|
|
||
Zapis wystąpień podczas konferencji Czyste wybory – czyste życie publiczneWarszawa, 3 czerwca 2005 r. Prof. Lena Kolarska-Bobińska, Instytut Spraw Publicznych
To seminarium rozpoczyna nasz projekt. Chcemy zarysować mapę problemu, a potem zająć się w trakcie badania konkretnymi rzeczami szczegółowo, tak żeby wyjść z propozycjami pewnych zmian ustawodawczych. W Polsce jest zwyczaj, że wprowadza się różne przepisy, potem się nie sprawdza jak funkcjonują, po jakimś czasie powstaje napięcie, zamieszanie i dopiero wtedy, pod wpływem kryzysu wynikającego z dziur legislacyjnych i narosłych problemów, dokonuje się zmian. Chcielibyśmy to monitorować, aby zaproponować pewne zmiany przed wyborami samorządowymi albo przygotować się do zmian legislacyjnych, za którymi będziemy optować i walczyć przed następnymi wyborami, bo prawda jest taka, że finansowaniem polityki i tego typu prawodawstwem nikt się nie zajmuje. Tutaj widzimy szczególną rolę instytucji pozarządowych i prasy. Grażyna Kopińska, Program Przeciw Korupcji, Fundacja im. Stefana Batorego
Dlaczego monitoring finansów wyborczych? W 2000 r. w Polsce wprowadzono szereg ustaw, które ustanowiły dość rygorystyczne prawo, jeśli chodzi o finansowanie kampanii wyborczych. Mimo że jest ono dość rygorystyczne, zwłaszcza w porównaniu z prawem innych krajów tego regionu, ciągle słyszymy, że jest nagminnie łamane. Realizując ten projekt, chcielibyśmy przekonać się, czy rzeczywiście jest łamane, gdzie jest łamane i w jaki sposób - chcemy mieć w tym względzie twarde dowody. W związku ze społecznym przekonaniem o łamaniu tego prawa pojawiają się różne pomysły na zmianę finansowania polityki. Między innymi jest forsowany pomysł, aby odstąpić od dofinansowywania refundacji budżetowej i zezwolić na finansowanie poprzez firmy i grupy interesów. My zdajemy sobie sprawę, że polityka to nie jest gra dla grzecznych dzieci i wszędzie tam, gdzie wchodzą w grę pieniądze, wchodzą też w grę interesy. Jeżeli ktoś finansuje politykę, to potem oczekuje wypłaty. I to jest pole do ogromnej korupcji politycznej. Następny powód, dla którego zajęliśmy się finansowaniem kampanii wyborczej, to doświadczenia - może nie nasze bezpośrednio, tylko Open Society Institute, z którym Fundacja Batorego jest związana. W ramach Instytutu działa Open Society Justice Initiative, która przygotowała podręcznik dotyczący właśnie monitorowania polityki. Przeprowadzimy nasz projekt przyjmując założenia z tego podręcznika i stosując zawartą w nim metodologię. Ostatni, ale nie najmniej ważny powód podjęcia tej problematyki jest taki, że udało nam się pozyskać dr Marcina Waleckiego, chyba najlepszego specjalistę w tej dziedzinie w Polsce, mającego duże międzynarodowe doświadczenie. Nasuwa się pytanie, dlaczego kampania prezydencka, a nie na przykład parlamentarna, która będzie kilka tygodni przed wyborami prezydenckimi? Jeden z powodów jest taki, że ustawa o wyborze prezydenta była nowelizowana jako pierwsza i, naszym zdaniem, ma więcej luk i stwarza więcej możliwości wystąpienia korupcji politycznej. Mam na myśli to, że w dalszym ciągu jest dopuszczane finansowanie przez firmy prywatne i szeroko omawiane w prasie tzw. cegiełki, czyli anonimowe źródła finansowania. Ponadto w poprzednich wyborach prezydenckich, zarówno w 1995 r., jak i w 2000 r., dochodziło do szeregu nadużyć właśnie w trakcie finansowania kampanii wyborczych. Chciałabym przypomnieć chociażby takie sytuacje jak pośrednie finansowanie kampanii wyborczych przez spółki publiczne. Ponadto nagminnie wykorzystywano fundusze publiczne, takie jak np. środki samorządowe czy Sejmu. Kolejny powód, dla którego chcieliśmy przeprowadzić monitoring kampanii prezydenckiej, jest taki, że wybory prezydenckie - zarówno prezydenta kraju, jak i prezydentów miast i gmin, burmistrzów i wójtów - są w Polsce przeprowadzane według ordynacji większościowej. Do innych ciał w Polsce obowiązuje ordynacja proporcjonalna. Są dość wpływowe grupy w Polsce, które w tej chwili proponują zmiany ordynacji do wszystkich ciał na ordynację większościową, przedstawiając ją m.in. jako antidotum na korupcję. Wydaje nam się, że nasze badania będą mogły dać argumenty za lub przeciw. I wreszcie argument techniczny - monitoring finansowania kampanii wyborczych będzie przeprowadzany w Polsce na taką skalę po raz pierwszy. Chcieliśmy zacząć od kampanii, która jest prostsza. W kampanii prezydenckiej będziemy mieli, jak wskazuje doświadczenie, dwudziestu, dwudziestu kilku kandydatów, a więc tyle sztabów wyborczych. Z pewnością jest to łatwiejsze do monitorowania niż kampania parlamentarna, gdzie będzie kilkadziesiąt sztabów wyborczych, setki czy tysiące kandydatów w różnych okręgach. Ponadto sądzimy, że nabierając doświadczeń w monitoringu tej kampanii, zdobędziemy narzędzia i wiedzę, aby przeprowadzić monitoring kampanii samorządowej w 2006 r. Jak będzie przebiegał sam projekt? Realizujemy go we współpracy z Instytutem Spraw Publicznych i, jeśli nam się uda pozyskać dodatkowe finansowanie z Unii Europejskiej, o co wystąpiliśmy, to będziemy współpracować także z brytyjskim oddziałem międzynarodowej instytucji Instytut Finansów Wyborczych oraz ze słowacką organizacją Alliance Fair Play, która przeprowadziła taki monitoring na terenie Słowacji i był on bardzo udany. Naszym celem będzie monitorowanie zarówno źródeł finansowania kampanii wyborczych, jak i wydatków wyborczych. Będziemy go przeprowadzać na poziomie centralnym. Tu będziemy przede wszystkim monitorować płatną reklamę w radiu, w telewizji, na plakatach. Ten monitoring wykona dla nas bezpłatnie firma dom mediowy Media Direction. Przeprowadzimy też monitoring na poziomie lokalnym. Przeszkolimy w tym celu ponad 50 wolontariuszy. Są to osoby głównie współpracujące z nami – przedstawiciele grup lokalnych oraz absolwenci Helsińskiej Szkoły Praw Człowieka - którzy na miejscu będą obserwowali spotkania wyborcze, działalność lokalnych sztabów wyborczych i będą składali raporty. Na ich podstawie z kolei my napiszemy raporty. Powstaną dwa raporty cząstkowe po pierwszej turze wyborczej, jeżeli będzie druga, to po drugiej, a następnie dokonamy porównania materiałów, które zbierzemy zarówno na poziomie centralnym, jak i lokalnym, z tym, co poszczególne komitety wyborcze złożą do Państwowej Komisji Wyborczej. W wyniku porównania tych danych we współpracy z Instytutem Spraw Publicznych zostanie przygotowany raport końcowy. Liczymy na to, że oprócz wskazania niedociągnięć czy braków, a nawet ewentualnego łamania prawa, w tym raporcie zostaną również zawarte wskazówki co do tego, jak należy zmienić prawo, zwłaszcza ustawę o wyborze prezydenta. Będziemy próbowali przekonać przyszłych parlamentarzystów do wprowadzenia tych zmian. Krzysztof Lorentz, Zespół Prawny i Organizacji Wyborów Krajowego Biura Wyborczego
