.

Pytamy Kazimierza Olejnika, prokuratora apelacyjnego w Łodzi, czy prowadzi śledztwo dotyczące tzw. wątpliwych zgonów, m.in. nieskutecznych reanimacji pacjentów w powiązaniu z niekontrolowanym wypływem leków, m.in. pavulonu, i tzw. handlem zwłokami.

- Potwierdzam, że prowadzimy stosowne śledztwo w tej sprawie. Na obecnym etapie nie mogę udzielić żadnych dodatkowych informacji.

Będą pytać

Lekarz, który zaprosił nas do domu, dopija kawę. - Doskonale zdaję sobie sprawę, co się stanie. Co będzie czuł człowiek, wzywając karetkę do bliskiego. Jak będą cierpieć uczciwi lekarze, moi koledzy z pogotowia, którzy nigdy nie splamili się tym świństwem. Znajomi nawet wzrokiem będą pytać - czy też w tym brałeś udział? Zaprzeczenia dadzą odwrotny skutek.

Tomasz Patora i Marcin Stelmasiak
współpraca Przemysław Witkowski (Radio Łódź)


Gazeta Wyborcza nr 20, 2002.01.24

Czy zabijali

Teraz sprawdzamy wszędzie, co podawano pacjentom - mówi szef łódzkiego pogotowia

Dotychczasowe postępowanie uprawdopodobnią fakt, że w łódzkim pogotowiu mogło dojść do najcięższych zbrodni - powiedział wczoraj Jarosław Berger, rzecznik policji w Łodzi. W Ministerstwie Zdrowia zwołano wczoraj nadzwyczajną konferencję w sprawie wyników dziennikarskiego śledztwa "Gazety" i Radia Łódź, opisanego w naszym wczorajszym reportażu "Łowcy skór". Zbierając informacje o sprzedawaniu zwłok (tytułowych "skór') firmom pogrzebowym przez pracowników łódzkiego pogotowia ratunkowego, natrafiliśmy na poszlaki, że niektórzy z nich prawdopodobnie "pomagali" umrzeć pacjentom. Niekiedy zwlekali z przyjazdem do pacjenta, by już nie było kogo ratować.

Są też poszlaki, że zdarzało się podawanie pacjentowi środka zwiotczającego mięśnie - pavulonu. - To straszna śmierć - tłumaczył nam jeden z rozmówców - człowiek dusi się i umiera w męczarniach.

- Jestem porażony. Nie chce mi się w to wierzyć - powtarzał dziennikarzom wiceminister zdrowia Aleksander Naumann. Poinformował, że we wszystkich stacjach pogotowia rozpocznie się dziś pilna kontrola gospodarowania lekami, które mogły służyć do tych praktyk. - W tej chwili nie mamy podstaw, by uznać informacje "Gazety" za prawdziwe - mówił. - Jeśli taki proceder miał miejsce, mogę tylko przeprosić rodziny zmarłych. Nie chcę ferować wyroków, od tego są sądy. To sprawa kryminalna.

Minister zdrowia Mariusz Łapiński przerwał urlop. - Osoby wymienione w artykule "Gazety Wyborczej" w kontekście domniemanego uśmiercania pacjentów powinny być odsunięte od pogotowia na czas wyjaśnienia sprawy - powiedział w TYP.

PAP zacytował relację łodzianina Jacka Giernadowieża: - 22 listopada zmarła mi żona. Była chora na raka. Pogotowie jechało ponad dwie godziny i czterokrotnie było ponaglane. Wreszcie przyjechało i stwierdziło zgon. Pół godziny później w moim domu pojawiła się firma pogrzebowa, choć nigdzie nie dzwoniliśmy. Mam nazwisko lekarza pogotowia i wizytówkę firmy pogrzebowej.

Powiązaniami niektórych pracowników pogotowia z firmami pogrzebowymi zajmuje się łódzka prokuratura apelacyjna, ale nie informuje o szczegółach. Sprawę bada łódzki oddział Centralnego Biura Śledczego. Do tej pory nikogo nie zatrzymano.

Wojewoda Krzysztof Makowski stwierdził: - To szokujące. Nasze prawo dokładnie określa karę za zabójstwo. Jeśli sąd udowodni, że celowo mordowali ludzi, to taką karę powinni ponieść. Wiem, że te osoby już nie pracują w pogotowiu. Odpowiednie służby już kilka tygodni wcześniej zaczęły się tym zajmować po oficjalnym doniesieniu, które złożył do prokuratury dyrektor pogotowia.

Bogusław Tyka, szef łódzkiego pogotowia, poinformował, że nakazał przegląd wszystkich przypadków zgonu, przy których mógł być użyty pavulon. Wyników kontroli nie ujawnił. - To pytanie do policji i Centralnego Biura Śledczego - uciął. Przyznał jednak, że do pogotowia dzwoniło wczoraj wiele osób, które wiązały zgon bliskich z zaniedbaniami lekarzy. - Wszystkie zgłoszenia weryfikujemy. Sprawdzamy, czy prawidłowo udzielono pomocy i jakich środków farmakologicznych użyto.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak, wiol, as, blew


Gazeta Wyborcza nr 20, 2002.01.24

Szok, szok, szok

W całym kraju nasze informacje o handlu zwłokami w Łodzi wywołały burzę. Policja, pogotowie, prokuratura i resort zdrowia obiecują zlikwidować ten haniebny proceder. W Łodzi "Gazeta" zniknęła z kiosków błyskawicznie. Telefony urywały się w redakcji "Gazety", w policji, a także w Radiu Łódź (jego reporter prowadził dziennikarskie śledztwo wraz z naszymi pracownikami i radio nadało wczoraj jego reportaż).

Łowcy skór

Przypomnijmy: dziennikarze "Gazety" i Radia Łódź, badając kulisy łódzkiego nekrobiznesu, dowiedzieli się, że w łódzkim pogotowiu mogły się zdarzać nawet wypadki celowego uśmiercania pacjentów. Wiadomości o tym, że ktoś zmarł, sprzedają niektórzy lekarze, sanitariusze, kierowcy karetek i dyspozytorzy. Kupują - łódzkie zakłady pogrzebowe. W łódzkim pogotowiu ciało zmarłego nazywa się "skórą". Aktualna cena skóry to 1200-1800 zł.

Poszlaki wskazują, że w wyścigu po brudne pieniądze mogło dojść nie tylko do zaniechania udzielania pomocy pacjentom, ale także do ich uśmiercania. Do zabójstwa mogły posłużyć niektóre leki - m.in. pavulon, lek zwiotczający mięśnie.

W policji i prokuraturze

Dyrektor (od niedawna) łódzkiego pogotowia Bogusław Tyka spotkał się wczoraj z dziennikarzami. Mówił: - To, co się stało, trzeba najpierw dokładnie sprawdzić, a dopiero potem oskarżać ludzi. Pracujemy normalnie. Pozostaje nam czekać na wyniki dochodzenia policji i Centralnego Biura Śledczego.

Tyka obiecał, że wszystkie sytuacje, które mogą rodzić podejrzenia, że handel zwłokami istnieje, będą eliminowane: - Od l lutego nie będziemy w ogóle jeździć do zgonów. Zgon powinien stwierdzać lekarz, który ostatni widział pacjenta.

Stwierdził, że, jak dotąd, nie ma dokumentów, które "w sposób ewidentny świadczą, że nie udzielono prawidłowo pomocy".

Natomiast podinspektor Jarosław Berger, rzecznik łódzkiej policji, powiedział nam, że potwierdziła ona "sygnały o niezgodnej z prawem i niehumanitarnej działalności pracowników pogotowia ratunkowego i łódzkich firm pogrzebowych''. - Trwają przesłuchania świadków - stwierdził. - Jeżeli zebrane dowody potwierdzą nasze podejrzenia, osobom odpowiedzialnym za ten proceder zostaną przedstawione zarzuty bardzo poważnych przestępstw kryminalnych.

Sprawą zajmuje się łódzka prokuratura apelacyjna. Jest ona bezpośrednio nadzorowana przez Prokuraturę Krajową. - Apelujemy o kontakt z prokuraturą do wszystkich, którzy mają informacje o procederze - nie tylko w Łodzi, ale również w innych regionach - mówi Małgorzata Wilkosz-Śliwa z Prokuratury Krajowej.

Nie tylko Łódź

Po naszej publikacji pojawiły się liczne potwierdzenia tego, że nie tylko w Łodzi kwitnie proceder sprzedawania informacji o zgonach firmom pogrzebowym. Jak powiedział nam Paweł Biedziak, rzecznik Komendy Głównej, w całym kraju policja prowadzi kilkanaście rozpoznań operacyjnych, które dotyczą łapowek wręczanych przez firmy pogrzebowe.

O handlu zwłokami powiedzieli też PAP łódzcy i warszawscy przedsiębiorcy pogrzebowi.

Według ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego to proceder mający miejsce nie tylko w pogotowiu, ale i w szpitalach. Na pytanie, co się stanie, jeśli zarzuty o uśmiercanie pacjentów się potwierdzą, stwierdził: - Trzeba natychmiast tych ludzi osądzić i skazać, jeśli to miało miejsce, bo to jest po prostu normalne morderstwo.

Jednocześnie minister przestrzegł przed wzbudzaniem paniki, która może doprowadzić do tego, że pacjenci będą się bali wezwać pogotowie.

Były wiceminister zdrowia Andrzej Ryś powiedział PAP, że sygnały o handlu informacją o zgonach doszły do resortu już trzy lata temu. Apelowano wtedy do samorządów, by w przetargu wybrały jeden zakład pogrzebowy, który pogotowie będzie zawiadamiać o śmierci pacjenta.

"Gazeta" w ostatnich latach pisała już o sprawie handlu zwłokami.

Wyjaśnić sprawę

Wiceminister zdrowia Aleksander Naumann poinformował, że w poniedziałek kierownictwo resortu spotka się z dyrektorami stacji pogotowia ratunkowego, "by wykluczyć lub uniemożliwić praktyki opisane w Gazecie". Poinformował, że minister zdrowia Mariusz Łapiński zwróci się do minister sprawiedliwości oraz do ministra spraw wewnętrznych i administracji o informacje i o specjalny nadzór nad przebiegiem śledztwa.

O wyjaśnienia zwrócił się też do Prokuratury Generalnej i Łódzkiej Prokuratury Apelacyjnej rzecznik praw obywatelskich prof. Andrzej Zoli. Premier Leszek Miller poprosił wojewodę łódzkiego i prezydenta Łodzi o dołożenie starań, aby sprawę wyjaśnić jak najszybciej. Dzisiaj będzie o niej dyskutować sejmowa komisja zdrowia. Policja uruchomiła telefon, pod który można zgłaszać informacje na temat patologii w domach pogrzebowych. To bezpłatny numer 0-800-120-226. Dzwonić można też do działającego przy Ministerstwie Zdrowia Biura Praw Pacjenta pod numer 0-800-190-590.

Infolinia czynna jest w godzinach 8.15-16.15.

pcg, pap


Gazeta Wyborcza nr 21, 2002.01.25

Policjanci w pogotowiu

Pavulon zakazany w karetkach w całym kraju. Wkrótce może dojść do zatrzymań pracowników łódzkiego pogotowia ratunkowego.

Zastępca komendanta głównego policji generał Adam Rapacki cały dzień spędził w Łodzi, by koordynować śledztwo w sprawie tamtejszego pogotowia ratunkowego. - Przesłuchanych zostało już kilkudziesięciu świadków - mówił dziennikarzom Rapacki. - Zabezpieczono dokumentację, m.in. karty wyjazdów karetek pogotowia, sprawdzane będą billingi rozmów telefonicznych, także z numerów prywatnych, oraz dokumenty dotyczące zakupów i zużycia pavulonu.

- Niewykluczone, że w najbliższym czasie może dojść do zatrzymań w pogotowiu ratunkowym w Łodzi. Nie powiem, czy chodzi o korupcję, czy też o coś więcej -zapowiedział wczoraj Rapacki.

Pavulon, który - są na to poszlaki - mógł służyć do uśmiercania pacjentów przez załogi pogotowia w Łodzi, wycofano wczoraj ze stacji pogotowia w całej Polsce.

- Główne uderzenie śledztwa kierowane jest na Łódź, ponieważ przestępczy proceder funkcjonował tu na ogromną skalę - powiedział nam Adam Rapacki. Jednak policja w kilkunastu innych miastach kraju rozpracowuje wypadki, w których podejrzewa się, że zakłady pogrzebowe dawały łapówki pracownikom służby zdrowia za informacje o zgonach. Naczelna Rada Lekarska oświadczyła wczoraj, że "sprzedawanie przez lekarzy informacji o zgonach zakładom pogrzebowym jest naruszeniem zasad etyki lekarskiej". Zdaniem samorządu lekarskiego, jeśli "zarzuty umyślnego nieudzielania pomocy umierającym bądź czynnego zabijania przez ekipy pogotowia" się potwierdzą, to sprawcy tych czynów "muszą być osądzeni i ukarani". Zarazem samorząd lekarski oświadcza, że "sposób przedstawiania" sprawy w mediach "zwiększa w społeczeństwie poczucie zagrożenia". Prof. Mirosław Nesterowicz, specjalista prawa medycznego, mówi, że środowisko lekarskie dobrze zna czarne owce, lekarzy, "dla których bożkiem jest pieniądz, a kodeks etyki lekarskiej i przysięga Hipokratesa to jakieś starożytne brednie". Zdaniem Nesterowicza ci ludzie "żyją w poczuciu całkowitej bezkarności, z nimi powinno się uporać samo środowisko lekarskie - izby lekarskie, sądy lekarskie - a nie policja, nie prokuratura, nie UOP, nie Centralne Biuro Śledcze".

Tomasz Patora. Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 21, 2002.01.25

Zakazany pavulon

Pavulon brały z apteki pogotowia także takie załogi, które nie miary w karetkach respiratorów i rurek intubacyjnych - przyznał wczoraj dyrektor łódzkiego pogotowia. Przebywający w Łodzi wiceszef policji Adam Rapacki poinformował, że przesłuchano już tam dziesiątki osób, a będą przesłuchane setki.

- Ludzie zeznają, w jakich okolicznościach następował zgon ich krewnych, w jaki sposób trafiali do zakładu pogrzebowego - mówił nam Rapacki.

Nieoficjalnie dowiedzieliśmy się, że niektóre osoby spośród zeznających w czwartek potwierdziły, że nawiązywały kontakt z określonym zakładem pod wpływem nacisków sanitariusza bądź lekarza.

W Łodzi powołano specjalną grupę operacyjno-śledczą. W jej skład wchodzą funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego i najlepsi łódzcy operacyjniacy i dochodzeniewcy. Planowane jest włączenie do grupy ekspertów ze służby zdrowia.

Jednocześnie już od jutra do wszystkich łódzkich zakładów pogrzebowych wejdzie policja skarbowa. Sprawdzi, czy na ślad ewentualnych łapówek nie doprowadzi ich dokumentacja finansowa, choćby np. rozliczenia podatkowe.

Przypomnijmy - w środę "Gazeta" i Radio Łódź ujawniły wyniki kilkumiesięcznego dziennikarskiego śledztwa. Jak ustaliliśmy, w łódzkim pogotowiu od lat część załóg karetek i dyspozytorów handlowała ciałami zmarłych pacjentów. Kupcy - przedsiębiorcy pogrzebowi - płacili za "skórę" (tak uczestniczący w procederze nazywają zmarłych pacjentów) nawet 1800 zł. Są też poszlaki, że w niektórych przypadkach pogotowie mogło celowo opóźniać dojazd do pacjenta, nie udzielać pomocy, a nawet podawać pavulon - silny środek zwiotczający uniemożliwiający samodzielne oddychanie. Powinien być używany wyłącznie przez anestezjologów. Jeśli zostanie podany bez podłączenia do aparatury zapewniającej sztuczny oddech, pacjent dusi się i umiera w strasznych męczarniach.

Wczoraj Bogusław Tyka, nowy dyrektor łódzkiego pogotowia, który o tym strasznym procederze zaalarmował Centralne Biuro Śledcze, po raz pierwszy oficjalnie przyznał, że pavulon brały z apteki pogotowia także te załogi, które nie miały w karetkach respiratorów i rurek intubacyjnych. Od czwartku rano Tyka ma stałą ochronę policyjną. Policja potwierdziła, że w nocy ze środy na czwartek grożono mu telefonicznie.

Do Łodzi przyjechał Aleksander Nauman, wiceminister zdrowia. Jak poinformował, na polecenie ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego generalny inspektor farmaceutyczny zakazał stosowania pavulonu w stacjach pogotowia ratunkowego w całej Polsce. - Będzie to lek wyłącznie do stosowania zewnętrznego, tzn. w salach operacyjnych i oddziałach intensywnej terapii - powiedział wiceminister. Zapowiedział też, że będzie zabiegał o przeprowadzenie kontroli skarbowej we wszystkich zakładach pogrzebowych w Polsce.

Nauman: - Wiemy już, że "nekrobiznes" dotyczy nie tylko województwa łódzkiego, ale i wszystkich pozostałych. Poza tym istnieje nie tylko w stacjach pogotowia, ale także w szpitalach. W oparciu o dane z policji można podejrzewać, że pracownicy szpitali też powiadamiali firmy pogrzebowe o zgonie pacjenta. Będziemy to szczegółowo sprawdzać.

Kilkaset zgłoszeń osób, które przypuszczają, że przy zgonie ich bliskich uprawiany był handel zwłokami - to efekt pierwszego dnia działania w Łodzi specjalnej policyjnej infolinii. - Około 100 z nich uznajemy za niezwykle istotne dla śledztwa. Większość z nich potwierdza ustalenia Centralnego Biura Śledczego, a także dziennikarzy "Gazety" i Radia Łódź. Za wcześnie jednak na ujawnienie szczegółów - mówi podinspektor Jarosław Berger, rzecznik łódzkiej policji.

Od 1 lutego karetki pogotowia w Łodzi mają nie wyjeżdżać do stwierdzania zgonów. Będą to robić wyłącznie lekarze podstawowej opieki zdrowotnej. Szczegółowe zasady stwierdzania zgonów ma opracować Urząd Miasta Łodzi.

Policja nadal czeka na informacje o powiązaniach pracowników pogotowia z firmami pogrzebowymi. Można je przekazywać pod łódzkie numery: (0-42)635-12-90 i 635-12-98 (czynne od poniedziałku do piątku w godz. 8-22) lub numer ogólnopolskiej infolinii: 0-800-120-226. Policja gwarantuje dzwoniącym pełną anonimowość. Funkcjonariusze zapewniają, że każdy sygnał będzie szczegółowo sprawdzony.