Co można wyczytać z ustawy o wyborze prezydenta, jeśli chodzi o zasady finansowania? Co jest osobliwe, co jest dobre, a co niedobre? Z tych przepisów widać, jakie cele stawiał sobie ustawodawca. Celem było oddzielenie polityki - realizowanej w tym momencie przez wybory - od biznesu, interesów prywatnych, interesów państw obcych przez rozmaite ograniczenia w udziale finansowym w kampanii różnych podmiotów. Oddzielenie finansowania kampanii o charakterze politycznym od administracji, od samorządu, od środków publicznych. Jakie zostały w tym celu wprowadzone środki? Przede wszystkim jawność finansowania kampanii wyborczej, jednorodność działalności finansowej komitetu wyborczego, który nie może prowadzić żadnej innej działalności finansowej, jak tylko tę związaną z kampanią wyborczą, obowiązek prowadzenia rachunkowości, która ma tej jawności sprzyjać, gromadzenia środków na rachunkach bankowych z wydzielonymi subkontami na poszczególne rodzaje środków, wreszcie obowiązek złożenia sprawozdania. Ustawa określa tryb złożenia tego sprawozdania i środki, którymi dysponuje Państwowa Komisja Wyborcza, badająca sprawozdania. Wprowadzono również jawność sprawozdań, co ma umożliwić ich monitorowanie, jak to w ustawie określono, przez inne komitety wyborcze, partie polityczne oraz stowarzyszenia i fundacje, które w swoich statutach mają takie cele określone. I wreszcie nie bez znaczenia jest środek niepochodzący z tej ustawy, związany z tym, że mamy osobliwą sytuację, którą już dawno w komentarzach do ustawy o wyborze prezydenta zauważono, a mianowicie zgodnie z konstytucją podmiotami, które zgłaszają kandydatów na prezydenta, są komitety wyborcze i związek tych komitetów z ugrupowaniami politycznymi jest formalnie żaden. Natomiast fakty są takie, że większość poważnych kandydatów, a więc i większość tych komitetów, które obracają dużymi środkami, jest faktycznie związana z liczącymi się, zinstytucjonalizowanymi siłami politycznymi. Tak jest od pierwszych wyborów prezydenta, do tego stopnia, że przecież potocznie nazywa się kandydatów kandydatami partii, z którymi oni są związani. Tymczasem zgodnie z ustawą są to wszystko kandydaci zgłaszani przez komitety wyborcze zawiązane przez co najmniej 15 osób, które uzyskały dla tych kandydatów poparcie co najmniej stu tysięcy obywateli. Jednak ponieważ ustawodawca zdawał sobie sprawę z tego, że musi być związek pomiędzy tymi komitetami a partiami politycznymi, dopuścił finansowanie komitetów wyborczych ze środków partii politycznych. Tutaj jednym z elementów służących jawności finansowania jest ustawa o partiach politycznych, przewidująca monitorowanie finansów partii politycznej również przez Państwową Komisję Wyborczą, która rozlicza partie z różnych sprawozdań. Pozwala to w jakiś sposób wniknąć w finansowanie prezydenckiej kampanii wyborczej z drugiej strony, od strony badania finansów podmiotu, który finansuje prezydencki komitet wyborczy. Celom, które ustawodawca zakładał, służą również sankcje, które grożą osobom przekraczającym prawo. Są to sankcje finansowe, związane z możliwością orzeczenia przepadku środków, które zostały zgromadzone bądź wydatkowane niezgodnie z przepisami ustawy. Sankcje karne wobec osób, które odpowiadają za naruszenie zasad gospodarki finansowej komitetów wyborczych bądź za naruszenie zasady jawności, czyli popełniają występki dotyczące obowiązku złożenia prawidłowego sprawozdania finansowego komitetu wyborczego. Jakie mamy problemy w związku z tym zespołem przepisów i z całym tym zagadnieniem? O jednym już wspomniałem. Jeśli prawo w jakimś stopniu rozbiega się z rzeczywistością, to muszą z tego wyniknąć kłopoty. Kandydat Iks, o czym wszyscy dobrze wiemy, jest powszechnie postrzegany jako kandydat takiej to a takiej partii, i faktycznie finansowanie jego kampanii wyborczej odbywa się właściwie głównie ze środków tej partii. Tymczasem ustawa mówi o jego komitecie wyborczym i o finansowaniu ze środków tego komitetu wyborczego. Mamy więc rozbieżność, która musi powodować utrudnienia. Z tą rozbieżnością wiąże się problem nakładania sankcji finansowych na komitet, który naruszył zasady gospodarki określone w ustawie. Otóż komitet to byt posiadający ułomną osobowość prawną, formalnie złożony z co najmniej 15 osób, posiadający swojego pełnomocnika i pełnomocnika finansowego. Jeśli pozyskuje on bądź wydatkuje środki niezgodnie z przepisami, to w wyniku odrzucenia sprawozdania finansowego tego komitetu przez Państwową Komisję Wyborczą dochodzi do sytuacji, w której należy orzec przepadek środków wydatkowanych niezgodnie z prawem. Redysponentem tych środków jest komitet właśnie, nie podmioty, które te środki włożyły na rachunek komitetu. Tymczasem komitet może uchylić się od odpowiedzialności w bardzo prosty sposób. Mianowicie, jeśli nie zaskarży uchwały Państwowej Komisji Wyborczej o odrzuceniu sprawozdania i ta uchwała po upływie terminu wniesienia skargi nabierze mocy ostatecznej, to komitet ulega z mocy prawa rozwiązaniu i po prostu nie ma podmiotu, od którego należałoby dochodzić środków, podlegających zgodnie z ustawą przepadkowi, nie ma od kogo dochodzić należności Skarbu Państwa. Z drugiej strony mamy problem odpowiedzialności osób, które wchodziły w skład komitetu, ewentualnej odpowiedzialności pełnomocnika finansowego komitetu. Gdyby próbować rozwiązać ten problem podobnie jak to było np. w ordynacji wyborczej do rad gmin, rad powiatów oraz sejmików, gdzie wprost powiedziano, że odpowiedzialność za zobowiązania majątkowe komitetu wyborczego ponoszą solidarnie jego członkowie po rozwiązaniu komitetu, to nadziewamy się na pierwszą rafę. Mianowicie orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, który uznał ten przepis za niekonstytucyjny. Uznał za niezgodne z konstytucją obciążanie członków komitetu wyborczego odpowiedzialnością za zobowiązania komitetu, w których zaciągnięciu oni nie uczestniczą, ponieważ pełnię władzy finansowej ma tylko jeden członek komitetu - pełnomocnik finansowy. Mamy również kłopot z przeniesieniem odpowiedzialności finansowej na kogoś innego w chwili, kiedy komitet ulega rozwiązaniu. Od razu pojawia się też problem, że dość łatwo wyobrazić sobie uchylenie się od jakichkolwiek negatywnych skutków poprzez utworzenie komitetu lub powołanie na pełnomocnika finansowego osób, które nie dysponują żadnym majątkiem i sankcje finansowe wobec tych osób są zupełnie niemożliwe. O anachroniczności tych zasad finansowania, zwłaszcza jeśli chodzi o źródła finansowania, już była mowa. W tej chwili rozbieżność finansowania kampanii wyborczej w wyborach do Sejmu i do Senatu z ustawą o wyborze prezydenta jest już bardzo wyraźna, zwłaszcza jeśli chodzi o przepisy dotyczące możliwości finansowania kampanii prezydenckiej przez osoby prawne oraz możliwości organizowania zbiórek publicznych. Potencjalnie niebezpiecznym elementem jest również - w dużym stopniu wyeliminowana z innych ustaw - możliwość nieodpłatnego świadczenia usług i pobierania wartości niepieniężnych przez komitety. Problemem, na który trzeba zwrócić uwagę, jest to, jakimi narzędziami dysponuje i może dysponować Państwowa Komisja Wyborcza, kiedy bada sprawozdania finansowe. Zacznijmy od tego, że PKW ma swój udział w całym tym zagadnieniu poprzez badanie sprawozdań finansowych komitetów, nie zaś poprzez nadzór nad gospodarką finansową, kiedy komitety działają. To w dużym stopniu ogranicza możliwość zapobiegania patologiom na etapie ich pojawiania się. Badanie sprawozdania finansowego, które jest składane kilka miesięcy po zakończeniu kampanii wyborczej, jest już innym działaniem. Natomiast co do odpowiedzi na pytanie, czy to należy zmienić, czy należy z organu wyborczego zrobić bieżącego nadzorcę - zdecydowanie jest wymagana ogromna ostrożność. Po pierwsze z tego powodu, że bardzo łatwo przekroczyć granicę pomiędzy swobodą działalności komitetów a administracyjnym ograniczaniem tej swobody. Po drugie dlatego, że praktycznie rzecz biorąc jest to fizycznie niemożliwe. Organy wyborcze nie mogą dysponować rzeczywistymi środkami służącymi bieżącemu kontrolowaniu finansowania, a nawet kontrolowaniu tego finansowania w zakresie większym niż badanie sprawozdań; nie wyobrażam sobie takiego systemu. Bardzo wątpliwa jest możliwość przekształcenia organów wyborczych w narzędzia, które pozwoliłyby rozciągnąć zakres tych badań znacznie szerzej niż na samo badanie sprawozdań finansowych i zgodności tego wszystkiego, co w sprawozdaniach jest. No i wreszcie pojawiłby się poważny problem - kwestia wtargnięcia polityki do działalności organów wyborczych i poderwania ich autorytetu na skutek ich popadnięcia w spory z komitetami wyborczymi. Stąd konieczność ogromnej ostrożności. Tak długo, jak długo Państwowa Komisja Wyborcza sprawuje nadzór poprzez badanie sprawozdań i podejmowanie uchwał, które są zaskarżalne do sądu, charakter jej działalności pozwala uniknąć bardzo ostrych starć z komitetami wyborczymi i oskarżeń o stronniczość. Oczywiście żaden komitet wyborczy w żadnych wyborach nie jest entuzjastycznie nastawiony do uchwały Państwowej Komisji Wyborczej o odrzuceniu jego sprawozdania finansowego, bo pociąga to bardzo poważne konsekwencje dla komitetu, dla partii, która ten komitet utworzyła w wyborach parlamentarnych czy samorządowych. Nie można przekroczyć granicy nadmiernych eskalacji tego rodzaju sporów. Powiem ogólnie, że nawet publiczne zwrócenie uwagi przez Państwową Komisję Wyborczą na konieczność przestrzegania prawa wywołuje oskarżenia o to, że PKW prześladuje jakiś komitet wyborczy. Nie chodzi o to, że organy wyborcze czują się dotknięte taką reakcją, tylko o coś znacznie poważniejszego. Wobec dość umiarkowanego autorytetu, jakim cieszą się instytucje publiczne w Polsce, autorytet organów wyborczych jest stosunkowo wysoki. Narażenie go na szwank jest niebezpieczne. Poderwanie autorytetu jakiejś instytucji przez polityków, publicystów, działających w różnych celach jest łatwe, a konsekwencje wykraczają poza to, co organy wyborcze myślą o finansowaniu kampanii wyborczej komitetów, tylko rozciągają się od razu na utratę autorytetu tych organów wyborczych, co powoduje spadek zaufania do rzetelności tych organów, których podstawowym zadaniem jest przeprowadzenie wyborów, ustalenie ich wyników i danie gwarancji, że wszystko zostało zrobione zgodnie z wolą wyborcy. Na szczęście znajdujemy się jeszcze w strefie bezpieczeństwa, na szczęście nikt nie kwestionuje uczciwości przeprowadzania wyborów. To jest bardzo istotna wartość, która powinna być pod szczególną ochroną. prof. Lena Kolarska-Bobińska
prof. Marek Chmaj, Uniwersytet Warmińsko-Mazurski
Tacyt kiedyś powiedział, że dobre prawa tworzone są przez złe prawa. A więc musi być złe ustawodawstwo, żebyśmy mogli to ustawodawstwo poprawiać. Z drugiej strony w kontroli nad finansowaniem polityki da się dostrzec pewien proces. Reforma ciągle u nas trwa, od 1997 czy 1998 r. ciągle wprowadzamy nowe przepisy. Przeprowadziłbym analogię pomiędzy zdarzeniami, które miały miejsce u nas, a wojną. Na początku II wojny światowej czołg ważył trzy do pięciu ton, pod koniec były już 50-tonowe kolosy. Tak samo w finansowaniu polityki wprowadzenie nowych przepisów powoduje naturalną chęć niektórych komitetów wyborczych do ułatwiania sobie życia i wyszukiwania nowych luk. Wtedy ustawodawca kolejny raz reaguje, usuwając to, co do tej pory było wadliwe. Porównując obecnie obowiązujące ordynacje wyborcze da się dostrzec jeden fakt. Ordynacja prezydencka jest aktem bardzo przestarzałym w odniesieniu do ordynacji parlamentarnej, ordynacji wyborczej do Parlamentu Europejskiego i ordynacji samorządowej. Ma kilka luk, które można uznać za wielce naganne. Posunąłbym się nawet o krok dalej i założyłbym, że pewne rozwiązania prawne wprowadzono kiedyś nie przypadkiem, tylko były elementem złej wiary, celowej gry. Postaram się wskazać na kilka przykładów, żeby nie być uznanym za gołosłownego. Już od dawna nie można prowadzić zbiórek publicznych w wyborach parlamentarnych, nie mogą ich też prowadzić partie polityczne. W czasie kampanii prezydenckiej jest to dopuszczalne. Generalnie można powiedzieć, że rozeszły się jakieś „cegiełki” i zostały sprzedane za określoną kwotę. Tego nie kontroluje niemalże nikt, bo nie ma możliwości prawnych. Ponadto, wprowadzono wprawdzie obowiązek wpłacania środków przez osoby fizyczne na konto czy za pośrednictwem czeku albo karty, ale dotyczy on sumy wyższej niż dwukrotność najniższego wynagrodzenia. Najniższe wynagrodzenie teraz wynosi około 800 zł. Czyli może teoretycznie przyjść ktokolwiek, wpłacić 1500 zł i powiedzieć: ja się nazywam Jan Wójcik. Wójcików jest mnóstwo, nie ma sposobu weryfikacji, który to wpłacił i czy rzeczywiście był to jakiś Wójcik, Kowalski, Nowak czy jakikolwiek inny. Wystarczy zrobić duże sprawozdanie, żeby te kwoty z niewiadomego źródła były dosyć wysokie. Inny przykład: finansowanie przez osoby prawne. Tego już dawno nie ma w odniesieniu do partii politycznych, w ordynacji wyborczej do parlamentu - a tutaj jest. Osoba prawna może wpłacić stukrotność minimalnego wynagrodzenia za pracę, czyli całkiem sporą kwotę, i to - proszę uważać! - ze swojego zysku. Pamiętajmy, że zysk osoby prawnej już jest opodatkowany wcześniej. Czyli tak naprawdę z momentem, kiedy osoba prawna dysponuje swoim zyskiem, organy podatkowe tracą możliwość weryfikowania tego. Jest to świadome powiązanie biznesu z polityką. Nawet przedsiębiorca może uznać, że to jego dywidenda, po prostu spakować do walizki pieniądze i zanieść do określonego komitetu wyborczego. Pamiętajmy, że osobę prawną może założyć jedna osoba, czy to jest spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, czy spółka akcyjna. A więc jedna osoba, która jest właścicielem osoby prawnej, może finansować komitet wyborczy. Ordynacja wprowadza formalny zakaz finansowania kampanii przez podmioty zagraniczne, ale jest on bardzo łatwy do obejścia. Wystarczy, że zostanie utworzona fundacja, której środki będą pochodzić z zagranicy - niech się nazywa górnolotnie Rozwoju Demokracji czy jakkolwiek inaczej; mam nadzieję, że takiej fundacji nie ma - i ta fundacja będąc osobą prawną może legalnie przekazać stukrotność kwoty najniższego wynagrodzenia. Mało jednej fundacji? Zakładamy drugą! Założenie fundacji dzisiaj prawie nic nie kosztuje, akt notarialny jest sporządzany nieodpłatnie. Ordynacja umożliwia więc pranie pieniędzy ze źródeł wielce niewiadomych i przekazywanie ich określonym komitetom wyborczym. Przed ostatnią elekcją prezydencką w 2000 r. w ordynacji wprowadzono limit sumy, jaką można przeznaczyć na kampanię - jest to 12 mln złotych. Limit ten został zwiększony zgodnie ze wskaźnikiem inflacji. Pytanie, czy 12 mln to dużo, czy mało. Może dużo to nie jest, zważywszy na ogromne sumy, które płaci się na finansowanie kampanii w Stanach Zjednoczonych, ale pamiętajmy, że w sprawozdaniach nie będą wskazane wszystkie kwoty, które zostały naprawdę wydane na kampanię wyborczą. Zwłaszcza jeżeli weźmiemy pod uwagę, że na przykład reklamą nie jest informacja, a ordynacja prezydencka mówi, że na reklamę może być przekazane 80 proc. wydatków. Zwróćmy uwagę, że w Polsce nie ma jednolitego prawa o reklamie. Przepisy są rozproszone w wielu różnych ustawach, w tym w prawie prasowym. Jeżeli napiszemy na billboardzie „najlepszy prezydent dla Polaków" i podamy czyjeś imię i nazwisko, to jest reklama polityczna. Ale jeżeli zamieścimy ogromne zdjęcie kandydata i pod spodem informację: „spotkanie z kandydatem będzie tego i tego dnia, w tym i w tym miejscu", to już mamy bardzo mieszane odczucia, bo to jest tylko informacja. A że piękny wizerunek kandydata czy kandydatki jest widoczny z odległości paruset metrów, to już jest inna kwestia. Szukając w obecnej ordynacji sankcji dla komitetów wyborczych, przeżyłem duże rozczarowanie, bo nawet w przypadku odrzucenia sprawozdania komitetu wyborczego można jedynie pobierać od niego pewne kwoty, o ile komitet będzie istniał. Po poprzednich wyborach prezydenckich na poszczególnych komitetach ciążyły kwoty, które komitety te miały