Tymczasem Krajowy Związek Zawodowy Ratownictwa Medycznego chce pozwać do sądu dziennikarzy "Gazety Wyborczej" i Radia Łódź za zniesławienie pracowników pogotowia ratunkowego w Łodzi - powiedział PAP przewodniczący związku i rzecznik łódzkiego pogotowia Tomasz Selder. Fragment zapisu rozmowy, jaką nasi dziennikarze przeprowadzili Selderem 5 października 2001 r.: "Akwizycja przez pogotowie dla firm pogrzebowych jest nie do udowodnienia, a poza tym nie jest niezgodna z prawem. Nie ma takiego punktu w kodeksie pracy, do którego można by się przyczepić". Selder był dyspozytorem. Teraz odpowiada w pogotowiu za nadzór nad pracownikami.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak, blew, jach, pap


Gazeta Wyborcza nr 22, 2002.01.26

Dwie karetki podejrzane

Coraz więcej informacji o nadużywaniu pavulonu w łódzkim pogotowiu.

Niektórzy sanitariusze łódzkiego pogotowia podawali pacjentom środek farmakologiczny, w wyniku którego gwałtownie pogarszał się ich stan - powiedział wczoraj posłom z komisji zdrowia Karol Napierski, prokurator krajowy. "Gazeta" - Dlaczego lekarze na to nie reagowali? Napierski: - No właśnie, dlaczego?

Jaki to preparat? Prawdopodobnie - jak pisaliśmy w naszym środowym reportażu "Łowcy skór" - pavulon, silny środek zwiotczający mięśnie i powodujący zatrzymanie oddechu. Wiceminister zdrowia Aleksander Nauman powiedział posłom, że dotychczas ustalono, iż szczególnie dużo pavulonu zużywały dwie karetki łódzkiego pogotowia. Jak to było możliwe - tłumaczył z kolei Zbigniew Niewójt, dyrektor departamentu nadzoru w Głównym Inspektoracie Farmaceutycznym. Otóż po godzinie 15 centralna apteka pogotowia była nieczynna. W nagłych przypadkach leki pobierał sam sanitariusz na podstawie recepty podpisanej przez lekarza. - Ustaliliśmy, że dwukrotnie pobrano jednorazowo po dziesięć ampułek pavulonu. Normalnie farmaceuta zdziwiłby się, bo pavulon jest lekiem o rzadkim zastosowaniu, mało przydatnym w pogotowiu. Sprawa wyniknęła się spod kontroli - przyznał Niewójt.


Gazeta Wyborcza nr 22, 2002.01.26

Nie ratowała mamy

Oto historia jednej z ponad tysiąca osób, które w ciągu ostatnich trzech dni dzwoniły w sprawie afery w łódzkim pogotowiu do redakcji "Gazety" i Radia Łódź. Kobieta zgodziła się na rejestrację swojej opowieści, prosiła jednak, by nie publikować nazwiska. Była pora obiadu, 13 lipca 1999 r, Godz. 14.30, może 15. Moja mama miała już 90 lat, cierpiała na cukrzycę. Po przebytym udarze chodziła, korzystając ze specjalnego wózeczka. Siedliśmy do stołu.

Jadła szybko. W pewnej chwili jakby kęs stanął jej w gardle. Złapała się za klatkę piersiową,

zaczęła się dusić. Rzuciłam się na pomoc, z tatą i opiekunką - mama miała opiekunkę. Położyłam ją na ziemi, zaczęłam reanimację. Usta-usta, ucisk klatki piersiowej. Tak, jak mnie uczyli. Czułam pracę serca.

Przyjechało pogotowie. Z nim lekarka. Po czterdziestce, masywna, zdaje się, że miała podwójne nazwisko. Nie pamiętam, nie chciałam go zapisać w pamięci, mój umysł uparcie je wymazywał. Weszła razem z resztą zespołu. Nie przejęła ode mnie reanimacji, stała. Płynęły sekundy.

Zaczęłam krzyczeć: "Niech ja pani ratuje!". Ona nic. Powiedziała, pamiętam dokładnie: "Mogę najwyżej ratować farmakologicznie". Wtedy nie zrozumiałam: jak farmakologicznie!? Przecież stoi krążenie, trzeba wyciągnąć sprzęt, reanimować! A ona mówi, też pamiętam: "Może nawet przywrócimy krążenie, dowieziemy do szpitala. Poleży, i co? Dostanie pani kłodę do domu. Został pani przecież jeszcze ojciec".

A ojciec krzyczał: "Dlaczego pani nie ratuje?! Zróbcie coś!". Ona powiedziała do mnie: "Pani się uspokoi. Pani ma rozmazany makijaż". Wtedy na nią dokładnie spojrzałam, była nienagannie umalowana. Jeszcze próbowałam: "Niech pani sprawdzi reakcję źrenic na światło!". Nie zrobiła tego.

Mijały minuty, aż było rzeczywiście za późno. Mama nic żyła. Po chwili spytała, czy mam firmę pogrzebową. Powiedziałam, że nie. Byłam otępiała, czułam, że jest mi już wszystko jedno. Prawie natychmiast przyjechał zakład CZ [opisany przez nas w artykule "Łowcy skór" - red.]. Wzięli ciało, dałam je.

Pamiętam reakcję mojego ojca - chciał iść do sądu, zrobić aferę. Ja, gdy ochłonęłam, uspokajałam. Wiedziałam, jaką wywoła to burzę i ludzką niechęć wokół nas. Uspokajałam sumienie - tłumaczyłam sobie: może ona miała rację, może był to ten etap, kiedy człowiek dożył swego wieku i trzeba było dać mu odejść. Ale rozsądek mówił - uczyli cię - ratuj zawsze, póki możesz!

Dziś już nie mam złudzeń, sumienia nie uspokoiłam - to było zaniechanie akcji ratunkowej.

Rozmawiam z wami, bo myślę, że jestem to winna mamie. Cały ten czas zastanawiam się, co wtedy powinnam była zrobić. Jak zmusić do uratowania mamy? Może uderzyć, może popchnąć? A ja stałam i jej słuchałam.

Nie wiem, czy ta lekarka dalej pracuje w pogotowiu. Można to sprawdzić.

Później długo jeszcze rozmawiałam o tym ze znajomymi. Gdy tata chciał oddać sprawę do sądu, odradzałam. Nie poszłam do prokuratury, nie poszłam do izby lekarskiej. Teraz biję się z myślami, czy tego nie zrobić, czy nie pójść na policję - tata odradza. - Mamie to życia nie przywróci, a zaatakujesz środowisko lekarskie - tłumaczy. Tata jest lekarzem, ja też jestem lekarką. Od 42 lat.

wysłuchali: Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 23, 2002.01.28

Łowcy skór zatrzymani

Wśród pierwszych zatrzymanych przez policję w Łodzi jest lekarz, którego w reportażu "Łowcy skór" opisaliśmy jako Anioła Śmierci

Udało się nam dotrzeć do kolejnego informatora. Może on okazać się jednym z kluczowych świadków w sprawie korupcji i podejrzeń o uśmiercanie pacjentów przez niektórych pracowników pogotowia w Łodzi. Opowiada:

- Lekarz [tu nazwisko - red.] stał obok i patrzył, choć sam powinien ratować. Sanitariusz [tu nazwisko i pseudonim - red.] wsadził pacjentowi rurę intubacyjną do gardła. Ale nie tak, by reanimować. Wsadził ją do żołądka! Nastąpił odruch wymiotny, pacjent udusił się natychmiast treścią żołądka. Jego bliska osoba stała obok i z krzyżem w ręku płakała. Sanitariusz bez skrupułów zaproponował zakład pogrzebowy. Lekarz, już w karetce, powiedział do niego: "Za to, co zrobiłeś, będziesz się smażył w piekle, jeśli cię do niego wpuszczą!". Ale nic z tym nie zrobił, nigdzie nie poszedł!

Do ukazania się reportażu "Łowcy skór" nasz informator bał się mówić. Teraz sam poprosił dziennikarzy "Gazety" o kontakt z prokuraturą i złożył zeznania. Jego wstrząsającą opowieść wydrukujemy w jutrzejszym wydaniu.

Tymczasem od soboty do niedzieli wieczór w Łodzi trwały zatrzymania. Policjanci zwozili zatrzymanych do komendy wojewódzkiej, tam prokuratorzy przesłuchiwali ich po kilka godzin. Ostatecznie postawili zarzuty łapownictwa kilkunastu osobom - przedsiębiorcom pogrzebowym, a także lekarzom i sanitariuszom z pogotowia łódzkiego. Przypomnijmy, że śledztwo w tej sprawie prowadzone jest z art. 148 par. 2 pkt 3 - zabójstwo dokonane "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie".

Wśród podejrzanych są co najmniej trzej lekarze i jeden przedsiębiorca pogrzebowy - Jacek T., który w areszcie czeka na proces za to, że zlecił zabicie konkurenta. Jednego z lekarzy - znanego pod pseudonimem Anioł Śmierci - opisaliśmy w naszym środowym reportażu. Jolanta Badziak, rzecznik wydziałów ds. przestępczości zorganizowanej prokuratur łódzkich, na pytania odpowiada: "Z uwagi na dobro śledztwa nie mogę nic powiedzieć". Wiemy jednak nieoficjalnie, że dziś prokuratorzy wystąpią o aresztowanie co najmniej dwóch z zatrzymanych lekarzy.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 23, 2002.01.28

Łowcy skór w areszcie

Mówi rzecznik łódzkiej policji

Do policjantów w Łódzki policji dzwoniło już kilkaset osób, które czują się skrzywdzone przez pogotowie i firmy pogrzebowe. Zdaniem policji wiele z nich ma bardzo ważne informacje.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak: Czy coś zmieniło się w pracy łódzkiej policji po naszym reportażu "Łowcy skór"?

Podinspektor Jarosław Berger, rzecznik łódzkiej policji: Już w środę przed 9. rano, tuż po publikacji, rozdzwoniły się w komendzie telefony. Musieliśmy dać dodatkową linię. Dzwonią osoby, które czują się pokrzywdzone przez pogotowie i firmy pogrzebowe. W tej chwili to już kilkaset zgłoszeń. Oceniamy, że 10-15 proc. z nich przyniosło bardzo ważne informacje, które będą nieocenione w toczącym się postępowaniu. Część osób od razu chce złożyć zeznania.

Jak sobie radzicie z tą lawiną?

- Nad sprawą pracuje specjalna grupa złożona z funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego i wydziału dochodzeniowo-śledczego łódzkiej komendy wojewódzkiej. Sygnałów, zgłoszeń jest tak dużo, że musieliśmy dołączyć do niej pięciu dochodzeniowców z innych jednostek. Od środy funkcjonariusze pracują niemal całą dobę, robiąc sobie 4-5-godzinną przerwę na sen i odświeżenie się.

Co robią prócz przesłuchań świadków?

- Analizują dokumentację z pogotowia, billingi telefoniczne - to mrówcza praca. Sporo też jeżdżą: niektórzy świadkowie pamiętają na przykład bardzo dokładnie zdarzenie, ale nie potrafią podać adresu. Policjanci wiozą ich na miejsce i świadek pokazuje - to było tutaj. Często jest tak, że z przesłuchań wiemy o jakiejś podejrzanej interwencji pogotowia, a próbujemy dotrzeć do pokrzywdzonych.

Policjanci zatrzymują też pierwszych podejrzanych

- Nie mogę udzielać na ten temat żadnych informacji.

Policja nadal czeka na informacje o powiązaniach pracowników łódzkiego pogotowia z firmami pogrzebowymi. Można je przekazywać pod łódzkie numery: (0-42) 635 12 90 i 635 12 98 (czynny od poniedziałku do piątku w godz. 8-22 lub numer ogólnopolskiej infolinii: 0-800-120-226.

Anioł śmierci zatrzymany

- W sobotę i niedzielę łódzka policja zatrzymała kilkanaście osób związanych z opisaną przez nas w środowym reportażu "Łowcy skór" aferą w łódzkim pogotowiu. Zatrzymanym - przedsiębiorcom pogrzebowym, a także lekarzom i sanitariuszom z łódzkiego pogotowia -postawiono zarzuty łapownictwa.

"Gazeta" dowiedziała się nieoficjalnie, że dziś prokuratorzy wystąpią do sądu o aresztowanie co najmniej dwóch z zatrzymanych lekarzy. Jednego z nich opisaliśmy w naszym reportażu - w środowisku jest znany jako Anioł Śmierci.

Biskup Sławoj Leszek Głodź, przewodniczący Rady ds. Środków Społecznych Przekazu Episkopatu Polski, powiedział w niedzielę, że samo ujawnienie podejrzeń o nadużycia w łódzkim pogotowiu było ważne i potrzebne. - Nie można jednak oskarżać całej grupy zawodowej - podkreślił.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 24, 2002.01.29

Dwaj lekarze Aresztowani

Pierwsze zarzuty - łapówki. Wstrząsająca relacja kierowcy karetki

Dwóm lekarzom, Jarosławowi F. i Romanowi K., łódzka Prokuratura Apelacyjna, prowadząca śledztwo w sprawie uśmiercania pacjentów, zarzuciła przyjmowanie łapówek od firm pogrzebowych w zamian za informacje o zwłokach. Jak się dowiedzieliśmy, Roman K. miał przyjąć co najmniej 10 tys. zł, Jarosław F. - co najmniej 3,6 tys. zł. Obaj przyznali się do winy, jednak prokuratura uznała, że wyjaśnienia nie są pełne. Wniosek o areszt uzasadniła obawą matactwa i grożącą podejrzanym surową karą.

- Aresztowani to dwaj lekarze, którym postawiono zarzut przyjmowania korzyści majątkowych. Lekarze ci nie pracują już w pogotowiu - mówi rzecznik Prokuratury Apelacyjnej w Łodzi Jolanta Badziak. Stwierdziła, że w tej fazie śledztwa nie można nikomu z zatrzymanych postawić zarzutu zabójstwa. - Prowadzone jest śledztwo, ale postawienie takich zarzutów wymaga zebrania mocnych dowodów. Przypomnijmy, że śledztwo w tej sprawie łódzka prokuratura prowadzi z art. 148 par. 2 pkt 3. - zabójstwo dokonane "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie".

Dziś prokuratura ma zadecydować, czy skieruje do sądu wnioski o aresztowanie kolejnych podejrzanych - lekarza, trzech przedsiębiorców i jednego pracownika firmy pogrzebowej. Wszystkim zarzucono korupcję. Prokuratura apeluje o współpracę do osób, które brały udział w procederze handlu zwłokami. W zamian obiecuje łagodniejsze traktowanie.

Minister sprawiedliwości Barbara Piwnik stwierdziła w poniedziałek w Łodzi, że podobne zdarzenia jak w tym mieście miały też miejsce w Bielsku Podlaskim, Olsztynie i Rzeszowie. Nic odpowiedziała na pytanie, czy miało tam dochodzić tylko do handlu zwłokami, czy też do świadomego uśmiercania pacjentów.

Na wczorajszym spotkaniu z dyrektorami ok. 30 największych stacji pogotowia ratunkowego minister zdrowia Mariusz Łapiński stwierdził: - To, co się zdarzyło w Łodzi, ma charakter incydentalny. W innych miastach handel zwłokami istnieje, ale stanowi margines. Minister zapowiedział, że pogotowia w całym kraju obejmie nadzorem resortu.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 24, 2002.01.29

Hodowla skór

Nasz rozmówca jest od kilkunastu lat kierowcą w pogotowiu. Zgodził się mówić po naszym reportażu "Łowcy skór". Po rozmowie z nami poprosił o kontakt z prokuratorem apelacyjnym w Łodzi Kazimierzem Olejnikiem. Przekazaliśmy go w ręce funkcjonariuszy Centralnego Biura Śledczego, złożył zeznania. Jego informacje okazały się niezwykle cenne dla toczącego się śledztwa. Uwaga: usunęliśmy nazwiska lekarzy, dyspozytorów i sanitariuszy [inicjały są przypadkowe - red.] oraz daty wydarzeń.

Zacznę może od hodowli skór [chodzi o zgony, o których pracownicy pogotowia informowali firmy pogrzebowe - red.], bo o tym zjawisku nie pisaliście. Najpierw przykład, przy którym sam byłem: ulica Wschodnia, wezwanie do chorej pacjentki w stanie bardzo ciężkim. Przyjeżdża lekarz W., mówią na niego Mengele. Wyciąga różne kroplówki, podłącza chorej i zaczyna sprzedawać rodzinie takie tematy medyczne, na których się nie znają. Ta kroplówka podtrzymuje przy życiu organizm. Następnego dnia ten sam doktor umawia się z odpowiednim dyspozytorem i bierze sobie wizytę jako lekarz kontraktowy. Podjeżdża pod ten adres, odwiedza hodowlę i odłącza kroplówki. Pacjentka umiera, on stwierdza zgon i sprzedaje skórę. I przychodzi potem do pogotowia i sam oświadcza, że skasował 1400 zł. Jest z tego dumny i zadowolony, bo w ten sposób dzieli się tylko z dyspozytorem, a nie z całym zespołem. A jeszcze dostał parędziesiąt złotych za wizytę zleconą w ramach kontraktu. Ten układ funkcjonował nie tylko wobec tego lekarza, robiło tak najmniej kilku. Słyszałem też rozmowy lekarzy na dyżurce. Siedzieli, kawę pili i dyskutowali, jak to się hoduje te kwiatki. "Dałem to, tamto mu dałem, potem się kroplówkę wpuszcza. I potem wyjmuje. I jest skórka." [tu nazwiska lekarzy - red.].

Baliśmy się przecieku

Oczywiście to nas bulwersowało. Ze mną jeździł taki doktor S., porządny człowiek. Mówię: zróbmy coś! On się zgodził: zorganizowaliśmy się, jeszcze z paroma sanitariuszami i na wiosnę ubiegłego roku poszliśmy do UOP. Ale ktoś doniósł i zaczęli nas straszyć: wchodzę w pogotowiu na dyżurkę, a oni niby w żartach: - Dawaj wenflon [zamocowana choremu w żyle na stałe igła, przez którą podaje się leki - red.], już mu podłączamy - mówią o mnie. A oficer w UOP tak powiedział: - Idź pan do prokuratury, my się tym nic zajmujemy.

Nie poszliśmy. Doktor bal się przecieku i sanitariusze, którzy byli z nami, też. Obsługi karetek, które były w układzie, piły sobie wódkę w stacji, kiełbaski zajadały. A my w tym czasie jeździliśmy 13 - 14 wizyt. Oni - trzy, w tym dwie skóry.

Jeden sanitariusz z tyłu stacji pogotowia w szalecie napisał "dyspozytorzy pod sąd - UOP czeka". I drugi napis - "X [nazwisko jednego z organizatorów procederu - red.] - śmierć". Ktoś z dyrekcji tam zajrzał i natychmiast zaczął się remont kibla. W windzie też było napisane "dyspozytorzy to hieny" - sprzątaczki to czyściły pół dnia. Tak mogliśmy sobie ulżyć.

Doktor Ebrantil

Jest człowiek, który uśmiercał ludzi. Jawnie, na oczach innych. To sanitariusz - miał ksywkę doktor "Ebrantil". "Ebrantil" to lek obniżający ciśnienie krwi. Serce staje i koniec. Była wizyta. Lekarz każe nosze wyciągnąć i zestaw do intubacji [do sztucznego oddychania -red.]. Wchodzę: ta kobieta stoi i mówi: ,jak mi duszno!". Nagle upada, twarz jej sinieje. "Ebrantil" krzyczy: "dawaj laryngoskop", chce ją intubować i zamiast w tchawicę płucną, pakuje rurę w kierunku żołądka. Gruchę zakłada, pompuje, podchodzi to wszystko pod gardło i dusi się kobieta na naszych oczach. Dziewczyna - krewna tej pacjentki - płacze, z krzyżem w ręku chodzi.