odprowadzić do budżetu państwa. Napotkało to pewne przeszkody realizacyjne. Teraz przejdę do kwestii ogólniejszej - jawności w finansowaniu polityki. Konstytucja mówi o jawności w kilku przepisach. Najważniejszy to art. 11 ust. 2, który mówi, że finansowanie partii politycznych jest jawne. Ale - jak powiedział mój przedmówca i z tym trzeba się zgodzić - w kampaniach prezydenckich partie polityczne odgrywają rolę marginalną. Jedynie popierają kandydata, mogą mu przekazać pewne środki, natomiast finansowanie partii politycznych trudno przez analogię odnieść do finansowania komitetów wyborczych. To już jest realizowane na podstawie ustawy. Konstytucja mówi jeszcze o jawności posiedzeń Sejmu i Senatu. Mówi również o prawie każdego obywatela do uzyskiwania informacji o działalności organów władzy publicznej. Jawność finansowania partii ma daleko idące skutki, bo tam, gdzie jest jawność, można czegoś od partii żądać. M.in. z tej konstytucyjnej zasady jawności finansów partii wypływa, po pierwsze, zasada jawności źródeł finansowania partii, po drugie – jawność majątku partii, po trzecie – określenie zasad dofinansowywania partii z budżetu państwa w akcie powszechnie obowiązującym, czyli w ustawie, po czwarte – szczegółowości i jawności sprawozdań partii politycznych. Tutaj sprawa wydawałaby się jasna, gdyby nie pewna drobna rozbieżność. Otóż, jawność nie zawsze idzie w parze z sankcją. Wprowadzamy wymóg jawności kampanii parlamentarnej czy prezydenckiej i źródeł jej finansowania, jawności finansowania partii politycznych. Zawsze możemy wprowadzić jawność, ale co z tego? Zostanie opublikowane sprawozdanie komitetu w Monitorze Polskim. Pytanie, ile osób przeczyta to sprawozdanie w skali całego kraju - tysiąc, dwa, pięć, sto tysięcy? To i tak nic. Oczywiście można opublikować te sprawozdania na stronach internetowych, skoro znalazły się w publikatorze urzędowym. Nie wiem, dlaczego Państwowa Komisja Wyborcza tego nie czyni, uważam, że powinna. Jawność nie jest więc jeszcze realizowana. Obywatel, który chce uzyskać informacje o finansowaniu partii, powinien je mieć w zasięgu ręki. I co więcej, z jawności finansowania trzeba wyciągać odpowiednie konsekwencje. W Wielkiej Brytanii kontrola społeczna wynika z jawności finansowania partii. U nas kontrola społeczna jest bardzo ograniczona, co może wypływać z kilku czynników, m.in. z niedostatecznego jeszcze poziomu kultury politycznej i z braku szerszych procedur, które by umożliwiały nadzór różnych organizacji społecznych, pozarządowych nad finansowaniem polityki. Konkludując: obecne rozwiązania prawne w odniesieniu do ordynacji prezydenckiej są dalece niewystarczające. Konieczna jest nowelizacja ordynacji prezydenckiej, i to nowelizacja w miarę kompleksowa. Powstaje pytanie, kiedy do tej nowelizacji miałoby dojść. Mamy dzisiaj 3 czerwca, wybory będą za kilka miesięcy, w obecnej sytuacji jakakolwiek nowelizacja jest pozbawiona sensu. Byłaby to nowelizacja prawa dokonywana w gorącej atmosferze politycznej. W takiej sytuacji już by się nie dało oddzielić prawa od polityki. Opowiadam się za konstruktywną, systemową nowelizacją, ale już po wyborach. Nowelizację trzeba koniecznie powiązać z systemem, który już jest w ordynacji parlamentarnej czy w ordynacji do Parlamentu Europejskiego. Przy czym tamte przepisy również wymagają zmian, zgodnie z tym, co mówiłem na początku o rozwoju materiałów wojennych. Dominika Wielowieyska, „Gazeta Wyborcza"
To wszystko się działo, choć znaleźć na to dowody jest niezwykle trudno, z kilku powodów. Jest problem z dostępem do dokumentów, i to nie jest wina Państwowej Komisji Wyborczej, tylko ustawodawcy, bo nie wiem czemu do szczegółowych dokumentów z wyborów prezydenckich mają dostęp tylko i wyłącznie komitety konkurencyjne, stowarzyszenia i fundacje, a nie dziennikarze, a ja przecież chętnie bym tam też zajrzała. Moglibyśmy to jakoś ominąć, bo poszlibyśmy do jakiegoś stowarzyszenia i poprosili, że pójdziemy razem do PKW i pogrzebiemy w tych dokumentach. Ale i to nie jest proste, dlatego że, o ile wiem, jest określony termin, w którym można do tych dokumentów zajrzeć. Potem one leżą w archiwum. To jest kompletnie bezsensowny przepis, dlatego że tak naprawdę w trakcie sprawowania przez danego prezydenta swojej kadencji albo obserwowania działalności kandydata na prezydenta nagle zauważamy, że sprzyja on określonej spółce, pojawia się nazwa tej firmy. I powiedzmy, dopiero po roku czy dwóch człowiek chętnie zajrzałby do tego spisu i sprawdził, co tam jest, ale takiej możliwości nie ma. I to jest właściwie pogwałcenie zasady jawności. Z grubsza wiemy, jakie są patologie w ordynacji prezydenckiej. Stan obecny jest taki, że mamy nowelizację, także ustawy o wyborze prezydenta, tylko że została ona zablokowana przez marszałka Sejmu Włodzimierza Cimoszewicza, ponieważ to był cały pakiet ordynacji, w którym główna zmiana dotyczyła sposobu liczenia głosów. Oprócz tego w tej nowelizacji był pakiet zmian porządkujących zaproponowanych przez PKW, chociaż oczywiście PKW była bardzo ostrożna i nie proponowała tak daleko idących zmian jak wykluczenie „cegiełek”, zakaz brania pieniędzy od firm, czy zmiana sposobu wpłat małych sum. W związku z tym takie poprawki zostały przygotowane przez Prawo i Sprawiedliwość. Nie wiem, czy one zostaną uchwalone, ale problem polega na tym, że będziemy mieli typowe patologie okresu przejściowego. Przed uchwaleniem ustawy o partiach politycznych i zasad finansowania kampanii wyborczych SLD miało – o czym świadczy sprawozdanie finansowe tej partii – gigantyczne dochody z tytułu „cegiełek”. Oni po prostu zabezpieczyli się finansowo przed wejściem przepisu w życie. Tutaj możemy mieć sytuację podobną. Komitety będą się w miarę szybko rejestrować i zanim przepisy wejdą w życie, zgodnie z prawem sprzedadzą gigantyczną liczbę cegiełek i dostaną spore dotacje od firm. To spóźnienie Sejmu jest rzeczywiście fatalne, bo nawet gdybyśmy uchwalili te przepisy teraz, to w dużej mierze część komitetów postara się wykorzystać stare przepisy, zanim nowe wejdą w życie. Jest jeszcze inny problem, związany z tym, że nawet jeżeli przepisy dotyczące ograniczeń będą zbliżone do tych, które są w ordynacji parlamentarnej, to mamy tu feler. Polega on na tym, że w ustawie o partiach politycznych i zasadach finansowania kampanii wyborczych do Sejmu i Senatu jest marchewka i kij. Po pierwsze, partie dostają pieniądze z budżetu, po drugie, czeka je przykra sankcja w postaci straty tych pieniędzy, jeżeli naruszą przepisy. W ordynacji prezydenckiej nie ma zwrotu pieniędzy, chociaż pośrednio wiadomo, że i tak w dużej mierze kampanię finansują partie. Zatem zasada odpowiedzialności za błędy czy naruszenia prawa przez prezydenckie komitety wyborcze kompletnie kuleje, bo wiadomo, że jeżeli komitet się rozwiąże, to nikt nie będzie w stanie dochodzić straconych pieniędzy, bo nie będzie od kogo ich egzekwować. I jeszcze jedna sprawa - ustawa o partiach politycznych czy ordynacja wyborcza do Sejmu i Senatu oczywiście i tak nie jest w stanie wyeliminować wszystkich patologii, dlatego że jeżeli ktoś chce, to jakoś sobie poradzi. Jeżeli chodzi o finansowanie przez partie komitetów prezydenckich, to głównym sposobem ukrywania sponsorów jest wpłacanie składek. Mechanizmu wpłacania składek czy darowizn od osób fizycznych nie da się w żaden sposób wyeliminować, bo zabronienie tego byłoby zbyt daleko idącą sankcją. Tutaj jest olbrzymia rola organizacji, które chcą monitorować sposób finansowania polityki, i mediów. Ta sytuacja zwiększa także ryzyko wpadki. Bo jeżeli się dopuszcza do spisku większą liczbę osób, któraś z nich