No - k.... mać - to ja po to kiedyś o wolność w podziemiu walczyłem, żeby on to robił?! Nie mogłem tego znieść! Nie mógł się tak się pomylić wkładając rurę! A przede wszystkim intubację powinien robić lekarz, a nie sanitariusz! "Ebrantil' dla zysku to zrobił. Chwilę później schodził taki starszy człowiek z górnego piętra, a ten ni stąd ni zowąd proponował mu zastrzyk: - Źle się pan czuje? - zapytał. Patrzyłem się na to, patrzył lekarz. Przyjechała firma, "Ebrantil" zwinął kasę.

Co zrobił lekarz? Stał obok, wypisał świadectwo zgonu, wsiadł do karetki. I mówi w tej karetce do "Ebrantila": "Będziesz się w piekle smażył za to, co zrobiłeś, jeśli cię tam wpuszczą!". Ale nic z tym nie zrobił, nigdzie nie poszedł. Taka była presja i opętanie. To był przecież ten lekarz, który ze mną był w UOP. Ja go nieraz nie rozumiałem, w jakim on świecie żyje.

On odpala

Następny przykład: "Ebrantil" bierze z ul. Nawrót psychicznie chorego, wsiada do karetki, siada z tyłu z pacjentem i wieziemy go do szpitala Babińskiego. Ten pacjent był psychicznie chory, ale fizycznie zdrowy, braliśmy go, bo chciał przez okno wyskoczyć. Nawet mówił dość trzeźwo, realnie.

Jechałem z doktorem C., bardzo porządnym - podczas reanimacji często pot się z niego lał. A "EbrantiI" dochodzi do nas z tyłu i mówi: "Ja się tam na medycynie nie znam dobrze, ale on odpala. Nie żyje". Doktor mówi: "Zgrywasz się!" Ale patrzy: faktycznie! chyba nie żyje!

Lekarz skoczył w te pędy na tył karetki. - Jest tętno - mówi - ale będzie migotanie! Dawaj defibrylator [urządzenie do reanimacji - red.]!

A EbrantiI rusza się jak mucha w smole. Mówi do mnie: Jedź powoli! Ja - odwrotnie - w pedał gazu i do szpitala: poleciałem na izbę przyjęć i pędem na internę. Przyleciał lekarz, oddziałowi, zaintubowali porządnie, oddech wrócił. I ten lekarz stwierdził: "On jest czymś naszprycowany, wezwijcie erkę i niech go wiozą na ul. Teresy [zakład toksykologii w Łodzi - red.]".

W tej erce przyjechał doktor, który nią ksywę Anioł Śmierci. I mówi do "Ebrantila": "No, jak cię uczyłem? Gdzie ty przywozisz". Zapakowali go, nie wiem, co się dalej stało. Można sprawdzić w papierach: po dacie, adresie.

Skóra nie wyszła

Był przewóz ze szpitala Jonschera do Łowicza czy Łęczycy. Ta pacjentka była nieprzytomna, ale oddychała. Zresztą w szpitalu przecież ocenili, że stan nic zagraża życiu, bo wtedy nie byłoby długiego przewozu. Już leżała w karetce. Lekarz wyszedł na izbę, a "EbrantiI" krząta się po karetce. Mówi: "Byś odjechał trochę, bo dużo ludzi stoi obok".

No i ujechaliśmy kilometr, a "EbrantiI" z tyłu mówi: - Skręcaj do... [tu nazwa szpitala, obok którego mieści się firma pogrzebowa CZ. - opisana w "Łowcach skór"]. Nie będziemy robić tego przewozu, bo zmarła. Po kilometrze! Ja tam wykonuję, co mi każą. Podjechaliśmy: on tylko za komórkę i sprzedał skórę [przekazał firmie pogrzebowej informację o zwłokach - red.]. Przerzucili zwłoki. Ale zdążył przyjechać syn pacjentki - i wrzawa wyszła, bo syn nie zgodził się na zakład CZ.

"EbrantiI" do mnie: - Miałem taką skórę ugotowaną, ale mi nie wyszła.

Lekarz P., który z nami jechał, spokojnie robił swoje - wypisał świadectwo zgonu. Kolejna sytuacja na ul. Kopcińskiego. Wzywa nas przez radio dyspozytor J., nadaje nam wizytę i mówi tak "86 lat - niskieeee ciśnieeenieee, niskieeee ciśnieeenieee". Taką sugestię daje, bo wie, że akurat "EbrantiI" jest w karetce. Ten już strzykawy szykuje po drodze - widzę w lusterku - zajeżdżamy, a tu niespodzianka! Jest chora, ale leży w łóżku i papierosa pali.

Uciekła skóra, nie udało się. Zgłoszenie było fałszywe.

Wtedy, po tym przypadku - pamiętam ten moment - zacząłem uważnie rejestrować w pamięci wszystkie fakty, zdarzenia, daty. Wiedziałem, że pracuję w młynie, fabryce śmierci.

Dopisz 1400

Doktora z mojej karetki - tego który był ze mną, kiedy "Ebrantil" zabił kobietę, tępili strasznie dyspozytorzy, bo wiedzieli, że jest czysty. Zabrali na przykład z naszej karetki defibrylator i dali na inny zespól. Oznaczało to utrudnienie reanimacji.

Podam przykład, żeby pokazać dobrze mojego doktora. Jedziemy na ul. Wierzbową. Ten mój lekarz idzie na górę. Tam zwłoki, stoi rodzina. Doktor pisze świadectwo zgonu - bez żadnych pytań, nagabywania. A łapiduchy z... [nazwa firmy pogrzebowej - red.] są już na dole. Dyspozytor wezwał. Dla doktora to był szok. Wchodzi do karetki i mówi do mnie: "w jakiej sytuacji oni mnie stawiają? Jak można takie rzeczy robić?".

To był dla niego jedyny etat, jedyna praca. Był przerażony, ale milczał.

A z drugiej strony 95 procent ludzi było skorumpowanych, jeden drugiego poganiał w lej pogoni za skórą i nie było możliwości ruchu: jak się wychylisz, to zostaniesz zwolniony. Na Bałutach [podstacja pogotowia w największej dzielnicy Łodzi] były po prostu trzy zespoły wydzielone - tylko do skór jechały. A jeden lekarz [nazwisko] dzwonił przy mnie w trakcie jazdy do domu i meldował żonie "kochanie, jak się czujesz? Dopisz do budżetu 1400". Ludzie się nawet śmiali z tego.

Wiedziałem, co mogą zrobić

Nie mogłem znieść tego wszystkiego. Mówię: "Dosyć, bo chyba nie wytrzymam!" Poszedłem na urlop. Jeszcze te żarty: "Chodź, założymy ci wenflon!" Żarty, ale wiedziałem, co mogą zrobić.

Dlaczego tak długo milczałem? A czy ktoś inny z ludzi, którzy tu pracują, dał jakiś sygnał, zgłosił to gdzieś? Ja byłem chociaż jeszcze w stanie iść do tego UOP i rozmawiać, ale ludzie się bali. Teraz, po tym waszym reportażu, to wszystko pęka, musi pęknąć. Kiedy poszedł tekst w "Gazecie" pierwszy raz od długiego czasu wszedłem do dyspozytorni. A tam żałoba. Nie potrafili mi w oczy spojrzeć, gęby pospuszczane. A dawniej pazury pomalowane, torty na stołach, papierosy palą i epitety w moją stronę.

Do tej pory było tak: zakładałem klapki na oczy, zamknąłem się w sobie i jeździłem.

Wreszcie coś pękło, trzeba to wszystko opowiedzieć. Nie można tego tolerować. Są tu przecież ludzie wspaniali, czyści jak łza i muszą funkcjonować w tym układzie. Ludzie pęknijcie!

wysłuchali: Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 25, 2002.01.30

Kupowali "skóry"

Sąd aresztował wczoraj kolejne trzy osoby zamieszane w handel "skórami". Tak pracownicy łódzkiego pogotowia nazywali proceder sprzedawania wiadomości o zgonach firmom pogrzebowym.

Aresztowani to 47-letni Włodzimierz F., właściciel zakładu pogrzebowego A., jego pracownik 30-letni Marcin S. oraz 40-letni Olgierd B. - współwłaściciel opisywanego przez nas przed tygodniem w reportażu "Łowcy skór" zakładu pogrzebowego CZ. Na wolności (dozór policyjny i zatrzymanie paszportu) zostawiono konkubinę Olgierda B., współwłaścicielkę zakładu. Całej czwórce postawiono zarzut korupcji, grozi im do dziesięciu lat więzienia.

Przypomnijmy, że już w poniedziałek sąd aresztował dwóch lekarzy: 29-letniego Jarosława F. i 49-letniego Romana K. Wobec trzeciego podejrzanego lekarza zastosowano dozór. Wszystkim trzem postawiono zarzut brania łapówek od firm pogrzebowych. Jednocześnie łódzka prokuratura prowadzi śledztwo w sprawie z art. 148 par. 2 pkt 3 - zabójstwo dokonane "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie".


Gazeta Wyborcza nr 25, 2002.0130

Ślad pavulonu w USA

Prokuratura prowadząca śledztwo w sprawie afery w łódzkim pogotowiu skontaktuje się z amerykańskim laboratorium, któremu udało się wykryć lek pavulon w ciałach uśmierconych kilka lat wcześniej pacjentów.

Metoda znanego kalifornijskiego eksperta medycyny sądowej Briana Andresena umożliwiła aresztowanie podejrzanego o seryjne morderstwa. Czy zostanie zastosowana także w Polsce? Nowy element w sprawie podejrzeń o uśmiercanie pacjentów łódzkiego pogotowia pojawił się dzięki sygnałowi od jednego z polskich lekarzy.

Przypomnijmy, w ubiegłym tygodniu dziennikarze "Gazety" i współpracujący z nimi reporter Radia Łódź ujawnili proceder sprzedawania informacji o zgonach firmom pogrzebowym przez część załóg łódzkiego pogotowia (mówiono tam o sprzedawaniu "skór"). Jest podejrzenie, że załogi niektórych karetek posunęły się wręcz do uśmiercania pacjentów. Mógł do tego zostać użyty pavulon - niezwykle silny środek zwiotczający mięśnie szkieletowe. Podany bez podłączenia pacjenta do aparatury podtrzymującej oddychanie powoduje śmierć w straszliwych męczarniach.

Łódzka prokuratura, która śledztwo w tej sprawie prowadzi z art. 148 par. 2pkt 3, rozważała możliwość ekshumacji niektórych zmarłych pacjentów, by stwierdzić, czy zmarli na skutek podania pavulonu. Zdaniem większości polskich ekspertów lek ten jest jednak nie do wykrycia już w kilkadziesiąt godzin od podania.

Inny Anioł Śmierci

Tymczasem - dzięki sygnałowi od jednego z polskich lekarzy - dotarliśmy do sprawy morderstw w Los Angeles, których sprawcą miał być 32-letni Efren Saldivar, sanitariusz nazywany przez amerykańskie media "Aniołem Śmierci" (identyczny pseudonim nosi jeden z byłych łódzkich lekarzy pogotowia opisany przez nas w reportażu "Łowcy skór"). Został on aresztowany rok temu pod zarzutem zamordowania sześciu pacjentów w jednym z kalifornijskich szpitali.

Mężczyzna pracował w szpitalu w Los Angeles jako terapeuta dróg oddechowych. Po doniesieniu rodziny pacjenta zmarłego w tajemniczych okolicznościach policja odkryła, że przez dwa lata w szpitalu tym zmarło w podobnych okolicznościach ponad sto osób. Policja długo nie mogła udowodnić, jak zmarły ofiary "Anioła Śmierci". Poszlaki wskazywały, że Saldivar podał pacjentom pavulon. Kolejni amerykańscy eksperci twierdzili, że już nawet krótko po pogrzebie sekcja zwłok nie jest w stanie ujawnić śladów szybko rozkładającego się pavulonu. Innego zdania był doktor Brian Andresen, szef zakładu medycyny sądowej z laboratorium rządowego w Livermore w Kalifornii. Opracował on metodę tzw. cząstkowego odczytywania śladów. Na prośbę policji w Los Angeles po raz pierwszy zastosował ją rok temu w sprawie Saldivara. I znalazł dowody, że co najmniej sześciu pacjentów zmarło po podaniu im pavulonu. Dzięki temu prokuratura mogła wszcząć śledztwo o morderstwo.

Metoda Andresena

Zespół Andresena pobrał próbki tkanek 20 ofiar zmarłych rok, dwa, trzy i cztery lata przed badaniem. Każda próbka została zmielona. Uzyskany płyn poddano filtracji w specjalnym urządzeniu w laboratorium w Livermore. Odrzucone zostały w ten sposób składniki zawsze występujące w ludzkiej tkance, np. aminokwasy czy wapń. Pozostałą część naukowcy Andresena poddali analizie przy użyciu procedury stosowanej w normalnych szpitalach podczas zwykłej analizy moczu.

W sześciu próbkach znaleźli pojedyncze mikrocząstki pavulonu, niewykrywalne przy użyciu zwykłych metod analitycznych.

Ekspertyza zespołu Andresena jest obecnie dowodem w toczącym się procesie przeciwko Saldivarowi. "Anioł Śmierci" początkowo przyznał się do winy. twierdząc, że zabił ponad 50 osób, które i tak nie miały szans na przeżycie. Później jednak odwołał zeznania i dziś nie przyznaje się do winy.

Zwrócimy się o pomoc

O laboratorium w USA powiadomiliśmy prokuraturę. Ta zareagowała natychmiast. Jolanta Badziak, rzecznik wydziałów do spraw zorganizowanej przestępczości łódzkich prokuratur: - Skontaktujemy się z laboratorium w Kalifornii. Jeśli potwierdzi się, że są w stanie pomóc w naszej sprawie, zwrócimy się o taką pomoc.

Bartosz Węglarczyk, Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 27, 2002.02.01

Szósty aresztowany

Sąd aresztował wczoraj pod zarzutem korupcji Sławomira S., sanitariusza łódzkiego pogotowia. Dziś prokuratura zadecyduje, czy wystąpić do sądu z wnioskiem o aresztowanie zatrzymanego wczoraj siódmego już podejrzanego - kierowcy jednej z karetek.

32-letni Sławomir S. jest podejrzany o branie łapówek od firm pogrzebowych w zamian za informacje o zgonach pacjentów. Jest on przewodniczącym łódzkiego oddziału Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego. Jego brat, rzecznik łódzkiego pogotowia, jest szefem Związku. Groził dziennikarzom procesami za "zniesławianie pracowników pogotowia". W ujawnionej przez nas sprawie handlu ciałami zmarłych i podejrzeń o uśmiercanie pacjentów przez załogi łódzkiego pogotowia zarzuty o korupcję postawiono już trzem lekarzom, trzem przedsiębiorcom, pracownikowi firmy pogrzebowej, sanitariuszowi i kierowcy.

TOP, MS, PAP


Gazeta Wyborcza nr 27, 2002.02.01

Po co komu pavulon

Wojewódzki inspektor farmaceutyczny w Łodzi sprawdzi - we współpracy z Centralnym Biurem Śledczym i prokuraturą - zużycie pavulonu w łódzkim pogotowiu ratunkowym w ostatnich latach.

Przypomnijmy, że na razie wiadomo tylko, ile pavulonu zużyto w Łodzi w zeszłym roku. Były to aż 224 ampułki specyfiku, który mógł służyć do uśmiercania pacjentów przez niektóre załogi łódzkiego pogotowia. Dla porównania - w dziesięciu województwach zespoły wyjazdowe stacji pogotowia ratunkowego nie stosowały pavulonu, w pozostałych zużywano od kilku do kilkunastu ampułek.

Nieoczekiwanie w środę wieczorem minister zdrowia Mariusz Łapiński oświadczył, że pavulon "mógł być po prostu sprzedawany do prywatnych zakładów opieki zdrowotnej, gdzie przeprowadzano na przykład operacje w znieczuleniu".

Jednak jak ustalili nasi łódzcy reporterzy już wcześniej, sprzedaż pavulonu na rynek wtórny można praktycznie wykluczyć. Pavulon jest lekiem tanim - jak sprawdziliśmy w hurtowni Polskiej Grupy Farmaceutycznej, ampułka kosztuje 4,17 zł, a zatem jego kradzież dla zysku z odsprzedaży należy wykluczyć.

- Teoretycznie można by założyć, że któryś z prywatnych ZOZ, które wykonują operacje w głębokim znieczuleniu, ze względów podatkowych nie chce rejestrować operacji i po cichu zdobywa leki do jej przeprowadzenia - mówi dr Ryszard Golański, anestezjolog. - Ale to mało prawdopodobne - pacjenci, którzy płacili za zabieg, chcieli mieć rachunek, by uzyskać odpis od podatku.

- Po co prywatnym ZOZ miałby być potrzebny nielegalny pavulon? - dziwi się dr Zbigniew Kowalczyk, dyrektor Pulsmedu, jednej z największych prywatnych łódzkich klinik. - Pavulonu praktycznie nic używamy, są inne środki zwiotczające mięśnie, np. scolina. A gdybyśmy potrzebowali, nie ma problemu z jego legalnym kupnem. Większe trudności są na przykład z lekami przeciwbólowymi.

- O innym zastosowaniu pavulonu niż podczas operacji i długotrwałych przewozów chorego nie ma mowy - dodaje dr Golański.

A może pavulon był sprzedawany producentom narkotyków, którzy mieszali odrobinę leku z podrabianym "kompotem z makowin", by wywołać charakterystyczne dla opiatów lekkie zwiotczenie mięśni?

Łódzcy eksperci, z którymi rozmawialiśmy, twierdzą, że tę ewentualność można też praktycznie wykluczyć. Byłby to biznes średnio opłacalny, a na dodatek obarczony ogromnym ryzykiem - każda, minimalna choćby pomyłka w dawce pavulonu to pewna śmierć narkomana.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 32, dnia 2002.02.07

Śledztwo gigant

Analiza

Po dwóch tygodniach od ujawnienia afery w łódzkim pogotowiu i wszczęcia przez prokuraturę postępowania w tej sprawie wiadomo już, że będzie to jedno z najbardziej pracochłonnych i najdłuższych śledztw w Polsce.

Dwa tygodnie temu "Gazeta" i Radio Łódź ujawniły kulisy łódzkiego nekrobiznesu -sprzedawania firmom pogrzebowym informacji o zmarłych. Znaleźliśmy poszlaki, które wskazują, że w wyścigu po pieniądze mogło dojść do świadomego opóźniania pomocy pacjentom lub jej nieudzielania. Co najgorsze - należy się obawiać, że doszło do uśmiercania pacjentów!