może się wygadać, że w rzeczywistości nie wpłaciła własnych pieniędzy, tylko dostała je od określonej osoby. Kolejna sprawa jest związana z wyceną rozmaitych usług. Tu też trudno jest robić grubsze przekręty, ponieważ Państwowa Komisja Wyborcza pokazała, że potrafi sprawdzić cenę czy wartość danych usług niematerialnych. Mimo wszystko przy olbrzymich sumach można mieć tu jednak pewne pole do popisu, jeżeli chodzi o reklamę, o przygotowanie spotów, o wynajęcie specjalistów. Firmy, które pracują na rzecz komitetów wyborczych, mogą zaniżać ceny swoich usług czy materiałów, tak żeby to się nie rzucało w oczy, bo wiedzą, że z innych, zaprzyjaźnionych z danymi partiami firm będą miały rekompensatę w postaci dodatkowych kontraktów o podwyższonej cenie, czego my nie będziemy w stanie wyśledzić. Ale Komisja wykazała się czujnością, jeśli chodzi o wycenę faktur i wartości usług. Najbardziej rażącym przypadkiem była sprawa Samoobrony, która zastosowała taki wariant (to nie dotyczyło wyborów prezydenckich) - pod sam koniec kampanii wyborczej firmy zaprzyjaźnione z Samoobroną wystawiły rachunki na jakieś usługi, ale Państwowa Komisja Wyborcza sprawdziła, że nie zostały one wykonane. A chodziło o to, żeby podbić koszt kampanii i ewentualnie zwiększyć refundację z budżetu państwa. Są więc zagrożenia, których nie wyeliminujemy, nawet gdybyśmy nie wiem jak mądre prawo wymyślili. Wobec tego wiele zależy od nas - na ile będziemy to monitorować i doszukiwać się nieprawidłowości. Ale do tego jest bezwzględnie potrzebny dostęp do dokumentów, i to przez cały czas kadencji, a nie w ciągu dwóch tygodni. dr Marcin Walecki, ekspert Instytutu Spraw Publicznych i Fundacji im. Stefana Batorego
Czy wybory w Polsce są czyste? Jeżeli chodzi o finansowanie kampanii wyborczej, to od 1991 r. można było zaobserwować bardzo poważne przypadki korupcyjne, a był to tylko wierzchołek góry lodowej. Już w 1991 r. - nie będę używał nazwisk ani nazw klubów - jeden z klubów parlamentarnych przekazał poważne pieniądze ze swojego klubu, z pieniędzy z Kancelarii Sejmu, na swoją kampanię wyborczą. W 1993 r. część partii politycznych wykorzystywała fundacje do prania znacznych sum pieniędzy, zarówno od inwestorów zagranicznych, jak i od prywatyzowanych spółek. To wszystko jest w sprawozdaniach finansowych, tylko trzeba je dokładnie przeczytać. W 1995 r. jeden z najpoważniejszych kandydatów dostał oficjalnie darowiznę w wysokości 2 mln złotych od jednego z naszych czołowych krajowych oligarchów, a to tylko to, co oficjalnie zostało zgłoszone; w 1997 r. notorycznie sprzedawano miejsca na krajowych listach wyborczych, jako główna forma finansowania kampanii wykorzystywane były ponownie cegiełki. W 2000 r. jeden z kandydatów podstawił dwa tysiące osób po to, żeby wyprać parę milionów złotych, które pochodziły z niektórych spółek Skarbu Państwa. Spółki organizowały szkolenia, opłacały konsultantów politycznych, pojawiały się zarzuty w stosunku do innych spółek, że zostały wykorzystane ich budżety reklamowe. Tak naprawdę w 2001 r. to nie Państwowa Komisja Wyborcza wykryła nieprawidłowości w sprawozdaniu Samoobrony, tylko dziennikarze „Gazety Wyborczej”, którzy sprawdzili firmy podstawione przez Samoobronę. Do czego zmierzam? Otóż do tego, że nieprzypadkowo mamy taki zespół panelistów, bo moim zdaniem tym, czego brakuje polskiej polityce, jest kontrola społeczna. Kontrola ta musi być sprawowana przez niezależne, silne dziennikarstwo, przez organizacje pozarządowe, przez pracowników naukowych, którzy porównują sytuację w Polsce z innymi krajami i wskazują kierunki rozwoju. No i przede wszystkim, jeśli chodzi o finanse polityczne w Polsce, kontrola musi być sprawowana przez Państwową Komisję Wyborczą. Stąd też idea monitoringu, który ma wzmacniać to, co robią dziennikarze (i co, moim zdaniem, robią bardzo dobrze ), to, co robią polscy politolodzy, przygotowując prace porównawcze, i to, co robi Państwowa Komisja Wyborcza. Chciałbym być głosem najmniej krytycznym, ale to mi się chyba nie uda. Jeśli chodzi o PKW, to zacznę od pochwał. Chcę pogratulować PKW całkiem niezłej strony internetowej, gdzie można sprawdzić sprawozdania finansowe za 2001 czy za 2002 r., ale na przykład już nie można sprawdzić wyborczych sprawozdań finansowych za rok 2000. Nie jestem w stanie udowodnić tezy, którą wysuwają moi koledzy, że w 2000 r. jeden z kandydatów, ówczesny prezydent, wykorzystał kancelarię prezydenta do tego, żeby udzielić swoim najwyższym urzędnikom poważnych premii finansowych, a dzień później ci urzędnicy te premie przekazali na rzecz komitetu wyborczego. Nie mogę tego udowodnić, bo nie mam dostępu do szczegółowych sprawozdań finansowych. Coraz więcej jest takich przykładów, że my wiemy, że oni wiedzą, że my wiemy. Na tej zasadzie ten panel sprowadza się do zabawy w kotka i myszkę. Z mojego doświadczenia – a pracuję z komisjami wyborczymi w ponad 30 krajach – wynika, że jeżeli Państwowa Komisja Wyborcza chce żyć z komitetami wyborczymi w przyjaźni, to jej się to nie uda, dlatego że rolą Państwowej Komisji Wyborczej jest pilnowanie naszych pieniędzy - ponad 300 mln złotych, jakie idą z budżetu państwa na finansowanie polskiej polityki. To jest odpowiedzialność PKW w stosunku do nas, ona musi chronić nasze interesy jako podatników, którzy ten system finansują. Jest mi niezmiernie przykro, ale komitety wyborcze mogą żywić w stosunku do Państwowej Komisji Wyborczej tylko i wyłącznie szacunek i strach. W wypadku, kiedy pieniądze publiczne są wykorzystywane do działań korupcyjnych, PKW musi działać ostro. Wybory w 2001 i 2000 r. znowu pokazały, że mieliśmy do czynienia z kupowaniem głosów, z fałszowaniem sprawozdań finansowych, podstawianiem fałszywych firm czy osób fizycznych jako darczyńców. Obawy, że będą na was naciski polityczne, są słuszne, ale PKW jest odpowiedzialna przed wyborcami, a nie przed komitetami wyborczymi. Chciałbym też zwrócić uwagę na to, że PKW i tak już robi o wiele więcej niż w ciągu ostatnich 15 lat. To, że faktycznie dzięki reformie 2000-2001 r. wprowadzono profesjonalny audyt, bardzo pomogło. Nieprawdą jest jednak, że Państwowa Komisja nie może robić więcej. Mogę wskazać przynajmniej na trzy kierunki, w których mogłaby działać, gdyby otrzymywała więcej pomocy. Zdecydowanie patologiczne jest to, że w roku 2000, kiedy Państwowa Komisja Wyborcza skierowała do prokuratury zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa, wszystkie wnioski zostały przez prokuraturę umorzone ze względu na znikomą szkodliwość społeczną czynu. Czy fałszowanie wyborów, krupcja polityczna na najwyższym poziomie to jest znikoma szkodliwość społeczna czynu? W momencie, kiedy PKW zwróciła się do Ministerstwa Finansów z prośbą o informacje o podejrzanych firmach, które finansowały kampanię wyborczą, odpowiedziano, że to tajemnica skarbowa. Ten przykład pokazuje, dlaczego nie należy mieć tylko pretensji do PKW. Poprzez monitoring pragniemy zmienić podejście do kontroli społecznej, jaką chcemy sprawować nad polityką w Polsce. My, jako organizacje pozarządowe, jako akademicy, jako wyborcy mamy prawo do pełnej informacji o tym, kto finansuje polską politykę, kto za nią stoi, skąd te pieniądze pochodzą, m.in. dlatego, że to są nasze pieniądze, podatników. Przypomnę, jaka była idea reformowania systemu polskiego w 2000-2001 r. Otóż była ona taka - i pod tą ideą podpisały się wtedy wszystkie ugrupowania polityczne, przewodniczącym komisji był chyba Jan Maria Rokita, a jednym z głównych inicjatorów poseł Ludwik Dorn - że wprowadzamy poważne środki budżetowe do polskiej polityki, a w zamian oczekujemy od klasy politycznej