Łódzka prokuratura apelacyjna wszczęła śledztwo z art. 148 par. 2 pkt 3 kk w sprawie zabójstw dokonywanych "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie". W tym śledztwie są dwa główne wątki. Pierwszy dotyczy korupcji - sprzedawania (przez załogi pogotowia) lub kupowania (firmy pogrzebowe) informacji o zgonie. Drugi ma wyjaśnić podejrzenia o uśmiercanie pacjentów.

Handel ciałami - świadkowie

Kilka dni po ujawnieniu afery Karol Napierski, prokurator krajowy, mówił, że w śledztwie trzeba będzie przesłuchać ponad dwa tysiące osób. Dziś wiadomo, że będzie ich wielokrotnie więcej.

W pierwszym tygodniu po tekście "Gazety" do policji zgłosiło się kilkaset osób uważających się za pokrzywdzone przez pogotowie. Funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego wstępnie weryfikowali sygnały - na przykład odrzucając liczne zgłoszenia od osób niezrównoważonych psychicznie. Później przesłuchiwali świadków. Niejednokrotnie rozmowa trwała kilka godzin. Jeśli wyjaśnienia były istotne dla sprawy, świadka przesłuchiwał później prokurator.

Dla wyjaśnienia wątku korupcyjnego prokuratura musi zbadać wszystkie przypadki zgonów, które stwierdzało łódzkie pogotowie. Policjanci muszą dotrzeć do bliskich zmarłych i przesłuchać ich, jeśli są podejrzenia, że doszło do "sprzedaży" ciała firmie pogrzebowej. Trzeba skonfrontować zeznania z dokumentacją medyczną, przesłuchać załogę karetki, dyspozytora, który dał zlecenie wyjazdu, i przedsiębiorcę pogrzebowego, który odebrał zwłoki. I dopiero wtedy - ewentualnie - przedstawić zarzuty.

Rocznie łódzkie pogotowie stwierdzało około pięciu tysięcy zgonów. Jeśli wziąć pod uwagę tylko okres od 1998 r. (przy obecnej konstrukcji stawianego podejrzanym zarzutu w grę wchodzi przestępstwo popełnione pod rządami nowego kodeksu karnego), trzeba sprawdzić ponad 15 tys. zgonów. Wiadomo jednak, że po modyfikacji zarzutu prokuratura będzie badać okres nawet do dziesięciu lat wstecz. A to oznacza ok. 50 tys. zgonów. Organy ścigania badają też m.in. dokumentację zakładów pogrzebowych i billingi telefoniczne osób, które mogły być zamieszane w proceder. Aby zapanować nad całością materiału, prokuratura musi skorzystać ze specjalnie skonstruowanego systemu komputerowego.

Handel ciałami - podejrzani

Zarzut sprzedawania (kupowania) informacji o zgonie postawiono na razie kilkunastu osobom. Jeśli potwierdzą się informacje organów ścigania o rozmiarach procederu w Łodzi, można spodziewać się, że zarzuty zostaną postawione nawet kilkuset osobom - zarówno z pogotowia, jak i z firm pogrzebowych. To wymusza dokładne zaplanowanie śledztwa. Bo np. nie ma sensu przesłuchiwać w charakterze świadka osoby, co do której wiadomo, że jest potencjalnym podejrzanym - zeznania świadka po przedstawieniu mu zarzutów są bezwartościowe dla sprawy.

Pierwszym podejrzanym kilka dni po przedstawieniu zarzutów już je zmieniono. Po przesłuchaniu kolejnych osób prokuratura zebrała dowody na kolejne łapówki. Zmieniła się kwota, musiała zmienić się też treść zarzutu. A zmiana treści zarzutu to konieczność ponownego przesłuchania podejrzanego. Co zrobić, by nie przesłuchiwać podejrzanych co kilka dni?

Każde zeznanie może przynieść nie tylko potwierdzenie dotychczasowych ustaleń, ale także informacje o nowych podejrzewanych, nowych zdarzeniach. I znów trzeba konfrontować zeznania (wyjaśnienia) z dokumentacją pogotowia, innymi zeznaniami, wyjaśnieniami podejrzanych...

Dochodzi jeszcze m.in. problem zapobieżenia matactwu części podejrzanych czy kierowania do sądu wniosków o tymczasowe aresztowania. I - na koniec - jak poprowadzić przed sądem sprawę, w której oskarżonych ma być kilkadziesiąt czy kilkaset osób? To niemożliwe.

Prokuratura musi więc podzielić sprawę na wątki, w których oskarżonymi byłoby po kilka -kilkanaście osób.

Reasumując - mało prawdopodobne, by w tym roku choć część wątków zamknięto aktem oskarżenia.

Podejrzenia o uśmiercanie

Najpierw opóźnianie udzielenia pomocy i jej nieudzielenie. Tu ważna jest dokumentacja z pogotowia (informacje o rodzaju wezwania, godzinie zgłoszenia i czasie dojazdu). Dokumentację trzeba poprzeć zeznaniami świadków (rodzin zmarłych, pracowników pogotowia).

By w takich przypadkach udowodnić zabójstwo, trzeba byłoby wykazać, że: 1) sprawca opóźniał lub nie udzielił pomocy po to, by spowodować zgon; 2) gdyby w należytym czasie i we właściwy sposób udzielił pomocy, pacjent przeżyłby.

Z góry wiadomo, że wykazać to będzie niezwykle trudno. Bardziej prawdopodobne wydaje się postawienie zarzutu z art. 160 par. l ("narażenie człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu" - kara do trzech lat więzienia) lub par. 2 (dotyczy osób, na których "ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo" - i tu grozi do pięciu lat więzienia) albo też z art. 162 par. l (świadomego nieudzielenia pomocy "osobie znajdującej się w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu" - kara do trzech lat więzienia).

Co zrobić, by zweryfikować (udowodnić) podejrzenia o zabijanie pacjentów lekami? Na razie, jak ujawnił prokurator krajowy, są zeznania trzech lekarzy. Mówią oni, że "sanitariusze podali pacjentowi nieznany lek, po którym jego stan gwałtownie się pogorszył". Są też przykłady podejrzanych zgonów, np. chorego psychicznie pacjenta podczas przewozu do szpitala.

Czy w takich przypadkach wystarczą zeznania świadków? Nawet poparte informacjami o niewytłumaczalnym i niekontrolowanym wypływie śmiertelnie groźnych leków? Policja i prokuratura mają sygnały o kilku specyfikach, które mogły być wykorzystane do uśmiercania. Sprawdzają dopiero, jakie są możliwości wykrycia ich w organizmie zmarłych. Lek, o którym mówi się najczęściej, to pavulon. Wiadomo już, że ten śmiertelnie niebezpieczny środek zwiotczający (uniemożliwiający oddychanie) pobierały załogi karetek niewyposażonych w sprzęt podtrzymujący oddychanie. I że zużywano go w Łodzi dużo - w ubiegłym roku 224 ampułki, gdy w innych województwach najwyżej kilkanaście sztuk. Ale to nie wystarczy. Trzeba udowodnić, że pacjent X zmarł na skutek podania przez lekarza (sanitariusza) Y pavulonu. Jednak bałagan w dokumentacji pogotowia praktycznie uniemożliwia stwierdzenie, któremu pacjentowi podano pavulon. Po drugie, na razie wiadomo o jednym tylko (na dodatek amerykańskim) instytucie, który jest w stanie wykryć specyfik w ciele zmarłego dawniej niż kilka dni wcześniej.

Łódzka prokuratura musi więc - na podstawie szczątkowych, niedokładnych dokumentów, a także zeznań - wytypować kilka-kilkanaście przypadków zgonów, w których jest największe prawdopodobieństwo użycia pavulonu. Później dopiero można zastanawiać się nad ewentualną ekshumacją i przesłaniem próbek do Stanów lub ściągnięciem eksperta z USA do Polski.

Minister sprawiedliwości Barbara Piwnik zapewniła, że w razie potrzeby znajdą się pieniądze na ewentualne ekshumacje. Kwestia finansów będzie tu nie bez znaczenia - podobne śledztwo w Stanach pochłonęło już milion dolarów, a proces jeszcze się nie zaczął.

Nowi zatrzymani

Lekarz, dyspozytorka i dwaj przedsiębiorcy pogrzebowi - to kolejne osoby zatrzymane w związku z aferą w łódzkim pogotowiu.

Całą czwórkę zatrzymali wczoraj rano w Łodzi funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego. Prokuratura postawiła pracownikom pogotowia zarzut brania, a przedsiębiorcom pogrzebowym wręczania łapówek w zamian za informację o zgonie chorego. Wczoraj do wieczora trwały przesłuchania. Wszystkim zatrzymanym grozi do dziesięciu lat więzienia. Dziś prokuratura zadecyduje, czy skierować do sądu wnioski o ich aresztowanie.

Jak ustaliliśmy, wśród zatrzymanych jest Wojciech P., jeden z bohaterów naszego reportażu "Łowcy skór". Zakład pogrzebowy P. od kilku miesięcy - odkąd zaczął współpracować z pogotowiem - miał nawet 150 pogrzebów miesięcznie. Wcześniej - zaledwie kilka.


Gazeta Wyborcza nr 33, 2002.02.08

Pomocna chwilówka

Tomasz Selder, szef jednego ze związków zawodowych ratowników medycznych już w 1991 r. wprowadził system brania pieniędzy od firm pogrzebowych.

To właśnie Selder tuż po tym, jak napisaliśmy o aferze w łódzkim pogotowiu, zapowiedział, że pozwie "Gazetę" do sądu za "zniesławienie pracowników pogotowia. Dokumenty, które zdobyliśmy, pochodzą z 1991 r. Są to akta komisji zakładowej "S" Pracowników Oddziału Pomocy Doraźnej (poprzedniczka pogotowia) Łódź-Bałuty. Tomasz Selder był przewodniczącym tej komisji.

W uchwale pracowniczej z 10 września 1991 r. zapisano m.in., że: "pieniądze zarobione za zgłoszenie przewozu [firmie pogrzebowej - red.] będą własnością pracowników OPD", a "dysponentem pieniędzy będzie Komisja Zakładowa NSZZ "S" reprezentowana przez jej przewodniczącego Tomasza Seldera".

30 grudnia 1991 r. Selder rozliczył się z tych pieniędzy. Napisał, że poszły m.in. na: antenę telewizyjną odtwarzacz wideo dla pogotowia. "Utworzono też kasę, tzw. chwilówkę - pracownicy, którym brakuje pieniędzy do pensji, mogą pożyczyć kwotę, którą zwracają przy następnej wypłacie. Wypłacono 37 pożyczek bezzwrotnych w kwocie 200 tys. zł przed świętami Bożego Narodzenia jako pomoc dla budżetu rodzinnego". W tym sprawozdaniu jest też opracowany przez Seldera "instruktaż postępowania sanitariusza": "(...) w sposób delikatny pyta [rodzinę zmarłego - red.], czy życzą sobie przewieźć zwłoki do chłodni".

Tomasz Selder jest teraz szefem założonego przez siebie Krajowego Związku Zawodowego Ratownictwa Medycznego. W łódzkim pogotowiu odpowiada za nadzór nad pracownikami. Jest też jego rzecznikiem prasowym. W czwartek nie chciał rozmawiać o dokumentach, do których dotarliśmy.

Sekretariat Ochrony Zdrowia Komisji Krajowej NSZZ "S" w 1992 r. dowiedział się, że Selder handluje zwłokami, i zakazał mu tego - powiedziała wczoraj szefowa Sekretariatu Jadwiga Greger. - Na posiedzeniu Rady Sekretariatu odbyła się z nim zdecydowana rozmowa. Nie przyjął argumentów etyczno-moralnych. Rada zażądała, by nie odbywało się to pod szyldem "S" - mówi Greger.

W sprawie afery w łódzkim pogotowiu zarzuty korupcji przedstawiono już 15 osobom - pracownikom pogotowia i przedsiębiorcom pogrzebowym. Aresztowano siedem osób. W piątek sąd ma rozpatrzyć kolejne dwa wnioski o areszt.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 43, 2002.02.20

Kolejni zatrzymani

Dwie kolejne osoby zatrzymali łódzcy funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego w związku ze sprawą handlu informacjami o zgonach w łódzkim pogotowiu - dowiedzieliśmy się nieoficjalnie.

Zatrzymani to dwoje pracowników łódzkiego pogotowia - lekarka i dyspozytor. Zatrzymanie ma związek z wątkiem "handlu skórami" - brania przez pracowników pogotowia od przedsiębiorców pogrzebowych łapówek w zamian za informację o zgonie pacjenta. Dziś lekarka i sanitariusz mają być przesłuchiwani w prokuraturze. Ani policja, ani prokuratura nie potwierdzają naszych informacji.

Przypomnijmy, miesiąc temu "Gazeta" i Radio Łódź ujawniły kulisy łódzkiego nekrobiznesu - sprzedawania firmom pogrzebowym informacji o zmarłych. Prokuratura postawiła zarzut korupcji (dawania lub brania łapówek za informację o zgonie) już 15 osobom (pracownikom pogotowia i przedsiębiorcom pogrzebowym). W sprawie aresztowano dziewięć osób. Podejrzanym o korupcję grozi do dziesięciu lat więzienia.

ms, top


Gazeta Wyborcza nr 49, 2002.02.27

Zwalnianie ze starym kodeksem

Trzej sanitariusze i pracownik firmy pogrzebowej to kolejne osoby zatrzymane w sprawie afery w łódzkim pogotowiu. Tymczasem łódzki sąd - jak wynika z ustaleń "Gazety" - wypuszczając na wolność dwóch innych podejrzanych, oparł się na przepisie, który nie obowiązuje od roku.

We wtorek funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego zatrzymali trzech sanitariuszy łódzkiej stacji pogotowia ratunkowego oraz pracownika firmy pogrzebowej A. - Wszystkim przedstawiono zarzuty przyjmowania korzyści majątkowych w zamian za informacje o zgonach pacjentów - poinformował podinspektor Jarosław Berger z łódzkiej komendy wojewódzkiej. W środę prokuratura zdecyduje, czy wystąpić o tymczasowe aresztowanie podejrzanych. Z naszych nieoficjalnych informacji wynika, że w najbliższym czasie planowane są kolejne zatrzymania.

Przypomnijmy w skrócie. Miesiąc temu "Gazeta" i Radio Łódź ujawniły kulisy łódzkiego nekrobiznesu, czyli sprzedawania firmom pogrzebowym informacji o zmarłych. Natrafiliśmy też na ślady wskazujące, że w Łodzi mogło dojść do opóźniania bądź zaniechania udzielania pomocy pacjentom, a nawet do ich uśmiercania. Prokuratura Apelacyjna w Łodzi prowadzi śledztwo z art. 148 par. 2 pkt 3 kodeksu karnego (zabójstwo z pobudek zasługujących na szczególne potępienie), ale do tej pory postawiono jedynie zarzuty korupcji (dawania lub brania łapówek za informację o zgonie). Jest o to podejrzanych 21 osób - pracowników pogotowia i przedsiębiorców pogrzebowych. 11 z nich decyzją sądu rejonowego trafiło do aresztu. W zeszły piątek łódzki sąd okręgowy zwolnił z aresztu dwie osoby. Chodzi o właściciela i pracownika firmy pogrzebowej. Dlaczego? Prokuratura, składając wniosek o areszt, powołała się na dwa przepisy art. 258 kodeksu postępowania karnego. Pierwszy mówi o matactwie, czyli obawie, że na wolności podejrzany może "nakłaniać do składania fałszywych zeznań lub wyjaśnień albo w inny bezprawny sposób utrudniać postępowanie karne".

Drugi przepis daje możliwość "tymczasowego aresztowania w celu zabezpieczenia prawidłowego toku postępowania karnego", gdy podejrzanemu grozi kara do ośmiu lat więzienia. Przedsiębiorcy pogrzebowemu i jego pracownikowi groziło dziesięć lat więzienia. Prokuratura zarzuca bowiem podejrzanym popełnienie przestępstwa z art. 229 par. 3 kodeksu karnego. Chodzi o wręczanie łapówek w zamian za informacje o zgonie pacjenta, które wiązały się z naruszeniem tajemnicy lekarskiej.

Dlaczego sąd zwolnił

Dlaczego więc sąd okręgowy wbrew wnioskowi prokuratury i stanowisku sądu rejonowego wypuścił podejrzanych? Tłumaczył to dziennikarzom w piątek prezes sądu Wojciech Janicki.

- Sąd uznał, że w wypadku łych podejrzanych winien być rozważany nie par. 3, ale par. 1 art. 229 kodeksu karnego, który jest zagrożony łagodniejszą karą - pięciu lat więzienia - argumentował prezes Janicki.

Komentuje prokurator Kazimierz Olejnik: Prokuratura nie prowadzi wobec nikogo działań represyjnych. Zajmuje się tylko śledztwem zmierzającym do wyjaśnienia wszystkich okoliczności sprawy. Jeśli w konkretnych wypadkach występujemy do sądu z wnioskiem o tymczasowe aresztowanie, to także wyłącznie po to, by zabezpieczyć prawidłowy tok tego postępowania. Na zarzuty dotyczące kwalifikacji prawnej czynów podejrzanych odpowiem krótko: ja nie wypowiadam się na temat diagnoz wystawianych przez lekarzy ich pacjentom.

Tomasz Patora, Marcin Stelrnasiak


Gazeta Wyborcza nr 51. 2002.03.01

Selder zatrzymany

Tomasz Selder, przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego, został wczoraj zatrzymany przez Centralne Biuro Śledcze w związku z aferą w łódzkim pogotowiu.

Zatrzymano go w siedzibie fundacji Na Ratunek, którą kieruje. Jak nas poinformowała policja, Tomasz Selder nie chciał wpuścić policjantów do środka. Pomogła dopiero "kilkuminutowa słowna perswazja".

Selder był w łódzkim pogotowiu sanitariuszem, później - przez cztery lata - starszym dyspozytorem. Teraz odpowiada za nadzór nad pracownikami i jest rzecznikiem prasowym pogotowia.

Rozmawialiśmy z Selderem w październiku, gdy zbieraliśmy materiały do reportażu "Łowcy skór". Zaprzeczał, jakoby kiedykolwiek brał pieniądze od firm pogrzebowych.

Po publikacji reportażu o aferze w pogotowiu Selder protestował "przeciwko szkalowaniu dobrego imienia pracowników pogotowia". Zapowiadał akcję protestacyjną i pozwanie dziennikarzy "Gazety" do sądu.

Dwa tygodnie później ujawniliśmy, że to Tomasz Selder jako pierwszy zorganizował w pogotowiu - jeszcze w 1991 r. - system brania pieniędzy od firm pogrzebowych. Prowadził nawet "miniksięgowość" - wpisywał do zeszytu wszystkie łapówki i później się z nich rozliczał przed wspólnikami - innymi pracownikami pogotowia. I tak przez cztery miesiące 1991 r. za pieniądze od firm pogrzebowych kupił m.in. antenę telewizyjną i odtwarzacz wideo. "Utworzono też kasę, tzw. chwilówkę - pracownicy, którym brakuje pieniędzy do pensji, mogą pożyczyć kwotę, którą zwracają przy następnej wypłacie. Wypłacono 37 pożyczek bezzwrotnych w kwocie 200 tys. zł przed świętami Bożego Narodzenia jako pomoc dla budżetu rodzinnego" - czytamy w sprawozdaniu Seldera.