jawności, przejrzystości i odpowiedzialności. Może byliśmy zbyt naiwni wierząc, że to naprawdę będzie miało miejsce. Jak na polską politykę, zostały wprowadzone całkiem duże pieniądze. Za ostatnie cztery lata było to ponad 200 mln złotych z pieniędzy podatników. Boję się, że w tych wyborach prezydenckich czy parlamentarnych, jeżeli Państwowa Komisja Wyborcza przyjmie postawę zachowawczą, te pieniądze nie będą kontrolowane. Co więcej, cała idea wprowadzania czystych pieniędzy budżetowych do polityki po to, żeby wyprzeć pieniądze brudne, legnie w gruzach. Spowodujemy tylko, że kampanie wyborcze będą droższe. Chciałbym powiedzieć, co można zrobić, żeby było lepiej. Przede wszystkim – idea monitoringu. Chcemy wzmocnić kontrolę sprawowaną przez PKW. Monitoring ma pomóc PKW, a nie utrudnić jej pracę. Nasze raporty mają wskazać, tak jak zrobili to dziennikarze „Gazety Wyborczej” w 2001 r. i innych gazet, na przypadki patologiczne, tak żebyście mieli konkretne dowody na naruszanie ustawy o wyborze prezydenta, a w przyszłości może monitoring będzie zorganizowany przy okazji wyborów samorządowych. Idea jest też taka, że Instytut Spraw Publicznych i Fundacja Batorego bardzo chętnie pomoże Państwowej Komisji Wyborczej we wzmocnieniu tej kontroli. Są trzy proste rozwiązania, które mogliby państwo wprowadzić przy okazji tych wyborów. Po pierwsze, o czym wspominała Dominika Wielowieyska, Państwowa Komisja Wyborcza nie powinna się zasłaniać ochroną danych osobowych czy ochroną skarbową. Wszystkie sprawozdania finansowe - pełne - powinny być zamieszczone na stronie internetowej tak szybko, jak to możliwe. Po drugie, PKW musi po 15 latach zmienić swoją postawę. Nie możecie być tylko i wyłącznie od liczenia głosów. W chwili obecnej, z całym szacunkiem, jesteście bezzębnym buldogiem, który nawet nie ma jak ugryźć, nawet nie ma jak naszych pieniędzy chronić. PKW nie udało się ściągnąć kar z żadnych komitetów wyborczych z 2000 r., żaden kandydat - nie będę przypominał nazwisk, a byli to najpoważniejsi politycy z pierwszych stron gazet - nie poczuł się odpowiedzialny za uregulowanie swoich zobowiązań za komitety wyborcze. Wskażę też na przykłady z 2001 r. Potrafiliście bardzo mocno wystąpić, z tego co pamiętam, w sprawie senatora Smoktunowicza i wskazać na to, że rozpoczął swoją kampanię wyborczą przed oficjalnym ogłoszeniem wyborów. Teraz delikatnie zasygnalizowaliście dwóm poważnym kandydatom prezydenckim, że ich kampania została rozpoczęta zbyt wcześnie. Moja interpretacja obecnej ustawy jest taka, że te komitety powinny zostać ukarane finansowo do równowartości prowadzonej przez nich kampanii i te pieniądze powinny ulec przepadkowi na rzecz Skarbu Państwa. Mówimy o co najmniej kilkuset tysiącach złotych za spoty i billboardy, które się pojawiały. My to w raportach przygotujemy, będziemy to monitorowali. Jakie są przepisy ustawy, wszyscy wiemy. Jeżeli kontroli społecznej nie będzie, to obecne przepisy umożliwią finansowanie kampanii tak, jak to się odbywało w 1990, w 1995, w 2000 r., czyli wykorzystaniem luk do prania pieniędzy, do kupowania wyborów. dr Marek Zubik, Uniwersytet Warszawski
W ramach własnego Instytutu Nauk o Państwie i Prawie prowadziliśmy monitoring, próbę badania dotyczącego finansowania polityki na podstawie m.in. sprawozdań wyborczych, i nawet te dane są tylko w znikomym stopniu przekładane na efekt w postaci propozycji. Sam nadzorowałem takie badania i muszę przyznać, że idea sprawozdań finansowych jest niezwykle cenna i chyba jest tu jeszcze dużo do zdziałania. Chciałbym tylko dodać pewną uwagę metodologiczną – myślę, że nie warto kończyć tego programu z końcem terminu na złożenie sprawozdań, dlatego że jest kwestia ich weryfikacji przez PKW, a później ewentualnie Sądu Najwyższego, a to może być jeszcze dodatkowych parę miesięcy. Tytuł samego programu - czyste wybory - rozumiem z domniemaniem, że są one warunkiem czystego życia publicznego. Rzeczywiście jest to prawda, ale chyba warto rozumieć to nieco szerzej. Parokrotnie spotykaliśmy się na różnych spotkaniach dotyczących finansowania polityki, jest to jednak zagadnienie nieco w poprzek tego, co warto zrobić. Na czyste wybory składają się bowiem, moim zdaniem, co najmniej dwa elementy: po pierwsze, przejrzystość środków finansowych, a po drugie, takie regulacje prawne, które pozwolą podmiotom występującym w wyborach działać w sposób fair. A to nie musi być to samo. Jeszcze większym problemem jest to, o czym wspominała pani dyrektor - metoda większościowa czy proporcjonalna - ale również to, na co wskazał pan Walecki: występowanie w kampaniach podmiotów wychodzących poza ramy kampanii wyborczych. Zgadzam się w pełni, że warto byłoby się zastanowić nad wprowadzaniem mechanizmów, które zapobiegałyby omijaniu formalnych reguł. W tym konkretnym wypadku nie trzeba się było dużo zastanawiać, bo ten kandydat na prezydenta mógł wystąpić jako prezydent, ale miasta - wtedy byłby jeszcze większy problem, jak na to popatrzeć. Byłbym większym optymistą w spojrzeniu na PKW, dlatego że jest to organ władzy publicznej. Przede wszystkim oczekiwałbym od niego jednak działania na zasadzie legalizmu, tzn. nie domniemywania jego kompetencji. Jest to jednak bardzo specyficzny organ, nie mieszczący się w konstytucji. Składa się co prawda z sędziów, ale jest ich tam po pierwsze niewielu, po drugie mają bardzo różne doświadczenie życiowe, bo część jest z Trybunału Konstytucyjnego, część z Sądu Najwyższego, część z Naczelnego Sądu Administracyjnego, nie każdy wchodzi tam z bagażem doświadczeń publiczno-prawnych. Trzeba mieć świadomość tego. To jest jedyny organ w zasadzie wyborczy, który działa stale, więc byłbym bardzo ostrożny z nakładaniem na niego nadmiernych obowiązków, nawet ustawowo i wprost. Kolejna sprawa – nie zachęcałbym również do nadmiernej normatywizacji. Życie publiczne ma to do siebie, że jest zawsze bogatsze od tego, co ustawodawcy przewidzieli. To prawda, że z czasem nam się zmienia technika wojskowa, ale mam wrażenie, że środki napastnicze zawsze wyprzedzają środki obronne. Myślę, że z tym będzie zawsze kłopot dla ustawodawcy. Nigdy nie uda mu się w odpowiednim tempie wyprzedzać życia publicznego. Ale na pewno powróciłbym do idei z połowy lat 90. o kodeksie wyborczym. Bo to, co dzisiaj jest poważnym mankamentem i o czym państwo wspominają - problemy wynikające z różnic w regulacjach - wynika właśnie z tego, że zmiany są przeprowadzane przed kolejnymi wyborami. Nie wykluczam, że kwestie finansowania dawałoby się w ogóle wyłączyć z ordynacji, jednak należy wówczas wprząc je w szerszy mechanizm ustawy o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej, finansowania partii politycznych i finansowania życia – nie tylko wyborczego, ale publicznego, bo przecież cały czas pomijamy kwestie finansowania referendów czy obywatelskiej inicjatywy ustawodawczej. Zachęcałbym do całościowego podejścia do problemu, zamiast szatkowania go, jak to jest dzisiaj. Co do kontroli społecznej, wydaje mi się, że ten problem w Polsce będzie trwał tak długo, jak długo nasz poziom kultury politycznej będzie raczej spadał niż wzrastał, ponieważ kontrola społeczna jest wprost proporcjonalna do tego, na ile towarzyszy jej wysoka kultura prawna w ogóle, a polityczna w szczególności. Jeśli za samym monitoringiem i umiejętnością czytania czy analizowania danych, również przez dziennikarzy, nie będzie szło wyegzekwowanie jakiegoś skutku politycznego, to ten mechanizm zawsze będzie nieadekwatny. Obawiam się, że wymaga to nie tylko regulacji prawnych, ale i wieloletniej edukacji publiczno-prawnej społeczeństwa. I jeszcze dwie uwagi. Pierwsza: kiedy przypatrywałem się regulacjom dotyczącym zależności „partia polityczna–klub parlamentarny-poseł i ewentualnie kandydat”, doszedłem do wniosku, że kluby parlamentarne już dosyć dawno znalazły kolejne rozwiązanie - uzyskują weksle od kandydatów. Z punktu widzenia prawa cywilnego możemy powiedzieć, że jest to czynność nieważna, ochrona cywilno-prawna jest nieskuteczna, pod warunkiem że ktoś nie pójdzie z tym wekslem do sądu z żądaniem zapłaty, bo wtedy udowodnienie, iż jest to czynność abstrakcyjna w polskim prawie, zresztą nie tylko polskim, i uchylenie się od zapłacenia będzie niezwykle trudne, szczególnie że koncepcje umów do weksli są dziś w polskim prawie mocno kwestionowane. To również jest mechanizm przepływu finansowego - związanie środkami finansowymi, które w ramach kampanii czy wyrażając zgodę na kandydowanie z listy, ktoś gdzieś tam podpisał. I ostatnia kwestia. Gdzie jest granica uprawnionego udziału w życiu politycznym osób, które również w swoim życiu publicznym występują jako podmioty działalności gospodarczej? Nie wolno tego nie zauważyć. Wśród posłów są osoby, które prowadzą działalność gospodarczą, oczywiście nie pobierając uposażeń poselskich, co nie zmienia postaci rzeczy, że w życiu publicznym dysponują środkami finansowymi przekraczającymi wielokrotnie możliwości niektórych komitetów wyborczych. Wydaje mi się, że tutaj raz jeszcze wraca problem sprawnego uregulowania udziału w kampanii, stworzenia szansy, by wszystkie podmioty biorące w niej udział działały fair, miały autentycznie ten sam dostęp do prasy, radia, telewizji, te same możliwości na billboardach, te same możliwości występowania, pokazywania się nam przy różnych okazjach. Pan Chmaj wspominał o przepisach konstytucji, które mówią jedynie o jawności finansowania partii politycznych. Tu chyba jednak przyszedł z pomocą Trybunał Konstytucyjny, który wyraźnie powiedział, że przepis dotyczący jawności finansowania partii politycznych rozumie szeroko, to znaczy jako obejmujący całe życie publiczne w Polsce. Włodzimierz Nieporęt, Socjaldemokracja Polska
Natomiast byłbym bardzo ostrożny co do szans opisania w prawie wszystkiego. Można zastanowić się nad opisaniem zakazów i wprowadzić to do ustawodawstwa, ale nie sądzę, żeby udało nam się przewidzieć wszystkie dopuszczalne możliwości. Chciałbym również zwrócić uwagę, że monitoring powinien ustrzec nas przed nieuczciwym zawłaszczeniem spraw publicznych, a nie tylko przed ochroną pieniędzy podatników. Galopująca rywalizacja w kampaniach wyborczych wymaga coraz więcej środków, a wszyscy wiemy, że w Polsce są ogromne obszary niekontrolowanego bogactwa, z których mogą wpłynąć pieniądze do polityki. Rzecz w tym, żebyśmy się przed tym uchronili. Państwo wspomnieli o różnych przypadkach działań niezgodnych z przepisami prawa. Takie rzeczy powinny dyskwalifikować, a zdaje się, że pomimo ujawniania spraw nikomu nic się nie stało. Mało tego, każdy udaje, że to w ogóle jego nie dotyczy. A rzecz dotyczy nie osób, tylko formacji. Mam na myśli szczególnie te, które przedstawiają się jako krystaliczne. Rzeczywiście w konsekwencji wyborów parlamentarnych uruchamiane są pieniądze podatników, a w konsekwencji wyborów prezydenckich nie. W związku z tym trzeba przyjąć szerszą formułę – ochrony życia publicznego przed nieuczciwymi środkami, które mogą wpłynąć do polityki. I ostatnia kwestia - momentu wprowadzenia zmian. Oczywiście są sytuacje, kiedy jest to niemożliwe, nie dlatego, że nie ma to sensu, tylko dlatego, że upoważnione organy zarządziły w Polsce w oparciu o obowiązujące ustawodawstwo jedne i drugie wybory. Natomiast bez wątpienia trzeba się przygotować do jak najszybszej zmiany przepisów. Co do rozróżnienia, czy promuje się kandydat na prezydenta, czy też lider partii, to co jakiś czas będą zbiegały się wybory prezydenckie i parlamentarne, albo prezydenckie i samorządowe. Być może trzeba zastanowić się nad czteroletnią kadencją prezydenta, która zaczynałaby się dwa lata po wyborach parlamentarnych. Wtedy nie dochodziłoby do tego typu koincydencji, a cztery lata to wystarczająco długi okres na sprawowanie tak dostojnego urzędu. A może trzeba by ustalić jeszcze inną liczbę lat, żeby pokolenia mijały, zanim dochodzi do takich koincydencji. dr Marek Kosewski, wykładowca psychologii
Druga sprawa - kto będzie kontrolował kontrolujących? Moim zdaniem, jeżeli pójdziemy wyłącznie w ten kanał, to bardzo szybko napotkamy na ścianę. Dla mnie jest to taki tunel z drutu kolczastego, zwężający się bardzo szybko. Co w związku z tym robić, czy można zmienić coś jeszcze, czy można zmienić perspektywę? Moim zdaniem, tak. Jeśli chodzi o wpływ na zachowanie, to jest jeszcze drugi mechanizm, o którym nikt nie wspomniał – samokontrola. Czy można u ludzi polityki uruchomić mechanizm samokontroli i jakimi narzędziami? Oczywiście, że tak. Podpowiada to nawet zdrowy rozsądek. Mam taki pomysł - trochę bardziej wyszukany niż zdroworozsądkowy - a mianowicie: moim zdaniem, mechanizm samokontroli, co do którego intuicyjnie czujemy, że nie działa, przestaje funkcjonować wtedy, kiedy pojawiają się wiarygodne usprawiedliwienia dla odstępstwa od powszechnie cenionych zasad. Samokontrola oparta jest o mechanizm powszechnie cenionych wartości. Jeżeli widzę, że wchodzą one w dysonans z moim zachowaniem, to zaczyna się problem, który jest rozwiązywany poprzez upowszechnienie się i uzgadnianie w politycznych gronach usprawiedliwień. Co można zrobić? Wyszukać te usprawiedliwienia, zrobić krótkie seminarium, nawet z dziennikarzami, a następnie użyć mediów do tego, żeby tu i teraz uderzyć w powszechne kulturowo usprawiedliwienia, obecne w pewnych partiach, ośmieszyć je i rozbić. Wtedy uruchomi się samokontrolę - dopóki nie wytworzą się nowe usprawiedliwienia. W jakim stopniu - trudno powiedzieć, ale na pewno się uruchomi. Janusz Paczocha, NBP
Co do mojego przedmówcy, który tak barwnie porównał zachowania uczciwe ze strachliwymi - lepiej nie mieszać porządków i postawić ten problem na płaszczyźnie zachowań legalnych i nielegalnych. Można tu przywołać przykład wysokości podatków, które podatnik zaczyna płacić nie ze strachu, tylko dobrowolnie, bo uznaje, że przestaje mu się opłacać oszukiwać. W przypadku korupcji wyborczej chodzi chyba o ustanowienie takich sankcji prawnych czy groźby sankcji, żeby się przestało opłacać. Czasami wystarczy groźba. Wchodzą tu w grę dwie podstawowe kategorie sankcji - finansowa, bo to ma bardzo kosztować i boleć, ale jeszcze ważniejsza jest sankcja utraty poparcia publicznego poprzez ujawnienie, nagłośnienie i napiętnowanie. Może nawet posunąć się do zapisów, które by się ocierały o rozważania o delegalizacji ugrupowań, jeżeli się imają takich metod? Rozumiem, że wybrano ordynację i kampanię prezydencką z racji prostoty monitoringu. Bardzo liczę na to, że we wnioskach z tego monitoringu pojawią się wnioski czysto legislacyjne, które da się wprowadzić jeszcze przed wyborami samorządowymi w 2006 r. Bo w wyborach samorządowych też mamy bezpośrednie wybory prezydenckie. Są w nich stosowane wszystkie metody, które państwo wymieniliście – te wykryte i te domniemane. W dodatku o wiele łatwiej i szerzej, bo jest mnóstwo jednostek podporządkowanych gminom, takich jak zakłady, jednostki budżetowe, firmy komunalne, struktury urzędowe, które zajmują się m.in. promocją, współpracują na stale z instytucjami produkującymi materiały wyborcze itd. Bardzo bym chciał być optymistą. Ufam, że wynikiem tego monitoringu będzie dobra, trafna diagnoza, od której łatwo się przejdzie do skutecznej terapii. A skuteczna terapia to po prostu kolejne poprawienie prawa, bo zgadzam się, że zawsze napastnik wyprzedza obrońcę. Tak jak w demokracji zawsze będą wybory, tak zawsze trzeba poprawiać ordynację, bo życie jest od niej bogatsze. I na koniec deklaracja związana z wprowadzeniem pani prof. Kolarskiej-Bobińskiej. W nawiązaniu do stwierdzenia, a właściwie przypomnienia, że zawsze lepiej zapobiegać, niż potem leczyć czy naprawiać. Fundacja Batorego prowadzi bardzo rozległą współpracę z różnymi organizacjami pozarządowymi. Mamy za sobą wybory roku 2002. Wystarczy zgromadzić stwierdzone wtedy i udowodnione przypadki korupcji wyborczej - ja m.in. mam na koncie kilkanaście zawiadomień do prokuratury, w większości zakończonych skutecznie wyrokami. Istnieje pełna dokumentacja tego, jak życie przerosło przepisy, gdzie prawnicy mieli kłopoty, jak zakwalifikować zachowanie, kiedy zamiast wódki oferowano wprost pieniądze, np. 10 zł, albo kiedy odkupywano wyniesioną czystą kartę wyborczą, żeby ktoś inny ją wniósł i wrzucił dokonawszy słusznego skreślenia poza lokalem wyborczym. Można by tę dokumentację zgromadzić przy okazji podsumowania obecnego monitoringu, żeby wypracować skuteczną terapię jeszcze przed wyborami samorządowymi roku 2006. dr Teresa Górzyńska, Instytut Nauk Prawnych PAN i szkoły im. Leona Koźmińskiego
dr Marcin Walecki
Druga sprawa to tendencja dotycząca standardów międzynarodowych. Ostatnie rekomendacje Rady Europy wyraźnie wskazują, że podmiotem, który powinien być odpowiedzialny za kontrolę finansowania polityki w Polsce, jest Państwowa Komisja Wyborcza. 65 proc. komisji wyborczych na świecie odpowiada za kontrolowanie finansowania polityki i robią to na bieżąco. W przypadku komisji w Kanadzie i w Wielkiej Brytanii stanowi to już prawie 30-40 proc. ich bieżącej działalności, a w przypadku Federalnej Komisji Wyborczej w Ameryce 90 proc. Ryzyko, jakie ponosimy w związku z brakiem kontroli społecznej nad polityką, dotyczy nie tylko pieniędzy publicznych, ale przede wszystkim pieniędzy prywatnych i zobowiązań, jakie politycy mają w stosunku do spółek i do zamożnych przedsiębiorców. Chciałbym być optymistą. Zajmuję się tą działalnością od 1995 r. i zmiany idą w dobrym kierunku. Polityka polska jest o wiele bardziej przejrzysta niż w 1995 r. W publikacji, którą przygotował Instytut Spraw Publicznych, są sprawozdania finansowe ze wszystkich wyborów. Sprawozdania z 1995 r. to jest po prostu dobra komedia, nic nie dało się z nich odczytać. Nie wiadomo było, kto finansował politykę, ile tak naprawdę zostało wydane na kampanię wyborczą. Jedyną osobą, która zadeklarowała poważną darowiznę, był pan Gudzowaty. Przez rok był później atakowany przez dziennikarzy za to, że ujawnił tę darowiznę. Wszyscy się z niego śmiali, że jest głupi, bo trzeba było nie ujawniać. To, że od tego czasu nastąpiły zmiany na lepsze, nie znaczy, że my, tu obecni, jesteśmy zadowoleni z poziomu przejrzystości. Liczę na to, że Państwowa Komisja Wyborcza udostępni nie tylko nam, ale wszystkim osobom zainteresowanym sprawozdania finansowe tak szybko, jak one wpłyną, i na tej współpracy wszyscy skorzystają. Dominika Wielowieyska
prof. Marek Chmaj
Krzysztof Lorentz
Kiedy pan mówi o bieżącej kontroli finansowania życia politycznego przez komisje wyborcze w wielu krajach, trzeba zwrócić uwagę na to, że te komisje mają zupełnie inne zadania niż Państwowa Komisja Wyborcza. Tam, gdzie na przykład są wyłącznie wybory zatrzymujące się na poziomie okręgów wyborczych i nie ma czegoś takiego jak centralne liczenie wyników głosowania, tam państwowa komisja wyborcza czy jakkolwiek ona się nazywa nie jest sprowadzona do roli liczydła, które musi być obiektywne i które jest gwarantem poprawności przeprowadzenia wyborów. Wtedy jej autorytet w tej materii nie ma znaczenia i nie ma jej co chronić - może się więc zająć nieustannymi utyskiwaniami na błędy popełniane przez partie w finansowaniu. Nawet jeżeli ktoś ją będzie kopał, jej nic nie zaszkodzi. Jakie jest rozwiązanie? Bardzo pięknie, jeśli dzięki tej akcji monitoringu i wielu innym podobnym przedsięwzięciom uda się doprowadzić do poszerzenia świadomości tych, którzy dysponują najsilniejszą sankcją wobec komitetów wyborczych, partii politycznych i kandydatów – czyli wyborców. Konieczne jest doprowadzenie do takiego stanu świadomości społecznej, żeby kandydaci, politycy, którzy się niestosownie zachowują, dostali swoje od wyborców. Nie mówię tego z lenistwa, nie dlatego, że my, pracownicy Krajowego Biura Wyborczego, którzy toniemy papierach, nie chcemy mieć roboty. Przecież wszyscy byśmy chcieli takiej sytuacji, jaka jest w Wielkiej Brytanii. Tam chociaż 10 osób może zgłosić kandydata na posła, to nie zostaje zgłoszonych stu kandydatów o takich samych nazwiskach jak kandydat, który ma szanse wygrać. A praktyka zgłaszania osób o zbieżnych nazwiskach czy podbieranie sobie nazw ugrupowań politycznych jest przecież w Polsce znana. Odpowiedź brytyjskich kolegów zajmujących się wyborami jest taka: przecież tego się nie robi. A dlaczego? Dlatego że człowiek, który by dał taki podpis, sprzedał kartę do głosowania czy zrobił coś podobnego, nie będzie miał gdzie obejrzeć meczu piłkarskiego. Tam się meczów w domu nie ogląda, ogląda się je w pubie, a on nie będzie mógł iść do pubu, bo na sześć stóp dookoła siebie będzie miał puste powietrze. To byłby ideał, gdybyśmy doszli to stanu, w którym to wyborcy będą wymierzać sankcje. Będziemy się zbliżać ku takiemu modelowi, jeśli będą organizowane akcje zmierzające do podwyższenia świadomości społecznej, jak ta Fundacji Batorego. prof. Lena Kolarska-Bobińska
Myślę, że bardzo ciekawy był też drugi wątek, dotyczący PKW, bo zawsze mówimy o partiach, a dzisiaj pierwszy raz mówiliśmy o Państwowej Komisji Wyborczej, i to w sposób bardzo przyjazny, a przy tym twórczy. Mam nadzieję, że pan postara się nadać bieg paru pomysłom dotyczącym upublicznienia, bo to są sprawy bardzo proste i łatwe, nie wymagające uregulowań. Mnie się wydaje, że jednak Państwowa Komisja Wyborcza obawiając się upolitycznienia konfliktów dmucha na zimne i pozwala na mało twórcze zmiany. Nie można stać w miejscu, ponieważ życie idzie do przodu. Ujawniają się coraz to nowe problemy, konflikty i obawa o upublicznienie w pewnym sensie wiąże ręce PKW. Zaczynamy to w tej chwili odczuwać. Jeśli to jest instytucja wiarygodna i ceniona, to tym bardziej oczekuje się od niej, że lepiej niż ktokolwiek inny widzi, gdzie są mankamenty i problemy. Na pewne rzeczy należy bardzo wyraźnie zwracać uwagę i wykazywać je, współpracując z prasą czy z takim środowiskiem jak nasze. Współpracowałam z PKW przy innej okazji, więc wiem, że w momencie kiedy występuje jakiś konflikt polityczny, PKW od razu cofa się 10 kroków do tyłu, byle tylko stać z daleka. Woli nic nie zrobić, byle nie być posądzoną o uwikłanie w gry polityczne. A tu nie chodzi o politykę, tylko chodzi o czystość życia publicznego. Czekanie, aż sam wyborca ukarze komitet, jest zbyt długie. Przygotowaliśmy w Instytucie Spraw Publicznych propozycję utworzenia państwowego instytutu wyborczego, ale boimy się to zaproponować i zrobić wokół tego kampanię, bo propozycja powołania nowej instytucji od razu wywołuje posądzenie o chęć wykorzystania pieniędzy państwowych. Tu chodzi jednak o to, żeby wzmocnić PKW o instytut badawczy, który po pierwsze badałby aktywność wyborców, po drugie proponował metody jej zwiększania, zajmował się ordynacjami wyborczymi i ich skutkami społeczno-politycznymi i po trzecie właśnie finansowaniem. Instytucja ta miałaby obecne uprawnienia, a oprócz tego w jej ramach działałby instytut proponujący zmiany, badający, analizujący. Copyright © Fundacja Batorego |
||