Ostatnio Selder zbierał w pogotowiu pieniądze na kaucję dla aresztowanych lekarzy i sanitariuszy, w tym swojego brata - szefa łódzkiego oddziału KZZPRM.

Wraz z Selderem zatrzymano wczoraj kolejnych dwóch sanitariuszy i kierowcę pogotowia. Całej czwórce prokuratura postawiła zarzuty brania od przedsiębiorców pogrzebowych pieniędzy za informacje o zgonach.

Również wczoraj łódzki sąd rejonowy aresztował na trzy miesiące zatrzymanego dwa dni wcześniej 37-letniego sanitariusza Jacka P.

Pięciu kolejnych zatrzymanych (trzy i dwa dni temu) po przedstawieniu zarzutów zwolniono do domu. - Współpracowali z prokuraturą i policją, przedstawili obszerne wyjaśnienia. Ich aresztowanie nie miałoby sensu - informuje Jolanta Badziak z łódzkiej prokuratury apelacyjnej.

Do tej pory zarzuty wręczania i dawania łapówek za informacje o zgonach przedstawiono 27 osobom - pracownikom pogotowia i firm pogrzebowych. Śledztwo prowadzone jest z art. 148 par. 2 pkt 3 kodeksu karnego, czyli "zabójstwa z pobudek zasługujących na szczególne potępienie", ale jeszcze nikomu z zatrzymanych nie postawiono takiego zarzutu.

Fragment rozmowy z "Gazetą" (5 października 2001 r.)

Tomasz Selder: Akwizycja przez pogotowie dla firm pogrzebowych jest nie do udowodnienia, a poza tym nie jest niezgodna z prawem. Nie ma takiego punktu w kodeksie pracy, do którego można by się przyczepić. (...) Ja jestem starszym dyspozytorem województwa i z racji zajmowanego stanowiska podobno muszę w tym brać udział. A ja zapraszam tego, od którego wziąłem. Mech przyjdzie i powie: dałem panu Tomaszowi Selderowi.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 68, 2002.03.21

Z aresztu pod dozór

Łódzki sąd okręgowy wypuścił w środę z aresztu Tomasza Seldera, byłego dyspozytora pogotowia. Uznał, że prokuratura nie przedstawiła wystarczających dowodów na popełnienie przestępstwa - objął go policyjnym dozorem.

Tomasz Selder, szef Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego, był w łódzkim pogotowiu sanitariuszem, potem starszym dyspozytorem. Ostatnio odpowiadał za nadzór nad pracownikami i był rzecznikiem prasowym pogotowia. Rozmawialiśmy z Selderem w październiku, gdy zbieraliśmy materiały do reportażu "Łowcy skór". Zaprzeczał, jakoby kiedykolwiek brał pieniądze od firm pogrzebowych. Polem protestował "przeciwko szkalowaniu dobrego imienia pracowników pogotowia". Dwa tygodnie później opisaliśmy, że to Selder jako pierwszy zorganizował w pogotowiu - jeszcze w 1991 r. - system brania pieniędzy od firm pogrzebowych. Prowadził nawet "miniksięgowość": wpisywał do zeszytu wszystkie łapówki i później się z nich rozliczał przed wspólnikami - innymi pracownikami pogotowia. I tak np. przez cztery miesiące 1991 r. za pieniądze od firm pogrzebowych kupił m.in. antenę telewizyjną i wideo. "Utworzono też kasę, tzw. chwilówkę - pracownicy, którym brakuje pieniędzy do pensji, mogą pożyczyć kwotę, którą zwracają przy następnej wypłacie. Wypłacono 37 pożyczek bezzwrotnych w kwocie 200 tys. zł" - notował.

Potem doszło do jego zatrzymania. Łódzka prokuratura apelacyjna postawiła zarzut przyjęcia łapówek (co najmniej 60 tys. zł) od zakładów pogrzebowych za informacje o zgonach pacjentów. Sąd rejonowy - z uwagi na "obawę matactwa i grożącą wysoką karę" - zadecydował o jego aresztowaniu na trzy miesiące.

W środę łódzki sąd okręgowy, rozpatrując zażalenie na decyzję sądu rejonowego, uchylił Selderowi areszt i w jego miejsce zastosował łagodniejszy środek zapobiegawczy - dozór policyjny. - Zebrany na razie materiał dowodowy nie uzasadnia przesłanki, że Tomasz S. popełnił zarzucane mu czyny - poinformowała Grażyna Jeżewska z biura prasowego łódzkiego sądu okręgowego. Zgodnie z art. 249 kodeksu postępowania karnego środki zapobiegawcze (np. dozór) można stosować "tylko wtedy, gdy zebrane dowody wskazują na duże prawdopodobieństwo, że oskarżony popełnił przestępstwo". Jak to więc możliwe, że sąd uznaje dowody prokuratury za niewystarczające, a jednocześnie stosuje wobec Seldera dozór? Janusz Ritmann, wiceprezes łódzkiego sądu okręgowego, nie chciał komentować przypadku Seldera. Od postanowienia sądu okręgowego nie ma odwołania.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak

Dla Gazety Stefan Lelentae, profesor prawa, kierownik Katedry Prawa Karnego Uniwersytetu Łódzkiego, współautor nowego prawa karnego
Aby mówić o środkach zapobiegawczych, sąd musi ustalić, że przedstawiony przez prokuraturę materiał dowodowy w dużym stopniu uprawdopodabnia popełnienie przestępstwa. W takiej sytuacji sąd ocenia, czy i jaki środek (np. tymczasowe aresztowanie, dozór policyjny) będzie właściwy w danej sytuacji. Jeśli natomiast sąd uzna, że prokuratura nie przedstawiła należytych dowodów popełnienia przestępstwa, nie może być mowy o jakimkolwiek środku zapobiegawczym. Podkreślam: jakimkolwiek.


Gazeta Wyborcza nr 80, 2002.04.05

Korupcja i nie tylko

Dwaj lekarze, sanitariusz i kierowca to kolejni podejrzani w sprawie afery w łódzkim pogotowiu.

Całą czwórkę zatrzymali wczoraj rano policjanci z łódzkiego oddziału CBS. Prokuratura apelacyjna postawiła im zarzut korupcji - przyjmowania od przedsiębiorców pogrzebowych łapówek za informacje o zgonach. 31-letni lekarz Grzegorz F. miał wziąć co najmniej 20 tys. zł, jego kolega, 30-letni Paweł W. - co najmniej 12 tys. zł. Sanitariusz Jerzy Sz. jest podejrzany o przyjęcie 10 tys., kierowca Marek L. - 5 tys.

Wczoraj prokuratura zwolniła sanitariusza i kierowcę. Nałożyła na nich dozór policyjny. Dziś zapewne wystąpi do sądu o aresztowanie dwóch lekarzy.

Od ujawnienia przez "Gazetę" i Radio Łódź w styczniu afery w łódzkim pogotowiu łódzka prokuratura postawiła zarzut korupcji już 31 pracownikom pogotowia i osobom związanym z branżą pogrzebową. Sąd rejonowy aresztował 13 osób, ale później sąd okręgowy wypuścił na wolność dziewięć z nich. Obecnie w areszcie jest już tylko dyspozytor Andrzej S. ps. "Cukier". Kolejne trzy osoby - dwóch przedsiębiorców pogrzebowych i lekarza Romana K. znanego pod przydomkiem "Anioł Śmierci" - wypuściła na wolność sama prokuratura. - Cała trójka złożyła obszerne wyjaśnienia i dalsze stosowanie wobec nich tymczasowego aresztowania byłoby bezcelowe - mówi Jolanta Badziak, rzecznik łódzkiej prokuratury apelacyjnej. - Roman K. miał postawiony zarzut korupcji. Przypominam, że wcześniej sąd uchylił mu areszt pod warunkiem wpłacenia poręczenia majątkowego. Roman K. nie wyszedł na wolność, bo nikt nie wpłacił za niego 10 tys. zł. Wystąpił o uchylenie aresztu. Ponieważ wykazał daleko idącą chęć współpracy, zamieniliśmy mu areszt na dozór i zakaz opuszczania kraju. Wyjaśnienia Romana K. są dla nas niezwykle istotne, mogą tu nawet zaistnieć warunki do zastosowania art. 60 par. 3 kodeksu karnego [o nadzwyczajnym złagodzeniu kary, a nawet zawieszeniu jej wykonania, gdy podejrzany współpracuje z organami ścigania - red.]. W sprawie łódzkiego pogotowia prokuratura prowadzi śledztwo z art. 148 par. 2 pkt 3, czyli w sprawie zabójstw dokonywanych "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie". Z naszych informacji wynika, że część załóg łódzkiego pogotowia celowo nie udzielała lub opóźniała udzielanie pomocy pacjentom. Są też poszlaki wskazujące, że mogło dojść do uśmiercania pacjentów lekami, m.in. pavulonem. Nikomu nie przedstawiono jeszcze zarzutu zabójstwa ani nieudzielenia pomocy. Prokurator Badziak: - Śledztwo w sprawie łódzkiego pogotowia nie będzie zawężone tylko do wątku korupcyjnego.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 86, 2002.04.12

Sądzie, wyjaśnij prawo

Analiza

Dlaczego w aferze łódzkiego pogotowia najpierw się zatrzymuje podejrzanych, a potem sąd ich wypuszcza? Czy proceder "handlu skórami", w który - zdaniem prokuratury - zamieszanych jest kilkuset pracowników pogotowia, to przestępstwo? Być może niebawem wątpliwości rozstrzygnie Sąd Najwyższy. W czwartek wystąpiła o to łódzka prokuratura.

Na początek przypomnijmy: prokuratura apelacyjna podzieliła śledztwo na dwa wątki. W pierwszym bada przypadki tzw. wątpliwych zgonów, czyli podejrzeń o nieudzielanie pomocy bądź też nawet o uśmiercanie pacjentów przez niektóre zespoły pogotowia. Drugi dotyczy sprzedaży przez załogi pogotowia informacji o zgonach pacjentów zakładom pogrzebowym.

Dotychczas prokuratorzy postawili zarzuty korupcji 31 podejrzanym: lekarzom, sanitariuszom, kierowcom, dyspozytorom oraz osobom związanym z firmami pogrzebowymi. Lekarzom prokuratura zarzuca, że - pełniąc funkcję publiczną- brali od przedsiębiorców pogrzebowych łapówki za informowanie ich o zgonach. W języku prawa - za przekazanie im informacji objętych ustawową tajemnicą lekarską. Art. 228 par. 3 kodeksu karnego (bo tak zakwalifikowano te czyny) przewiduje za to karę od roku do dziesięciu lat więzienia. Sanitariusze, kierowcy i dyspozytorzy powinni - zdaniem prokuratury - odpowiadać za pomocnictwo w przestępstwach popełnianych przez lekarzy (grozi im identyczna kara). Przedsiębiorcy pogrzebowi mają odpowiadać za przestępstwa z art. 229 par. 3 kk, czyli za wręczanie łapówek zespołom pogotowia w zamian za informacje o zgonach, których przekazanie wiązało się z naruszeniem tajemnicy lekarskiej.

Zatrzymują, wypuszczają...

Łódzka sprawa "handlu skórami" jest precedensowa, rodzi więc liczne kontrowersje. Przy okazji rozpatrywania wniosków prokuratury o tymczasowe aresztowanie kolejnych podejrzanych okazało się, że różne składy sędziowskie inaczej interpretowały niemal jednakowe fakty.

Z reguły sąd rejonowy przyznawał rację prokuraturze (stosował areszty), a sąd okręgowy uznawał, że izolacja podejrzanych jest zbędna.

Co więcej - ostatnio prokuratorskie wnioski o areszt wobec dwóch lekarzy odrzucił już sąd rejonowy. Ten sam, który we wcześniejszych analogicznych sytuacjach nakazywał osadzenie w areszcie.

Sytuacja stała się kuriozalna dla sędziów, którzy zdecydowali się odbyć naradę w tej sprawie. - Pierwsza już się odbyła, będzie następna - mówi sędzia Janusz Ritmann, rzecznik łódzkich sądów. Jednak wyniki takiego spotkania - jeśli nawet zostanie wypracowane wspólne stanowisko - nie mogą być w żaden sposób wiążące dla sędziów rozpatrujących kolejne wnioski prokuratury.

Problem aresztowania bądź nie podejrzanych to problem ważny (mogą na wolności utrudniać śledztwo), acz drugorzędny.

Znacznie poważniejsza sprawa to pojawiające się z rzadka opinie, że "handel skórami" nie jest przestępstwem.

Po kolei. Fakt przyjmowania przez załogi pogotowia pieniędzy w zamian za informacje o zgonach - w języku zespołów pogotowia "handel skórami" - jest bezsporny. Nie kwestionują tego ani adwokaci części podejrzanych, ani przedstawiciele samorządu lekarskiego i medycznych związków zawodowych. Twierdzą natomiast, że nie jest to przestępstwo.

Podobnie wyraził się jeden ze składów sędziowskich, uwalniając podejrzanego Tomasza Seldera, szefa Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego, jednego z organizatorów procederu, któremu prokuratura zarzuciła przyjęcie co najmniej 60 tys. zł łapówki.

Choć to, na razie, odosobnione uzasadnienie orzeczenia, prokuratura postanowiła rozwiać wątpliwości. - Chcemy umocnić się w przekonaniu, że przyjęta przez nas interpretacja jest właściwa - mówi Jolanta Badziak, rzecznik prokuratury apelacyjnej. - Poprosiliśmy więc sąd okręgowy, by rozważył możliwość wystąpienia do Sądu Najwyższego o rozstrzygnięcie tej kwestii.

Zgodnie z art. 441 kodeksu postępowania karnego pogląd Sądu Najwyższego byłby wiążący dla całej sprawy.

Sędzia Ritmann: - Nie mogę składać jeszcze ostatecznych deklaracji, ale jest wysoce prawdopodobne, że zwrócimy się o pomoc do Sądu Najwyższego.

Jeśli pytanie zostanie zadane, co odpowie Sąd Najwyższy? Warto przeanalizować ostatnie rozstrzygnięcia dotyczące problemu łapownictwa.

Kto pełni funkcje publiczną

Kluczowe dla sprawy jest użyte w kodeksie karnym pojęcie "osoby pełniącej funkcję publiczną". Tylko ten bowiem, kto "w związku z pełnieniem funkcji publicznej" przyjmuje korzyść majątkową, może odpowiadać za łapownictwo.

Problem w tym, że w kodeksowym "słowniczku", czyli artykule 115 kk objaśniającym pojęcia prawne, nie znajdziemy definicji osoby pełniącej funkcję publiczną, a jedynie podobne, choć nie tożsame pojęcie "funkcjonariusza publicznego". Kodeks określa precyzyjnie, kto nim jest, a wśród wymienionych osób (m.in. posłowie, radni, sędziowie czy notariusze) próżno szukać lekarzy.

Sąd Najwyższy w uchwale z 20 czerwca 2001 r. podziela pogląd reprezentowany przez większość teoretyków prawa, że "dla określenia publicznego charakteru danej funkcji" konieczne jest spełnienie dwóch warunków: osoba musi pełnić swą funkcję w instytucji państwowej lub samorządowej, która działa na podstawie przepisów prawa publicznego, a do pełnienia tej funkcji wykorzystywane są publiczne pieniądze.

Tezy zawarte w cytowanej wyżej uchwale Sąd Najwyższy powtórzył w kolejnej - z 18 września zeszłego roku.

Bezsporne jest, że pogotowie działa na podstawie przepisów prawa publicznego (ustawy o zakładach opieki zdrowotnej), oraz to, że pogotowie i jego pracownicy pracują za publiczne pieniądze. Kluczowe więc pozostaje rozstrzygnięcie, czy lekarz (pełniący funkcję publiczną) przyjął łapówkę od przedsiębiorcy pogrzebowego "w związku z" pełnieniem tej funkcji. Łódzka prokuratura przyjęła, że sprzedaż informacji o śmierci miała ścisły związek ze stwierdzeniem zgonu przez lekarza i wystawieniem przez niego karty zgonu. A stwierdzenie zgonu i wystawienie karty mieści się w ramach pełnionej przez lekarza funkcji publicznej. Krytycy tej interpretacji argumentują, że przekazanie pieniędzy lekarzowi (za informację o zgonie) nie ma związku z pełnieniem przez niego funkcji publicznej, bo ta ogranicza się tylko do działań stricte lekarskich i nie obejmuje już stwierdzenia zgonu czy wypisania karty. I że sprzedaż informacji o zgonie nie nastąpiła "w związku z" pełnioną przez lekarza funkcją, ale jedynie "przy okazji" jej pełnienia.

W sprawie łódzkiego pogotowia prokuratura prowadzi śledztwo z art. 148 par. 2 pkt 3, czyli zabójstw dokonywanych "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie". Z informacji "Gazety" i Radia Łódź wynika, że cześć załóg łódzkiego pogotowia celowo nie udzielała lub opóźniała udzielanie pomocy pacjentom. Są też poszlaki wskazujące, że mogło dojść do uśmiercania pacjentów lekami, m.in. pavulonem. Nikomu nie przedstawiono jeszcze zarzutu zabójstwa ani nieudzielania pomocy. - Wciąż badamy ten wątek - mówi prokurator Jolanta Badziak.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 102, 2002.05.02-2002.05.03

Trudne (nie)pytanie

Sąd Okręgowy w Łodzi nie zapyta Sądu Najwyższego o to, czy lekarz pogotowia ratunkowego pełni funkcję publiczną. Gdyby SN stwierdził, że pełni, to winni łódzkiego "handlu skórami" mogliby odpowiadać za łapownictwo.

Prokuratura postawiła dotąd zarzut korupcji 31 osobom - łódzkim lekarzom, sanitariuszom, kierowcom, dyspozytorom i osobom z branży pogrzebowej. Chodzi o kupowanie bądź sprzedawanie informacji o zgonach pacjentów. W dwóch pierwszych miesiącach śledztwa do aresztu trafiło 13 osób. Dziś wszystkie są na wolności. Składy sędziowskie podejmowały różne decyzje. Z reguły sąd rejonowy stosował areszt, a sąd okręgowy go uchylał. W przypadku Tomasza Seldera, szefa Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego i jednego z organizatorów "handlu skórami", sąd okręgowy zasugerował wręcz, że ten - jako sanitariusz - nie mógł odpowiadać za współudział w korupcji. Dlaczego? Otóż za łapówkarstwo mogą odpowiadać tylko "osoby pełniące funkcje publiczne". A sąd miał wątpliwości, czy pracownicy pogotowia mieszczą się w tej kategorii. Gdy ostatnio już nawet sąd rejonowy odmówił zastosowania aresztu wobec dwóch lekarzy, prokuratura postanowiła rozwiać wątpliwości. Poprosiła sąd okręgowy, by ten zwrócił się z tzw. pytaniem prawnym do Sądu Najwyższego. SN miałby rozstrzygnąć, czy lekarz pogotowia jest "osobą pełniącą funkcję publiczną". W podobnych sprawach sądy z reguły orzekały na "tak", podobnie wypowiadał się SN, ale potwierdzenie tej wykładni przepisów w sprawie łódzkiego pogotowia byłoby wiążące dla całego tego śledztwa. We wtorek sąd okręgowy uznał jednak, że nie będzie występował do Sądu Najwyższego. - Obecnie nie ma takiej potrzeby. Byłoby to przedwczesne - twierdzi sędzia Jacek Przybysz z sądu okręgowego. - Z takim pytaniem będzie mógł ewentualnie wystąpić sąd rozpoznający sprawę, jeśli dojdzie do wniesienia aktu oskarżenia.

Jolanta Badziak, rzecznik prokuratury apelacyjnej, nie chciała komentować decyzji sądu, póki nie ma jej pisemnego uzasadnienia.

Wtorkowa decyzja łódzkiego sądu okręgowego to w istocie ucieczka od rozstrzygnięcia problemu. Skierowanie pytania prawnego do Sądu Najwyższego ucięłoby raz na zawsze dyskusję, czy sprzedaż informacji o zgonach jest przestępstwem. Jeśli SN (wbrew dotychczasowej linii swych orzeczeń) odpowiedziałby przecząco, prokuratura umorzyłaby śledztwo w zakresie "wątku korupcyjnego". Nie trzeba by było przesłuchiwać tysięcy świadków czy stawiać zarzutów popełnienia przestępstwa kilkuset osobom zamieszanym w "handel skórami", a prokuratorzy mogliby pełną parą pracować przy "wątku zabójstw". Z drugiej strony, jeśli SN potwierdziłby, iż lekarz pełni w pracy funkcję publiczną, prokuratura mogłaby wreszcie spokojnie, bez potyczek z łódzkimi sędziami, wyjaśniać sprawę wątku korupcyjnego afery. Co więcej, twierdząca odpowiedź SN otworzyłaby prokuraturom w całym kraju drogę do prowadzenia postępowań nie tylko w sprawach handlu informacjami o zgonach, ale także ścigania szeregowych lekarzy biorących łapówki od pacjentów. A z sondaży wynika, że korupcja w środowisku lekarskim zatacza szerokie kręgi.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 98, 2002.04.26

Po areszcie

Prokuratura zwolniła wczoraj z aresztu Andrzeja S., dyspozytora z łódzkiego pogotowia. To ostatni aresztowany w sprawie "łowców skór".

Andrzej S. (pseudonim "Cukier") spędził w areszcie ponad dwa miesiące. Prokuratura postawiła mu zarzut przyjęcia co najmniej 60 tys. zł łapówek w zamian za informacje o zgonach pacjentów. - Podejrzany złożył bardzo obszerne wyjaśnienia. Prokurator prowadzący śledztwo uznał więc, że dalsze stosowanie wobec niego aresztu jest bezcelowe. Zamienił Andrzejowi S. areszt na dozór policyjny i poręczenie majątkowe 10 tys. zł - mówi Jolanta Badziak, rzecznik wydziałów do spraw przestępczości zorganizowanej łódzkich prokuratur. Dotychczas w związku z aferą w łódzkim pogotowiu zarzuty korupcyjne postawiono 31 osobom, do aresztu trafiło 13. Dziewięć wypuścił później sąd, cztery - sama prokuratura. Przypomnijmy: w sprawie łódzkiego pogotowia prokuratura prowadzi śledztwo z art. 148 par. 2 pkt 3, czyli zabójstw dokonywanych "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie". Z informacji "Gazety" i Radia Łódź wynika, że część załóg łódzkiego pogotowia rozmyślnie nie udzielała lub opóźniała udzielanie pomocy pacjentom. Są też poszlaki wskazujące, że mogło dojść do uśmiercania pacjentów lekami - m.in. pavulonem. Na razie nie przedstawiono jeszcze zarzutu zabójstwa ani nieudzielania pomocy.

ms, top


Gazeta Wyborcza nr 101, 2002.04.30

"Skóry" w promocji

W Łodzi odradza się proceder sprzedawania przez załogi pogotowia informacji o zgonach pacjentów. Z pogotowiem współpracują na nowo cztery łódzkie zakłady pogrzebowe. Prokurator Wiktor Ciach zajmujący się korupcyjnym wątkiem afery w łódzkim pogotowiu potwierdza, że dostaje informacje o odradzaniu się procederu. - Zbieramy dowody - mówi.

Przedsiębiorca pogrzebowy, który jeszcze w ubiegłym roku kupował "skóry" od pogotowia, zgadza się na nagranie naszej rozmowy. Prosi tylko o niepublikowanie nazwiska. - W tej chwili z pogotowiem współpracują cztery firmy - mówi. Wymienia nazwy, podaje stawki: 600-800 zł za informację o zwłokach. Zanim "Gazeta" ujawniła aferę, płacono nawet do 1,8 tys. zł. Jak ustaliliśmy, można jednak skorzystać z okazji i kupić "skórę" u J. - kierowcy pogotowia - za promocyjną stawkę 300 zł.

"Łowcy skór" wracają

Pracownicy pogotowia znów sprzedają informacje o zgonach. Mimo trwającego prokuratorskiego śledztwa w łódzkim pogotowiu odradza się proceder handlu informacjami o zgonach pacjentów - wynika z informacji "Gazety" i Radia Łódź. Spadła tylko cena: dziś "skórę" można kupić już za 300 zł.

Mieszkanie przy ul. Traktorowej w Łodzi, 14 marca. Lekarz stwierdza zgon mężczyzny, bierze od rodziny zaświadczenie, że nie namawiał nikogo do skorzystania z usług firmy pogrzebowej. Załoga karetki wychodzi. Żona zmarłego telefonuje do zakładu M. Niemal natychmiast przyjeżdża karawan z firmy X - znanej z wcześniejszej współpracy z pogotowiem. Jej pracownicy próbują zabrać ciało, ale rodzina protestuje. Po kilkudziesięciu minutach zmarłego zabiera firma M. Szef X nie potrafi nam wyjaśnić, skąd wiedział o zgonie przy Traktorowej.

Prokurator Wiktor Ciach zajmujący się korupcyjnym wątkiem afery w łódzkim pogotowiu wie o reaktywacji procederu. - Za informacje o zgonie płaci już kilka firm pogrzebowych, stawka wynosi ok. 600 zł - potwierdza. - Zbieramy dowody w tej sprawie. Jak ustaliliśmy, prokuratura przesłuchała ponownie jednego z przedsiębiorców pogrzebowych podejrzanego w tej sprawie. Ten zeznał, że obecnie za "skórę" płaci się od 600 do 800 zł. Podał też nazwę firmy, która obecnie ma współpracować z pogotowiem. To właśnie firma X.

Jest jeszcze J. - kierowca z pogotowia i jednocześnie właściciel zakładu pogrzebowego pod Łodzią. W ostatnich dniach kontaktował się z łódzkimi przedsiębiorcami pogrzebowymi. Proponował sprzedaż "skór" po promocyjnych cenach - 300 zł za sztukę. - Tak tanio, bo pracuję sam i nie muszę się dzielić z resztą załogi karetki - zachęcał.

- Po wybuchu nekroafery i wyjściu z rynku zakładów współpracujących z pogotowiem obroty mojej firmy wzrosły o ponad 30 proc. - opowiada Tomasz Salski, szef firmy pogrzebowej Klepsydra. - Jednak po okresie szoku liczba wykonywanych przez moją firmę usług znów zaczęła spadać, zbliżając się do stanu z pierwszej połowy stycznia.

Podobne dane przytacza kilku innych właścicieli firm, które nie kupowały "skór" od pogotowia. O czym to świadczy? Salski: - Ze część zakładów pogrzebowych wróciła do współpracy z pogotowiem. Robią to tylko ostrożniej. I za mniejsze pieniądze - stawka znacznie spadła.

Salski zaobserwował dziwną prawidłowość: - W okresie gdy media donosiły o kolejnych zatrzymaniach, liczba usług wykonywanych przez moją firmę gwałtownie rosła. Gdy było kilka dni ciszy lub gdy lokalne gazety spekulowały, że handel "skórami" nie jest przestępstwem, natychmiast spadały mi obroty.

Po ujawnieniu afery kierownictwo łódzkiego pogotowia chciało, by stwierdzaniem zgonów zajmowali się lekarze pierwszego kontaktu, a nie załogi pogotowia. To miało ukrócić proceder handlu "skórami". Janusz Morawski, wicedyrektor łódzkiego pogotowia: - Ale lekarze POZ nie chcą tego robić. A my nie możemy ich zmusić.

Morawski zapewnia, że nie miał żadnych informacji o odradzaniu się procederu. - Każdy lekarz pogotowia, który stwierdzał zgon, musi pokazać mi podpisane przez najbliższych zmarłego oświadczenie, że nie sugerował skorzystania z usług żadnej firmy pogrzebowej.

Jeśli udowodnimy jakiemuś pracownikowi współpracę z firmami pogrzebowymi, natychmiast zostanie zwolniony. Dyscyplinarnie.

Jeden z lekarzy wątpi jednak w to, czy oświadczenia uchronią przed pokusą. - A kto zabroni kierowcy czy sanitariuszowi zadzwonić do zaprzyjaźnionej firmy pogrzebowej już po wyjściu z mieszkania? Jeśli zakład przejmie zmarłego, zapłaci. Jeśli nie - bo nie zgodzi się rodzina - działki za "skórę" nie będzie.

W łódzkim pogotowiu rozpisano właśnie konkurs na stanowisko lekarza-koronera. - To etaty dla specjalistów od medycyny sądowej, którzy zajmowaliby się tylko stwierdzaniem zgonów - opowiada Morawski. Jaka jest gwarancja, że koronerzy nie będą handlować "skórami"? Morawski: - Myślę, że ich zarobki będą na tyle satysfakcjonujące, że nie ulegną pokusie. Poza tym łatwiej jest upilnować kilku niż kilkuset pracowników.

Przypomnijmy: pod koniec stycznia "Gazeta" i Radio Łódź ujawniły, że w łódzkim pogotowiu handluje się na masową skalę informacjami o zgonach pacjentów. Za "skórę" - bo tak w żargonie pracowników pogotowia i przedsiębiorców pogrzebowych nazywano zmarłego - załogi karetek i dyspozytorzy dostawali od firm pogrzebowych nawet 1,8 tys. zł. Dotychczas w związku z aferą w łódzkim pogotowiu zarzuty korupcyjne postawiono 31 osobom, do aresztu trafiło 13. Dziewięć zwolnił później sąd, cztery - sama prokuratura. Teraz prokuratorzy potwierdzają, że w proceder zaangażowanych było ,,co najmniej kilkaset osób". W sprawie łódzkiego pogotowia prokuratura prowadzi śledztwo z art. 148 par. 2 pkt 3 czyli zabójstw dokonywanych "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie". Z informacji "Gazety" i Radia Łódź wynika, że część załóg łódzkiego pogotowia celowo nie udzielała lub opóźniała udzielanie pomocy pacjentom. Są też poszlaki wskazujące na to, że mogło dojść do uśmiercania pacjentów łękami - m.in. pavulonem. Nikomu nie przedstawiono jeszcze zarzutu zabójstwa ani nieudzielenia pomocy.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak
Współpraca: Przemysław Witkowski, Radio Łódź


Gazeta Wyborcza nr 120, 2002.05.24

Karetka śmierci

70 zgonów pacjentów łódzkiego pogotowia budzi podejrzenia prokuratury. Mogło dojść do uśmiercania chorych. Wszyscy zmarli na dyżurze jednej zmiany jednej karetki.

To przełom w śledztwie dotyczącym sprawy "łowców skór" - twierdzi łódzka prokuratura, która wysłała wczoraj dokumentację tych przypadków do krakowskiego Instytutu Medycyny Sądowej. Biegli Instytutu ocenią, czy podejrzenia prokuratury są prawdopodobne.

- Zmarli to w większości osoby starsze - 80-90-letnie, często samotne, w większości kobiety - informuje prokurator. - Z dokumentacji medycznej wynika, że ich stan był ciężki, ale stabilny. Często nie ulegał zmianie przez kilkanaście dni, a nawet kilka tygodni. I nagle, właśnie w trakcie wizyty karetki, którą wzięli pod lupę łódzcy prokuratorzy, w domu bądź podczas transportu do szpitala z nieznanych powodów stan pacjenta gwałtownie się pogarszał i chory nagle umierał.

To właśnie jeden z zespołów tej karetki zużywał najwięcej pavulonu - leku zwiotczającego mięśnie, który - według naszych informacji - mógł służyć do zabijania pacjentów.

Prokurator zapytał: "Dlaczego ten pacjent zmarł?". Lekarz spojrzał w dokumentację i odpowiedział: "Po podaniu takich leków nie miał prawa przeżyć".

Po czterech miesiącach śledztwa w sprawie domniemanego uśmiercania pacjentów przez załogi łódzkiego pogotowia prokuratura wysłała do biegłych sądowych z Krakowa dokumentację 70 przypadków zgonów. Wszystkie dotyczą tylko jednej karetki pogotowia. Ich analiza każe podejrzewać, że jedna ze zmian tej karetki mogła uśmiercać pacjentów. A to dopiero początek.

Postępowanie w sprawie domniemanego uśmiercania pacjentów przez załogi łódzkiego pogotowia rozpoczęto w styczniu. Od tego czasu prokurator Robert Tarsalewski z grupą zaufanych lekarzy analizował dokumentację zgonów. Przypomnijmy, że łódzkie pogotowie rocznie stwierdzało ich ponad pięć tysięcy. Tarsalewski i współpracujący z nim lekarze zajęli się na początek okresem od stycznia 2000 do grudnia 2001 roku. Szczególnie przyglądano się zgonom pacjentów, które nastąpiły w karetkach - podczas udzielania pomocy oraz przewozów ze szpitala do szpitala. Wnioski okazały się przerażające.

Nagle śmierci

Jeden z tak zwanych zespołów wypadkowych łódzkiego pogotowia ratunkowego wyróżniał się szczególnie wysoką liczbą podobnych zgonów.

Prowadzący sprawę prokurator Robert Tarsalewski: - Bywały takie dni, że miał ich więcej niż wszystkie inne razem wzięte karetki w mieście! A nie liczę tu wezwań do stwierdzenia zgonu pacjenta, chodzi wyłącznie o śmierć podczas udzielania pomocy lub przewozu karetką. To właśnie ten zespół wypadkowy zużywał najwięcej pavulonu - leku zwiotczającego mięśnie, który według naszych informacji mógł służyć do zabijania pacjentów. Komu i w jakiej sytuacji podawano ten niebezpieczny specyfik? Tego z dokumentacji medycznej nie sposób wyczytać.

Prokurator Tarsalewski oraz współpracujący z nim lekarze wytypowali 70 "szczególnie wątpliwych" zgonów. - W większości chodzi tu o osoby starsze - 80-90-letnie, często samotne, w większości kobiety - informuje prokurator. - Z dokumentacji medycznej wynika, że ich stan był ciężki, ale stabilny. Często nie ulegał zmianie przez kilkanaście dni, a nawet kilka tygodni. I nagle, właśnie w trakcie wizyty tej załogi w domu bądź podczas transportu do szpitala, z nieznanych powodów stan pacjenta gwałtownie pogarszał się i chory nagle umierał.

Umierał, a - zdaniem lekarzy analizujących dokumenty - powinien przynajmniej dojechać do szpitala.

Nie miał prawa przeżyć

Co konkretnie wynika z dokumentacji 70 wytypowanych zgonów? Jeśli zapisy w kartach odpowiadają prawdzie, to znaczy jeśli faktycznie pacjentom podano to, co wpisano w kartę, to: części chorych podawano medykamenty - jak mówi prokurator Tarsalewski - "pozostające ze sobą w rażącej opozycji". Co to w praktyce oznacza? Że każdy z osobna na coś mógł pomóc, ale podane razem mogły tylko zaszkodzić. Tarsalewski, analizując kolejny przypadek, zapytał pomagającego mu lekarza: - Dlaczego ten pacjent zmarł? Lekarz spojrzał w dokumentację i odpowiedział: - Po podaniu takich leków nie miał prawa przeżyć; części pacjentów podawano dawki różnych leków wielokrotnie przekraczające dopuszczalne normy. Takie dawki też mogą powodować zgon; niektórym chorym podano leki zupełnie nieadekwatne do ich stanu - np. chorym z niskim ciśnieniem leki obniżające ciśnienie; zadziwiająco prezentuje się analiza dołączonych do kart zmarłych pacjentów wyników elektrokardiogramu pokazującego pracę serca. Jako dowód akcji ratowniczej i późniejszej śmierci załączono (poza jednym przypadkiem) wydruki z prostą, ale przerywaną linią. Jeśli pacjent żyje, linia skacze - jeśli umiera, jest prosta, ale ciągła. Natomiast prosta, przerywana linia oznacza... że pacjent nie był podłączony do aparatury reanimacyjnej. Potwierdza to napis widoczny co jakiś czas na dole wydruku - "Test monitora". A widoczna obok tego napisu (w wydrukach załączonych do dokumentacji) godzina pokrywa się z czasem, w którym załoga reanimowała pacjenta. Wynika z tego, że - wbrew temu, co wpisano w dokumentację wyjazdu - załoga prawdopodobnie w ogóle nie próbowała ratować umierającego.

W karcie żadnego z 70 wytypowanych przypadków nie wpisano użycia środków zwiotczających, np. pavulonu, który mógł być używany przez niektóre załogi karetek łódzkiego pogotowia do zabójstw. - Trudno żeby ktoś go wpisał - dodają lekarze. - W żadnej z tych sytuacji nie było potrzeby podania środka zwiotczającego, a jeśli ktoś go podał, to tylko po to, by spowodować zgon.

W sumie w podejrzanej karetce pracowało 12 osób (cztery zmiany po trzy osoby: lekarz, sanitariusz, kierowca). Część tych osób ma już zarzuty popełnienia przestępstwa korupcji w wątku afery w łódzkim pogotowiu dotyczącym tzw. handlu skórami - sprzedawania firmom pogrzebowym informacji o zgonach. Nieoficjalnie wiemy, że wytypowane zgony miały miejsce na jednej zmianie tej karetki.

Jeszcze trzy karetki

Wczoraj funkcjonariusze Centralnego Biura Śledczego z Łodzi zawieźli dokumentację 70 zgonów do Krakowa, gdzie mieści się jedyny w Polsce specjalistyczny instytut medycyny sądowej. Tam biegli mają ocenić, czy w wytypowanych przez prokuraturę przypadkach lekarze bądź sanitariusze mogli przyczynić się do śmierci pacjentów. Ocena zawartości dokumentacji medycznej potrwa w Krakowie prawdopodobnie kilka miesięcy. Prokuratura w tym czasie bada zgony budzące wątpliwości z minionych dwóch lat, które miały miejsce podczas interwencji trzech innych zespołów łódzkiego pogotowia. Na razie wytypowano ich ponad dwieście. Jeden z tych zespołów także wyróżniał się szczególnie wysokim i nieudokumentowanym zużyciem pavulonu. Za kilka miesięcy kolejne przypadki trafią do biegłych.

Handlowali informacjami o zgonach

Pod koniec stycznia "Gazeta" i Radio Łódź ujawniły, że w łódzkim pogotowiu handluje się na masową skalę informacjami o zgonach pacjentów. Za "skórę" - bo lak w żargonie pracowników pogotowia i przedsiębiorców pogrzebowych nazywano zmarłego - załogi karetek i dyspozytorzy dostawali od firm pogrzebowych nawet l ,8 tys. zL Ujawniliśmy też, że w pogoni za brudnymi pieniędzmi miały miejsce przypadki celowego opóźniania bądź nieudzielania pomocy. Mieliśmy także przesłanki wskazujące na to, że mogło dojść nawet do uśmiercania chorych lekami - np. blokującym pracę serca pavulonem. W sprawie łódzkiego pogotowia prokuratura prowadzi śledztwo z art. 148 par. 2 pkt 3, czyli zabójstw dokonywanych "w wyniku motywacji zasługującej na szczególne potępienie". Dotychczas w związku z aferą w łódzkim pogotowiu zarzuty korupcyjne (kupowania bądź sprzedawania informacji o zgonach) postawiono 31 osobom - pracownikom pogotowia i przedsiębiorcom pogrzebowym. Do aresztu trafiło 13. Dziewięć wypuścił później sąd, cztery - sama prokuratura. Prokuratorzy oceniają, że w proceder zaangażowanych było "co najmniej kilkaset osób".

Czy dojdzie do ekshumacji

Niewykluczone, że same ekspertyzy sporządzone na podstawie dokumentacji medycznej nie wystarczą i konieczna będzie ekshumacja zmarłych.

Jeśli zapadnie decyzja o ekshumacji, prokuraturę czeka ogromna praca. Będzie musiała przesłuchać członków rodzin zmarłych oraz ustalić - co nie zawsze jest proste - gdzie ich pochowano. Kolosalne znaczenie ma to, na jakim terenie - np. suchym czy podmokłym -znajduje się cmentarz. Od tego bowiem zależy tempo i sposób rozkładu zwłok, a w konsekwencji szansę na stwierdzenie w ciele zmarłego pozostałości różnych medykamentów.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Gazeta Wyborcza nr 153, 2002.07.03

"Skóry" warszawskie

- Lekarz sprzedawał nam podpisane i ostemplowane blankiety kart zgonu - opowiada pracownik warszawskiej firmy pogrzebowej. - Sami wpisywaliśmy powód zgonu i formułkę, że śmierć "nie nosi cech kryminogennych".

O tym, jak w Warszawie handluje się informacjami o zgonach, opowiedział nam miesiąc temu Jan Szczuciński, dyrektor stołecznego Domu Pogrzebowego "Służew". Czytał nasz reportaż o handlu "skórami" w łódzkim pogotowiu i w czerwcu specjalnie przyjechał do Łodzi, żeby się z nami spotkać. Wcześniej kilka razy próbował zainteresować tym problemem stołeczną policję i prokuraturę, ale nikt nie chciał go wysłuchać. - Jestem prezesem Stołecznego Stowarzyszenia Przedsiębiorstw Pogrzebowych i od lat próbowałem, przyznaję nieskutecznie, walczyć z tym obrzydliwym procederem. Po aferze w Łodzi byłem pewny, że organy ścigania skończą to zjawisko raz na zawsze. Byłem w błędzie.

1994: 28 firm przeciw łapówkom dla pogotowia

Prezes Szczuciński pokazał nam oświadczenie swojego Stowarzyszenia podpisane przez 28 właścicieli zakładów pogrzebowych już ponad osiem lat temu, 24 lutego 1994 r.: "Zarząd Stowarzyszenia podjął uchwałę o poinformowaniu społeczeństwa o mafijnych działaniach na rynku usług pogrzebowych. Polegaj ą na pobieraniu przez personel pogotowia łapówek od zakładów pogrzebowych za dostarczenie informacji o zgonie (...). Niektóre nieuczciwe firmy pogrzebowe same narzucają się z łapówkami, przy czym dochodzi do licytacji ofert na giełdzie w pogotowiu. Kierownictwo pogotowia, które informowaliśmy wielokrotnie o tym niemoralnym i bezprawnym procederze, twierdzi, że jakkolwiek wie o nim, to jednak jest wobec niego bezradne!!! W ostatnich miesiącach stało się nieomal regułą, że mając do wyboru jazdę do chorego albo zmarłego, załogi karetek kieruj ą się natychmiast pod adres, gdzie jest nieboszczyk (...). Działalność mafii powoduje też, że ceny usług pogrzebowych rosną w tempie zastraszającym, bo przecież wydatki ponoszone na łapówki dla pogotowia zakłady pogrzebowe odbijają sobie na klientach, zawyżając opłaty za trumny, przewóz zwłok czy organizację uroczystości". W 1994 r. dokument opublikowano "Życie Warszawy".

Współpracowałem, współpracuję i będę współpracował

Po opublikowaniu oświadczenia Stowarzyszenia w "Życiu Warszawy" Szczucińskiego napadnięto, a nieznani sprawcy podpalili jego i kilka innych zakładów. Część firm pogrzebowych wróciła do handlu zwłokami już następnej nocy po wydrukowaniu tekstu. Szczuciński: - Kilka firm, widząc naszą bezradność i zyski konkurencji współpracującej z pogotowiem, odeszło ze Stowarzyszenia, innych - przyłapanych na współpracy - musieliśmy wyrzucić. Pamiętam spotkanie Stowarzyszenia, na którym prezes firmy N. publicznie - w obecności kilkudziesięciu osób - powiedział, że z pogotowiem współpracował, współpracuje i będzie współpracował, bo to jedyna droga do utrzymania się na rynku. Stowarzyszenie próbowało jeszcze zainteresować sprawą parlamentarzystów. Wszystko bez efektu.

Jak wejść na rynek bez reklamy?

Michał Jankowski, właściciel przedsiębiorstwa pogrzebowego Bródno, na początku lat 90. organizował ponad 1000 pogrzebów rocznie. To olbrzymia ilość: już około 500 uroczystości zapewnia firmie niezłe dochody i rozwój. - Ale w latach 1993/94 zaczęło w stolicy powstawać coraz więcej firm pogrzebowych - wspomina. - Wzrosła konkurencja. Część zakładów weszła na rynek w ogóle się nie reklamując, wyłącznie dzięki współpracy z pogotowiem. Interweniowaliśmy u dyrektora wojewódzkiej stacji pogotowia - bez efektu.

Od kilku lat Jankowski organizuje zaledwie około 300 pogrzebów w roku, co pozwala firmie zaledwie przetrwać. - Kilkakrotnie przychodzili do mnie pracownicy pogotowia, proponując współpracę. Od razu ich goniłem, choć wiem, że mógłbym na tym sporo zarobić.

Karta zgonu tam gdzie ciało

Podobnie jak w Łodzi stołeczny światek funeralny jest dość zamknięty, ale pracownicy co jakiś czas przechodzą z zakładu do zakładu, dzięki czemu każdy wie sporo o konkurencji. Byłego pracownika firmy N. znaleźliśmy w jednym z zakładów pogrzebowych na Ochocie. Przyznał, że sam wielokrotnie jeździł do pogotowia płacić pieniądze za "skóry" - także w Warszawie w ten sposób nazywano ciało zmarłego. Chętnie opisał mechanizm rozliczania się zakładu N. z pogotowiem: - U nas zasady były twarde. Pogotowie dzwoniło, że mamy zabrać "skórę" spod określonego adresu, i trzeba było od razu jechać i im płacić. Jakbyśmy nie zapłacili, to na drugi raz sprzedaliby innym. W podstacjach pogotowia, na przykład na Górczewskiej, na Ochocie, we Włochach, były nieformalne ekipy, które jeździły do zgonów. I oni dobrze wiedzieli, jak pracować z rodziną zmarłego, żeby zgodziła się na polecony przez nich zakład. Sanitariusz zagajał: "Czy macie państwo wybrany zakład? Bo ja ostatnio chowałem babcię w zakładzie N. i byłem bardzo zadowolony. Tu dawał wizytówkę. Czasem było inaczej - mówili, że "przyjedzie zaraz zespół przewozowy", tak jakby to był dalszy ciąg wizyty pogotowia. Jeśli rodzina była oporna, to kręcili nosem, że nie ma pewności, czy śmierć była naturalna. I że trzeba będzie zrobić sekcje. Wtedy rodzina, żeby uniknąć krojenia ciała bliskiego, godziła się na określony zakład.

Były pracownik firmy N. opisał jeszcze jeden pomysł na handel. - Niektórzy lekarze sprzedawali nam podpisane i ostemplowane blankiety kart zgonu - mówi. - Lekarz na miejscu nie dawał rodzinie dokumentu, tylko mówił, że jest do odebrania "tam, gdzie zabrano ciało".

Czyli w zakładzie pogrzebowym. Chodziło o to, że rodzina zmarłego może w nocy zastanowić się i poszukać innego zakładu, a potem zlecić mu odebranie ciała z firmy poleconej przez pogotowie. Jednak bez podstawowego dokumentu - karty zgonu - niczego nie załatwi.

Pracownik firmy N.: - Sami pisaliśmy, jaki był powód zgonu i formułkę, że śmierć "nie nosi cech kryminogennych".

- Sami wypełnialiście karty zgonu? - nie dowierzaliśmy.

- Oczywiście. Tak było łatwiej. Lekarz zaś brał pieniądze z góry hurtem, powiedzmy, za dziesięć kart. Stemplował, podpisywał i odjeżdżał.

Jeśli były pracownik N. mówi prawdę, oznacza to, że doszło do sytuacji niebywałej. Oto pracownicy firmy pogrzebowej, wypełniając dokument, stwierdzali przyczynę śmierci pacjenta oraz wykluczali zabójstwo (!), bowiem wpisanie formułki, że zgon "nie nosi cech kryminogennych" oznacza rezygnację z sekcji zwłok.

Były pracownik N. podał też nazwy około dziesięciu innych firm, które handlują z pogotowiem. Lista pokrywała się z tą, którą przekazał nam Jan Szczuciński.

Pogotowie robi pogrzeby u mnie

Zakład pogrzebowy Marka Gójskiego i jego żony mieści się w tym samym budynku, co jedna z podstacji stołecznego pogotowia.

Gójski jest też członkiem zarządu Polskiej Izby Przedsiębiorców Branży Pogrzebowej: - Wielokrotnie pracownicy pogotowia przychodzili do mnie i sugerowali, że poza dyżurami mogliby "pracować" dla naszej firmy i że mógłbym, dostawać od nich informacje o zgonach. Oczywiście nie za darmo.

Gójski twierdzi, że zawsze wyrzucał ich za drzwi (w konkurencyjnych zakładach sprawdziliśmy, że to prawda). - Dochodziło do kuriozalnych sytuacji, że jeśli umierał ktoś z rodziny pracownika pogotowia, to ten zamawiał u nas pogrzeb: "Bo wiem, że wy z nami nie handlujecie". Oni przecież najlepiej wiedzą, że te ponad tysiąc złotych łapówki dla pogotowia w konsekwencji płaci rodzina - ta kwota jest ukryta w wyższej cenie usługi. Pytamy, dlaczego nie chciał współpracować z pogotowiem.

- Uważam to za głęboko nieetyczne. Wiem, że na tym tracę, ale śpię spokojnie.

Za zmianę firmy 500 zł

Michałowi Sobieskiemu w sierpniu ubiegłego roku umarła siostra. - Zrozpaczona siostrzenica zadzwoniła do mnie, kazałem jej wezwać pogotowie - opowiada. - Gdy pół godziny później przyjechałem na miejsce, lekarza już nie było. Na stole leżała wizytówka zakładu pogrzebowego N. - Skąd to się wzięło?- zapytałem. Siostrzenica na to, że wizytówkę zostawiło pogotowie. Wtedy potraktowałem to jako uprzejmość i zadzwoniłem do zakładu N. Ale później okazało się, że ta firma nie jest w stanie zorganizować kremacji zwłok. Gdy zdecydowałem o zmianie zakładu, naliczono mi horrendalnie wysoką opłatę: za zabranie ciała z domu i dwa dni przechowania w chłodni musiałem zapłacić firmie N. aż 500 zł. Jestem przekonany, że w ten sposób N. pokrył część łapówki, którą musiał zapłacić pogotowiu za napędzenie klienta. Bez kłopotu i w ciągu zaledwie trzech dni dotarliśmy do kilkunastu podobnych przypadków.

Stawka wynosi znów 1300 zł

23 stycznia w "Gazecie" i Polskim Radiu ukazały się pierwsze materiały o nekroaferze w Łodzi. W kraju wybuchła burza. Choć podejrzenia uśmiercania pacjentów dla zysku z "handlu skórami" pojawiły się tylko w Łodzi, sygnały o handlu firm pogrzebowych z pogotowiem zaczęły napływać z niemal wszystkich dużych miast. Policja i prokuratura uruchomiły specjalną infolinię.

Marek Gójski: - Moja żona nagrywała z telewizji wszystkie programy o nekroaferze. Upewniliśmy się, że postępowaliśmy słusznie, odmawiając przez lata współpracy z pogotowiem.

Gójskim, Szczucińskiemu ze Służewa, Jankowskiemu z Bródna i wielu innym firmom, które nie płaciły pogotowiu, nagle wzrosły obroty.

Gójski: - Po nekroaferze rynek się bardzo ożywił, bo proceder przycichł i rodziny same decydowały, którą firmę wybrać. Obroty zwiększyły się nam o ok. 50 proc. Można uznać, że to był ten kawałek rynku współpracujący z pogotowiem. Inwestujemy w reklamę i dla tych, którzy sami decydowali o wyborze zakładu, dostęp do nas był stosunkowo prosty.

Potwierdzały to ankiety, które od dawna prowadziliśmy wśród klientów - wpisujemy tam m.in., jak osoba dowiedziała się o naszej firmie. Zaraz po waszych artykułach zaczęli pojawiać się nowi klienci, którzy pierwszy raz chcieli nam zlecić pochowanie bliskiego.

Szczuciński: - To ożywienie na rynku trwało tyle, ile burza w mediach. Trzy, cztery tygodnie. Później, kiedy w Warszawie nie było efektów działań policji i prokuratury, znów zaczęło być po staremu. Proceder handlu informacjami o zgonach wrócił, choć w nieco mniejszej skali. A handlujący pracownicy pogotowia robią to bardziej ostrożnie.

Gójski: - W tej chwili mamy znów niemal wyłącznie tzw. starych klientów, którzy organizują u nas kolejny pogrzeb. Proceder znów istnieje i mówią nam o tym klienci. Opowiadają, że pracownicy pogotowia nagabują ich, by skorzystali z konkretnej firmy. Jak twierdzą nasi informatorzy, stawka za jedną informację o zgonie wynosi już 1300 zł - to poziom sprzed nekroafery.

Policyjny głuchy telefon

Jak twierdzą nasi rozmówcy, po aferze łódzkiej wytworzyły się w pogotowiu nowe, ostrożniejsze sposoby postępowania. Jeden z nich to przekazanie kilku - zamiast jednej - wizytówek firm pogrzebowych. Rodzina myśli, że to w porządku, bo nikt jej do niczego nie zmusza, ale nie wie, że firma, którą wybierze, i tak zapłaci łapówkę zespołowi karetki. Drugi sposób to pozostawienie rodzinie kartki z numerem telefonu "ekipy przewozowej" - rodzina dzwoni pod ten numer, nie wiedząc, że to zakład pogrzebowy. Jedna z "niewspółpracujących" firm w maju dwukrotnie natrafiła w domu zmarłego na kartkę z numerem telefonu zostawioną przez pogotowie. Sprawdziliśmy, numer należy do przedsiębiorstwa pogrzebowego G., które znane jest od dawna ze współpracy z pogotowiem. Marii M. 16 maja tego roku umarła mama. Opowiada: - Gdy ją znalazłam, ciało było jeszcze ciepłe. Natychmiast zatelefonowałam na pogotowie, miałam nadzieję, że może jeszcze coś da się zrobić. Po chwili zadzwonił telefon. - Czy możemy już przyjechać po ciało? - usłyszałam. Okazało się, że to zakład pogrzebowy. Zanim przyjechała karetka, telefonicznie swe usługi zaoferowały jeszcze dwie firmy.

Jan Szczuciński, właściciel zakładu pogrzebowego: - Na początku lutego dzwoniłem kilka razy na policyjną infolinię uruchomioną po nekroaferze. Chciałem złożyć zeznanie. Przedstawiałem się, zostawiałem swój kontaktowy telefon. Chciałem poinformować, że taki proceder w Warszawie jest, że wiemy to od naszych klientów. Że nie można tego tak zostawić. Nikt nie oddzwonił.

Prokuratura też niezainteresowana

- Czy w Warszawie zespoły karetek współpracują z firmami pogrzebowymi - zapytaliśmy dyrektora Wojewódzkiej Stacji Pogotowia Ratunkowego Michała Borkowskiego.

- Nic mi o tym na razie nie wiadomo.

- Czy do pana docierały sygnały o handlu informacjami o zgonach przez załogi karetek?

- Przed laty owszem, aczkolwiek nieliczne. Zabezpieczyłem się przed tym procederem. Tak skonstruowałem umowy o pracę, że mogę w każdej chwili zwolnić pracownika podejrzewanego o handel informacjami o zgonach. Pytamy, czy kogoś już zwolnił z tego powodu.

- Kilka osób pożegnało się z pracą.

Prokurator okręgowy w Warszawie Marek Deczkowski twierdzi, że w stolicy nie było i nie ma nekroafery.

- Czy w ogóle nie macie wiedzy na temat handlu informacjami o zgonach? Nawet po aferze łódzkiej?

- Sygnały takie były zaledwie cztery i żaden się nie potwierdził. Nie stwierdzono, aby miał miejsce proceder handlu zwłokami. Pojedyncze przypadki mogły być i mogą się - nie wykluczam - pojawić. Sądzę jednak, że gdyby w Warszawie taka działalność miała miejsce, wiedzielibyśmy o tym.

Z naszych informacji, które zbieraliśmy zaledwie przez trzy dni, wynikają jednak odmienne wnioski. Naszym zdaniem mamy do czynienia ze zorganizowanym rynkiem, na którym co najmniej dziesięć firm współpracowało i współpracuje nadal z pogotowiem.

- Jeżeli są takie wiadomości, to należałoby oczekiwać, że dojdą one do prokuratury i policji - odpowiada prokurator Deczkowski. - Wtedy na tej podstawie byłyby prowadzone postępowania przygotowawcze. Dopóki takich wiadomości nie mamy, nie mamy leż podstaw, by wszczynać postępowania.

Zebraliśmy nasze informacje w trzy dni. Czemu warszawskim organom ścigania nie udało się ich zebrać od stycznia, od wybuchu nekroafery w Łodzi?

- Czekamy na takie informacje. Jeśli wpłyną, będziemy działali.

Zaoferowaliśmy prokuratorowi Deczkowskiemu listę zakładów, które współpracowały bądź współpracują nadal z pogotowiem. Nie był nią zainteresowany.

Trzeba szukać!

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak: - Warszawska prokuratura twierdzi, że nie dostaje od ludzi sygnałów, które pozwoliłyby rozpocząć postępowanie karne w sprawie handlu zwłokami.

X: - Nie wierzę, że po uruchomieniu infolinii w Warszawie nie było telefonów. Wiemy, że w całym kraju telefony się urywały. Ale jeśli w Warszawie nikt nie zadzwonił, organy ścigania powinny szukać informacji same. Na marginesie: nieźle byśmy wyglądali, gdybyśmy ograniczyli zwalczanie przestępczości do czekania przy biurku, aż ktoś raczy złożyć doniesienie.

- Od czego trzeba zacząć?

- Od tzw. pracy operacyjnej. Rozmów z uczciwymi właścicielami zakładów, którzy wskażą pierwsze tropy. Jeżeli na dziesięciu zapytanych wszyscy stwierdzą, że zakład X handluje z pogotowiem, to zapewne tak jest. Trzeba tylko zweryfikować te informacje i zebrać dowody.

- Tylko?

- Wiedza o rynku to połowa sukcesu. Później jest wiele sposobów na jej udowodnienie: analiza dokumentacji zgonów z pogotowia, przesłuchania rodzin zmarłych, którzy powiedzą, czy lekarz albo sanitariusz namawiał ich do skorzystania z usług określonej firmy, w końcu przesłuchanie samych handlujących informacjami o zgonach. Część z nich złamie się i pójdzie na współpracę. Będą wskazywać kolejnych łapówkarzy, można będzie zacząć przypisywać konkretne czyny konkretnym osobom.

- To bardzo żmudna praca.

- Tak jak w każdej innej sprawie korupcyjnej, gdzie o łapówce wiedzą zazwyczaj tylko biorący i dający, a żaden nie jest zainteresowany ujawnieniem przestępstwa.

- Skąd zatem bezczynność warszawskich prokuratur?

- Należałoby zapytać w Warszawie. Temat jest niewdzięczny, dotyka wpływowego środowiska medycznego. Niektórzy prawnicy mają też wątpliwości, czy lekarzowi bądź sanitariuszowi można w ogóle postawić zarzut przyjęcia łapówki. Choć ostatnio orzecznictwo Sądu Najwyższego wskazuje, że tak, pojawiają się odmienne głosy. W Łodzi prokuratura zaryzykowała, by doprowadzić do skazania osób zamieszanych w proceder budzący powszechne potępienie. Inni widocznie stwierdzili, że nie warto się wychylać. Oby taka polityka nie doprowadziła za kilka lat do podobnej sytuacji jak w Łodzi. Mam na myśli podejrzenia o uśmiercaniu pacjentów przez załogi karetek dla zysku.

- Nasz rozmówca X bierze udział w łódzkim śledztwie. Prosił o nieujawnianie swojego nazwiska. W końcu czerwca szefowie resortów sprawiedliwości i spraw wewnętrznych zapowiedzieli surowe konsekwencje wobec policjantów i prokuratorów udzielających informacji mediom.

"Łowcy skór" w Łodzi

Przypomnijmy: pod koniec stycznia "Gazeta Wyborcza" i Radio Łódź ujawniły, że w łódzkim pogotowiu handluje się masowo informacjami o zgonach pacjentów. Przed publikacją artykułu "Łowcy skór" stawki sięgały nawet 1,8 tys. zł za "skórę" - tak biorący udział w tym procederze nazywali ciało zmarłego. Z naszych informacji wynika, że w pogoni za zyskiem część załóg łódzkiego pogotowia rozmyślnie nie udzielała lub opóźniała udzielanie pomocy pacjentom. Są też poszlaki wskazujące, że mogło dojść do uśmiercania pacjentów lekami - m.in. zwiotczającym mięśnie pavulonem.

Do tej pory Prokuratura Apelacyjna w Łodzi postawiła zarzut korupcji 37 osobom - pracownikom pogotowia i przedsiębiorcom pogrzebowym. Z ustaleń prokuratury wynika, że w proceder zaangażowanych było "co najmniej kilkaset osób". By ukrócić proceder, dyrekcja łódzkiego pogotowia wprowadziła instytucję zbliżoną do koronera - zgony w domach stwierdzają nie "zwykli" lekarze pogotowia udzielający pomocy chorym, ale zatrudnieni tylko w tym celu trzej medycy sądowi.

W tzw. wątku zabójstw prokuratura zwróciła się do Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie o przeanalizowanie pierwszej partii dokumentów mogących świadczyć o uśmiercaniu pacjentów. Biegli mają ocenić 70 przypadków "wątpliwych zgonów", które miały miejsce w ciągu dwóch lat na jednej zmianie jednej karetki - tej, która zużywała najwięcej pavulonu i w której notowano więcej zgonów pacjentów niż we wszystkich innych razem wziętych. Kompletowana jest dokumentacja kolejnych "wątpliwych zgonów" w dwóch kolejnych karetkach - to ok. 200 przypadków.

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak,
współpraca: Przemysław Witkowski, Radio Łódź


Gazeta Wyborcza nr 174, 2002.07.27

Karetki jechały po śmierć

Dlaczego starszy dyspozytor łódzkiego pogotowia wysyłał do umierających nie karetkę, która była najbliżej, tylko tę, która musiała jechać kawał drogi przez miasto? Efektem jego decyzji mogła być śmierć pacjentów.

Pół roku temu napisaliśmy po raz pierwszy o handlu informacjami o zgonach pacjentów w łódzkim pogotowiu. Instytut Ekspertyz Sądowych w Krakowie bada już na zlecenie prokuratury 70 przypadków, w których mogło dojść do uśmiercania pacjentów przez załogę jednej z karetek (200 kolejnych przypadków trafi do Krakowa niebawem).

Tymczasem na jaw wychodzą nowe, przerażające szczegóły procederu. Centralne Biuro Śledcze i łódzka prokuratura dokładnie sprawdzają 38 przypadków, w których być może świadomie zbyt późno wysłano do pacjentów pomoc. Było na przykład tak: 15 stycznia 2000 r. Dwie karetki reanimacyjne i dwie wysyłane do wypadków stały 150 metrów od umierającego 80-latka. Jednak dyspozytor wysłał karetkę oddaloną o kilka kilometrów, która musiała jechać przez centrum miasta.

21 października. O 9.24 wezwano pogotowie na ulicę Rydla do nieprzytomnego człowieka.

Choć karetka stała parę przecznic dalej, to dyspozytor wysłał inną - z ulicy Paderewskiego, odległej o parę kilometrów. Kilka minut później kolejne wezwanie. Tym razem z okolic ulicy Paderewskiego, skąd właśnie wyjechała karetka. Więc do sinego, nieprzytomnego niemowlęcia dyspozytor wysyła karetkę z okolic ulicy Rydla. Dwie karetki jechały przez miasto w przeciwne strony. Obie wizyty skończyły się stwierdzeniem zgonu.

Wszystkie badane przez CBS i prokuraturę przypadki miały miejsce na dyżurze starszego dyspozytora Tomasza S., szefa Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego. Tomasz S. był też organizatorem procederu "handlu skórami". Już w 1991 r. stworzył w pogotowiu system brania pieniędzy od firm pogrzebowych - zawiadomiona firma szybko pojawiała się na miejscu zgonu i podpisywała umowę na pochówek ze zrozpaczoną rodziną.

Prowadził nawet "miniksięgowość - wpisywał do zeszytu wszystkie łapówki i później się z nich rozliczał przed wspólnikami - innymi pracownikami pogotowia.

Pytaliśmy w naszym reportażu: "Kto sprzedaje? Niektórzy lekarze, sanitariusze, kierowcy karetek i dyspozytorzy. Kto kupuje? Zakłady pogrzebowe. Ciało zmarłego w pogotowiu nazywa się skórą. Za jedną skórę płaci się dziś 1200-1800 złotych. Czy żeby zdobyć skórę, można zabić pacjenta? Są takie poszlaki".

Nowe, przerażające szczegóły afery z handlem informacjami o zgonach w łódzkim pogotowiu, Centralne Biuro Śledcze i łódzka prokuratura badają kilkadziesiąt przypadków, w których - być może - świadomie opóźniono pomoc pogotowia dla pacjentów. Wszystkie miały miejsce na dyżurze starszego dyspozytora Tomasza S., szefa Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego i organizatora procederu "handlu skórami".

Chodzi o sytuacje, w których do chorych w bardzo ciężkim stanie starszy dyspozytor wysyłał karetki z odległych punktów miasta, choć znacznie bliżej czekały na sygnał do wyjazdu inne ambulansy. Inne podejrzane przypadki dotyczą wysyłania z wielominutowym opóźnieniem karetek do chorych wymagających natychmiastowej pomocy.

38 śmierci

Celowe opóźnianie pomocy to jeden z wątków śledztwa dotyczącego domniemanego uśmiercania pacjentów przez załogi pogotowia dla zysku z tzw. handlu skórami. Organy ścigania już od kilku miesięcy badają dokumentację łódzkiego pogotowia. Porównano m.in. dane zawarte w kartach zmarłych pacjentów oraz tzw. wykaz ruchu karetek, na podstawie którego można ustalić, gdzie w danym momencie znajdował się każdy ambulans. W Łodzi karetki pogotowia stacjonują w różnych punktach miasta, by maksymalnie skrócić czas dotarcia do czekającego na ratunek pacjenta. Obowiązkiem starszego dyspozytora jest natychmiastowe wysłanie do chorego najbliżej stojącej karetki. W szczególności dotyczy to pacjentów z podejrzeniem zatrzymania akcji serca. Po wstępnej analizie dokumentów wytypowano 38 przypadków ewidentnego naruszenia tej zasady. Wszystkie zakończyły się śmiercią pacjentów. Miały miejsce na dyżurze starszego dyspozytora Tomasza S., jednego z organizatorów procederu "handlu skórami", podejrzanego o przyjęcie co najmniej 60 tys. zł łapówek za przekazane zakładom pogrzebowym informacje o zgonach pacjentów.

Schemat dyspozytora

Dotarliśmy do szczegółów kilku z badanych przypadków domniemanego opóźniania pomocy: 15 stycznia 2000 r. O godz. 15.55 wezwanie z ul. Brzeźnej: "Chory ma 80 lat, nie oddycha". W stacji pogotowia przy ul. Sienkiewicza - ok. 150 metrów od domu umierającego - na sygnał do wyjazdu czekały dwie karetki reanimacyjne (R-2, R-3) i dwie załogi wypadkowe. Jednak dyspozytor wysłał do pacjenta załogę R-7 z punktu wyczekiwania przy ul. Paderewskiego. Karetka miała do pacjenta kilka kilometrów jazdy przez centrum Łodzi. Pacjent zmarł.

20 czerwca 2000 r. O godz. 21.50 dyspozytor odebrał wezwanie na ul. Grota-Roweckiego. Pacjent po operacji raka żołądka miał silne bóle. W pobliżu stało bezczynnie w różnych punktach wyczekiwania i stacji pogotowia przy ul. Sienkiewicza osiem karetek. Jednak dopiero o godz. 22.52 (w ponad godzinę od zgłoszenia) dyspozytor wysłał do chorego zespół R-9. Pacjent zmarł.

29 lipca 2000 r. Zgłaszający informował dyspozytora: "Siny, nieprzytomny człowiek na ul. Przybyszewskiego przy hipermarkecie Jumbo". Najbliżej do chorego miał zespół R-6, który właśnie stał na ul. Kossaka. Dyspozytor zlecił jednak wizytę karetce R-7, która czekała kilka kilometrów dalej - przy ul. Paderewskiego. Wizyta skończyła się zgonem. 21 października 2000 r. O godz. 9.24 dyspozytor odebrał zgłoszenie z ul. Rydla. Według wzywającego pomocy ..chory był nieprzytomny i nie oddychał". Kilkaset metrów od ul. Rydla - na ul. Kossaka - stała w punkcie wyczekiwania karetka reanimacyjna R-6. Dyspozytor wysłał jednak do chorego załogę R-7. która musiała jechać do pacjenta z punktu wyczekiwania przy ul. Paderewskiego (dobre kilka kilometrów jazdy zatłoczonymi ulicami). O godz. 9.31 rodzina wzywa pogotowie do sinego, nieprzytomnego sześciomiesięcznego niemowlęcia. Karetka R-7 dotarłaby do dziecka ze swojego miejsca wyczekiwania w minutę. Ale R-7 dyspozytor wysłał na ul. Rydla, więc do niemowlęcia musiała jechać oddalona o kilka kilometrów R-6 z ul. Kossaka. Obie wizyty skończyły się stwierdzeniem zgonu. Podobny schemat powtarzał się w pozostałych przypadkach - choć jedna karetka dotarłaby do umierającego pacjenta najszybciej, na miejsce jechała inna załoga. Najczęściej ta, której członkowie brali udział w procederze "handlu skórami". I tak np. zarzut przyjęcia łapówek postawiono jednemu z sanitariuszy jeżdżących karetką R-7.

Choć CBS i prokuratura bada - jak napisaliśmy - 38 przypadków, w których mogło dojść do świadomego opóźniania pomocy, wątpliwości budziło znacznie więcej interwencji. Problem w tym, że w niejasnych okolicznościach ze stacji łódzkiego pogotowia zniknęła część dokumentacji - chodzi głównie o wykazy ruchu karetek.

Kariera Tomasza S.

Tomasz S. był w łódzkim pogotowiu sanitariuszem, później - przez cztery lata - starszym dyspozytorem. Pełnił obowiązki rzecznika prasowego, teraz odpowiada za nadzór nad pracownikami pogotowia.

Rozmawialiśmy z S. w październiku, gdy zbieraliśmy materiały do reportażu o aferach w łódzkim pogotowiu. Zaprzeczał, jakoby kiedykolwiek brał pieniądze od firm pogrzebowych. - Akwizycja przez pogotowie dla firm pogrzebowych jest nie do udowodnienia, a poza tym nie jest niezgodna z prawem. Nie ma takiego punktu w kodeksie pracy, do którego można by się przyczepić. (...) Ja jestem starszym dyspozytorem województwa i z racji zajmowanego stanowiska podobno muszę w tym brać udział. A ja zapraszam tego. od którego wziąłem.

Niech przyjdzie i powie, że mi dal pieniądze - mówił. Po publikacji reportażu "Łowcy skór" S. protestował "przeciwko szkalowaniu dobrego imienia pracowników pogotowia". Zapowiadał akcję protestacyjną i pozwanie dziennikarzy "Gazety" do sądu.

Dwa tygodnie później ujawniliśmy, że to Tomasz S. jako pierwszy zorganizował w pogotowiu - jeszcze w 1991 r. - system brania pieniędzy od firm pogrzebowych. Z materiałów śledczych wynika, że prowadził nawet "miniksięgowośc" - wpisywał do zeszytu wszystkie łapówki i później się z nich rozliczał przed wspólnikami - innymi pracownikami pogotowia. Pod koniec lutego Tomasza S. zatrzymali funkcjonariusze CBS. Sąd rejonowy nakazał jego aresztowanie, ale po trzech tygodniach sąd okręgowy wypuścił go na wolność.

S. jest też przewodniczącym Krajowego Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego. Według ustaleń prokuratury to właśnie w szeregach związkowców organizowano "handel skórami" w łódzkim pogotowiu.

Teraz S. - jako prezes zarządu fundacji Na Ratunek - zajmuje się organizowaniem prywatnych kursów... ratownictwa medycznego. Wśród wykładowców są dwie osoby, którym prokuratura postawiła zarzuty "handlu skórami" - to Sławomir S., brat Tomasza, szef łódzkiego oddziału KZZPRM, oraz lekarz pogotowia Grzegorz F.

Handel informacjami o zgonach

Pod koniec stycznia "Gazeta Wyborcza" i Radio Łódź ujawniły, że w łódzkim pogotowiu handluje się masowo informacjami o zgonach pacjentów. Prokuratura Apelacyjna w Łodzi postawiła już zarzut korupcji 40 osobom - pracownikom pogotowia i przedsiębiorcom pogrzebowym. Napisaliśmy też, że w pogoni za zyskiem część załóg łódzkiego pogotowia rozmyślnie nie udzielała lub opóźniała udzielanie pomocy pacjentom. Są też poszlaki wskazujące, że mogło dojść do uśmiercania pacjentów lekami - m.m. zwiotczającym mięśnie pavulonem. W tzw. wątku zabójstw prokuratura zwróciła się do Instytutu Ekspertyz Sądowych w Krakowie o przeanalizowanie pierwszej partii dokumentów. Biegli mają ocenić 70 przypadków "wątpliwych zgonów", które miały miejsce w ciągu dwóch lat na jednej zmianie tej samej karetki - tej, która zużywała najwięcej pavulonu i w której notowano więcej zgonów pacjentów niż we wszystkich innych razem wziętych. Kompletowana jest dokumentacja kolejnych "wątpliwych zgonów" w dwóch kolejnych karetkach - to ok. 200 przypadków.

Co mówił Tomasz S.

25 stycznia 2002 r. "Dziennik Łódzki":
"Nagrywanie na dyktafon decyzji lekarza pogotowia, pytanie, czy to jest właśnie zastrzyk śmierci - z tym teraz często spotykają się nasi pracownicy - mówi Tomasz S., rzecznik łódzkiego pogotowia".

25 stycznia 2002 r. "Gazeta Wyborcza":
"Krajowy Związek Zawodowy Ratownictwa Medycznego pozwie do sądu dziennikarzy Gazety Wyborczej i Radia Łódź za zniesławienie pracowników Pogotowia Ratunkowego w Łodzi - powiedział PAP przewodniczący związku i rzecznik łódzkiego pogotowia Tomasz S.".

26 stycznia 2002 r. "Express Ilustrowany":
"Lekarze przynieśli zwolnienia, poszli na urlopy. Nie chcą pokazywać twarzy i być nazywani mordercami - wyłuszcza powody nagłych absencji lekarzy Tomasz S., przewodniczący Krajowego Związku Zawodowego Ratownictwa Medycznego".

1 lutego 2002 r. "Super Express":
"Nie chcemy, żeby nazywano nas mordercami, bandytami i złodziejami. To, co się dzieje, przechodzi ludzkie wyobrażenie. Nie możemy pracować - mówi teraz Tomasz S.".

8 kwietnia 2002 r. "Gazeta Wyborcza":
"Koleżanki i koledzy nie widzą najmniejszego powodu, aby mnie odwoływać. Będą czekać na orzeczenie sądu. Ja tak jak dwa miesiące temu i teraz twierdzę, że jestem niewinny - powiedział PAP Tomasz S., szef Zarządu Komisji Krajowej Związku Zawodowego Pracowników Ratownictwa Medycznego, po udzieleniu mu przez związkowców wotum zaufania".

Tomasz Patora, Marcin Stelmasiak


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry