Zapis dyskusji: Stan i zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego w przeciwdziałanie korupcji w 1999 i obecnie

Fundacja im. Stefana Batorego




sala konferencyjna
im. Jerzego Turowicza



Seminaria i konferencje

Zapis dyskusji

Stan i zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego w przeciwdziałanie korupcji w 1999 i obecnie

Uczestnicy: prof. dr Jacek Kurczewski (Instytut Stosowanych Nauk Społecznych UW), dr Kaja Gadowska (Instytut Socjologii UJ), prof. dr Krzysztof Kiciński (Instytut Stosowanych Nauk Społecznych UW), dr Jacek Kucharczyk (Instytut Spraw Publicznych), Katarzyna Batko (Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich), Przemysław Radwan (Stowarzyszenie Szkoła Liderów), dr Jacek Strzemieczny (Centrum Edukacji Obywatelskiej).
Prowadzący: Jakub Wygnański (Forum Inicjatyw Pozarządowych)

 

Jakub Wygnański
Jechałem tu taksówką i poprosiłem na ul. Sapieżyńską. - A, to tam, do tego kościoła – powiedział taksówkarz. - Nie, do fundacji Batorego – sprostowałem. - A co ona robi, nigdy nie słyszałem – spytał. - Rozmawiamy tam sobie o korupcji. - To ja mam kilka pomysłów. Wiem, jak to zwalczyć - zawiesił dramaturgicznie głos. - KŚ, dla tłumaczy kara śmierci. - Jeśli Pan tak uważa naprawdę – spytałem - to co z mniejszymi sprawami. Na przykład rejestruje Pan samochód, da 20 zł, bo tam jakaś dziura jest w podłodze. - No to może zabór całego majątku, nie tylko jego, ale i żony – spuścił z tonu. Później doszło do chrzczenia paliwa, itd. Na koniec, nie wydając mi 40 gr reszty, w odpowiedzi na pytanie, jak mam moderować tę dyskusję, odparł: - To niech Pan ich tylko dobrze słucha.

Sformułowałem kilka tez, ale pozwolę sobie naszkicować je tylko ogólnie, bo zgadzam się z prof. Krzysztofem Kicińskim, że próba przejścia tego slalomu w ciągu dziesięciu minut przy tylu zawodnikach praktycznie nie ma sensu. Przedstawię tylko zasadnicze problemy, osie debaty, które wydały mi się najważniejsze. Po pierwsze, co rozumiemy, mówiąc o społeczeństwie obywatelskim. Czy tak jak, posłanka Iwona Śledzińska-Katarasińska, która powiedziała mi: idę posłuchać, co mówią organizacje pozarządowe. Jest to pewnie kawałek społeczeństwa obywatelskiego, ale należałoby szerzej rozumieć to określenie. W pewnej konwencji są to także media, stowarzyszenie PR, stowarzyszenie dziennikarzy, Pan, Pani, społeczeństwo w ogólnej koncepcji. Ono także poza warstwą instytucjonalną tworzy jakiś ruch sprzeciwu wobec korupcji, a być może grunt, na którym ona wyrasta. W każdym razie mam wrażenie, że wszyscy tu obecni nie żywią przekonania o immanentnie dobrych cechach społeczeństwa obywatelskiego. Ono też ma swoje różne strony i dla niego to także jest wyzwanie. W tych dywagacjach ważne będzie, jaką definicję społeczeństwa obywatelskiego przyjmujemy, dyskutując o tym, czy po pięciu latach od uruchomienia programów antykorupcyjnych jest one wydolne w walce z korupcją.

Druga kwestia to mapa działań antykorupcyjnych. Są tu reprezentowane bardzo różne środowiska i chyba dla każdego jest względnie jasne, dokąd iść i gdzie się poruszać. Wydaje się, że tak jak korupcja została zdefiniowana jako system, tak też odpowiedź musi być systemowa. Tymczasem, mówiąc nieco prowokacyjnie, w tej krucjacie przeciwko korupcji nie dość, że jest nas mało, to jeszcze czasami się nie lubimy, nie potrafimy dobrze zharmonizować działań wielu instytucji, które byłyby potrzebne w tak długim marszu.

Warto by się zastanowić, jaka jest specyfika działań organizacji pozarządowych, na chwilę chociaż skupiając się na tym szczególnym fragmencie, podsystemie społeczeństwa obywatelskiego.

Wreszcie prowokacyjna teza dotycząca starego dylematu: kto, mianowicie, jest strażnikiem strażników. My wszyscy przyznajemy sobie moralne prawo do tego, by występować w roli prokuratorów, sędziów, ale należałoby zapytać, czy mamy posprzątane w domu i czy wiarygodność naszych sądów nie jest osłabiona różnymi problemami, występującymi w naszym środowisku.

Jak już przejdziemy tych kilka punktów, to być może powstanie dobry wstęp do późniejszej dyskusji o tym, dokąd zmierzać. Bo chyba zgodzimy się co do tego, że pewne zmiany udało nam się przez te pięć lat osiągnąć, ale gdy mówimy o korupcji, tak naprawdę mówimy o postawach ludzkich, a ten zegar cyka znacznie wolniej. Zmiana postaw to nie pięć czy dziesięć lat, to są pokolenia. Czy gotowi jesteśmy na tak długi marsz, czy ktoś zna jego kierunek i jak będziemy się komunikować w drodze?

Prof. Jacek Kurczewski, Instytut Stosowanych Nauk Społecznych UW
Mam takie motto: Fundacja pyta lekarzy o korupcję w służbie zdrowia, ale czy Fundacja sama jest bez skazy? - zapytuje lekarz badany przez panią prof. Annę Kubiak. I to wszystko można przeczytać na stronach internetowych Fundacji im. Batorego. Nie będę analizował działań tej fundacji, ale niewątpliwie zrozumiałem pytanie i zaproszenie do tego akurat panelu jako zachętę do zastanowienia się nad tym, w jakim stopniu trzeci sektor też jest zagrożony korupcją. Odpowiedzi właściwie nie znam. Wprawdzie w moim ośrodku prowadzimy badania, także z pomocą studentów, nad rozmaitymi objawami korupcji, ale przyznam uczciwie, że dotychczas nie studiowaliśmy systematycznie organizacji pozarządowych.

Nie znaczy to, że nie interesowało mnie zagadnienie, na ile społeczeństwo obywatelskie w zinstytucjonalizowanej postaci, jaką są organizacje pozarządowe, brało lub próbowało brać udział w przeciwdziałaniu korupcji. To było pytanie, na które próbowałem znaleźć odpowiedź. Pamiętam, jak z prof. Małgorzatą Fuszarą przygotowywaliśmy raport, zamówiony przez Open Society Insitute w Budapeszcie na zlecenie Komisji Europejskiej - przedakcesyjny monitoring korupcji w Polsce. Pojawiało się pytanie o inicjatywy społeczeństwa obywatelskiego w Polsce. Odpowiedź, którą daliśmy w 2000 roku, brzmiała, że są dwie instytucje monitorujące i analizujące korupcję w Polsce: Transparency International i Program Antykorupcyjny Fundacji im. Batorego. Podejrzewam, że nic się w tej sprawie nie zmieniło. Robiłem badania terenowe nad tzw. lokalnym społeczeństwem obywatelskim. Wiem, że bywały i bywają rozmaite lokalne inicjatywy. Prowadzę swój monitoring 21 miejscowości w kraju, w żadnej z nich nie zetknąłem się z inicjatywą obywatelską czy lokalną organizacją antykorupcyjną.

Dużo łatwiej byłoby mi pewnie zebrać dane, ukazujące zagrożenia korupcyjne, dotyczące trzeciego sektora. (Zresztą udział w tej konferencji traktuję jako zadanie, początek pracy, którą wykonamy.) Przykłady wymagałyby jeszcze analizy i sporządzenia typologii rozmaitych sytuacji korupcyjnych, w które społeczeństwo obywatelskie potrafi się uwikłać. Interesujące dane na ten temat można znaleźć w raportach Najwyższej Izby Kontroli. W znanym, przeglądowym raporcie NIK o obszarach zagrożenia korupcją, czytamy, że w służbie zdrowia „w trzydziestu badanych jednostkach stwierdzono, iż funkcjonujące na ich terenie fundacje przyjmowały od pacjentów, wprawdzie legalne, darowizny lub cegiełki", itd. Jako podmiot pojawiają się więc fundacje, które w innych statystykach są traktowane jako objaw inicjatywy obywatelskiej w społeczeństwie. Prawdopodobnie łatwo mógłbym również z innych dziedzin znaleźć przykłady tego sposobu wyłudzania, czy też właściwie ułatwiania lub organizowania korupcji w jakimś dziale życia społecznego. Oto wyciągnięta z szuflady informacja NIK o wynikach kontroli w Fundacji Animals. Znana, malownicza sprawa z 2000 roku. Mnie najbardziej fascynowało w niej, że Fundacja Animals finansowała i subwencjonowała kampanie wyborcze ludzi różnych orientacji politycznych, być może nawet apolitycznych, bo i takie są w Polsce. Robiła to jednak z publicznych pieniędzy, zebranych od ludzi, którzy bynajmniej nie chcieli tego finansować. W tym problem i tu dochodzimy do tego, w jakim sensie można tu mówić o korupcji. Osobiście lansuję definicję korupcji szerszą niż łapówka. Branie łapówek i rozmaitych prowizji jest tzw. twardym jądrem korupcji. W szerszym sensie korupcja to naruszenie lub stworzenie przesłanek naruszających zaufanie publiczne do rozmaitych instytucji. Na ogół myślimy o instytucjach państwowych, publicznych.

Gdy fundacje czy stowarzyszenia przejmują wykonywanie rozmaitych zadań i funkcji publicznych, łącznie z finansami - a w końcu taka jest wręcz zasada subsydiarności - to pojawiają się podstawy, by oczekiwać od nich tego samego wzoru postępowania, uczciwości, zaufania i dbałości o zaufanie publiczne, jakiego wymagamy od polityków, urzędników i instytucji publicznych. Inną sprawą jest komercjalizacja działalności trzeciego sektora, której przykładem są wspomniane fundacje szpitalne. Wiadomo, że jeszcze w PRL rozmaite stowarzyszenia angażowały się z zapałem w działalność gospodarczą, która zawsze była przedmiotem troski i dbałości sektora pozarządowego. Wydawałoby się, że oddala to nas od takich pojęć, jak zaufanie publiczne czy uczciwe funkcjonowanie władzy. Lubię jednak przypominać, że konwencja prawa karnego o korupcji Rady Europy wprowadza pojęcie przekupstwa czynnego i biernego w sektorze prywatnym. Rozmaite „umyślne czyny popełnione w trakcie działalności gospodarczej, polegające na obiecywaniu, proponowaniu lub wręczaniu bezpośrednio lub pośrednio jakiejkolwiek osobie kierującej lub pracującej na rzecz jakiegokolwiek podmiotu gospodarczego w sektorze prywatnym, w jakimkolwiek charakterze, jakichkolwiek nienależnych korzyści dla niej samej lub na rzecz jakiejkolwiek osoby w zamian za działanie lub zaniechanie, które naruszają ich obowiązki - jest traktowane jako korupcja”. Przepraszam za ten język, ale taki jest język prawny, zwłaszcza na poziomie europejskim. Jeśli więc dotyczy to byle korporacji czy firmy, to tym bardziej dotyczy każdego stowarzyszenia i fundacji w Polsce.

Powstaje pytanie, na czym może polegać korupcja rozumiana w szerszym sensie. Właśnie na naruszaniu zaufania publicznego. Obywatel ma prawo uważać, że organizacje - już nie mówię, że dotyczy to z pewnością organizacji pożytku publicznego - działające w trzecim sektorze pełnią taką funkcję i zmierzają do tego, co określa ich statut lub karta założycielska. Na ile jest to respektowane, sami Państwo najlepiej wiecie.

Począwszy więc od indywidualnych wypadków łapówkarstwa czy brania prowizji na styku trzeciego sektora i władzy, od handlu wpływami w kontaktach między fundacjami i stowarzyszeniami a działaczami politycznymi, aż po nadużywanie funkcji i celu, jaki ma pełnić organizacja pozarządowa, zjawisko korupcji w tej sferze może występować. Nawet nie wiem, czy istnieje jakiś program w tej dziedzinie.

Dr Kaja Gadowska, Instytut Socjologii UJ
Rozpocznę od przytoczenia definicji społeczeństwa obywatelskiego. Mimo że nie istnieje jedna wspólna definicja tego, czym jest społeczeństwo obywatelskie, wspólny rdzeń wszystkich współczesnych koncepcji stanowi konstatacja, że społeczeństwo obywatelskie reprezentuje sferę różną od państwa. Większość koncepcji społeczeństwa obywatelskiego zakłada istnienie różnego typu organizacji o dobrowolnym charakterze, usytuowanych w przestrzeni między rodziną albo jednostką a państwem, bądź mówi o organizacjach pozarządowych, których celem jest organizowanie, edukowanie i pobudzanie obywateli do politycznego uczestnictwa. Co istotne, w dosyć trafnej definicji sformułowanej przez Jean Cohen i Andrew Arato, mówi się o społeczeństwie obywatelskim jako sferze interakcji społecznych zajmującej miejsce pomiędzy polityką i gospodarką, na którą, obok rodziny, składają się stowarzyszenia, zwłaszcza o charakterze woluntarystycznym, ruchy społeczne i różnorakie formy publicznej komunikacji. Autorzy piszą o społeczeństwie ekonomicznym i politycznym jako sferach mediujących, poprzez które społeczeństwo obywatelskie wywiera wpływ na procesy polityczno-administracyjne i ekonomiczne. Nie sposób bowiem wyobrazić sobie obecnie, w liberalnej demokracji, społeczeństwa obywatelskiego, działającego w opozycji do państwa czy gospodarki. Niezwykle, w moim odczuciu, istotna dla zdefiniowania społeczeństwa obywatelskiego jest koncepcja Jürgena Habermasa, mówiąca o przestrzeni publicznej, która stanowi miejsce reprezentacji indywidualnych, lecz także grupowych interesów, ale, co jest istotne, formułowanych w kontekście szerszych potrzeb publicznych. Podobne stanowisko zajmuje Robert Putnam. Tymczasem, jak się wydaje, to właśnie stanowi jeden z głównych problemów w Polsce.

Z badań nad zbiorową aktywnością Polaków wynika, iż aktywne uczestnictwo w życiu społecznym jest w naszym kraju zjawiskiem mało popularnym. Polskie społeczeństwo obywatelskie jest, niestety, bierne. Mimo że z końcem lat 90. ponad 20 proc. obywateli deklarowało, że należy do różnego typu organizacji, o jakichkolwiek działaniach, prócz formalnej przynależności, mówiło mniej niż 4 proc. badanych. Przyczyn, dla których społeczeństwo obywatelskie nie rozwija się wystarczająco dobrze może być kilka. Po pierwsze, wskazywać można na przewagę w naszej kulturze narodowej wartości partykularnych, czyli takich, które prowadzą do klientelizmu, sieci kolesiowskich powiązań, nepotyzmu, które z kolei stanowią podatny grunt dla korupcji. Warto w tym miejscu przywołać tezę Stefana Nowaka o swoistej próżni społecznej, o tym, że Polacy wykazują tendencję do identyfikacji z dwiema przeciwstawnymi sferami życia społecznego – bądź narodem w ogólności, bądź na poziomie podstawowym z więzami w skali mikro, obejmującymi najbliższą rodzinę i grupę koleżeńską. Związane było to ze słabością, bądź wręcz zanikiem więzi społecznych średniego zasięgu, spadkiem społecznej identyfikacji z grupami średniego stopnia w okresie realnego socjalizmu. Poza tym, ujmując rzecz w dużym uproszczeniu, nie bez wpływu na aktywność obywatelską pozostała kompromitacja idei działania społecznego w okresie komunizmu, m.in. przez organizowane odgórnie czyny społeczne. W świadomości społecznej pozostawił również niewątpliwe ślady ponad stuletni okres zaborów, gdy Polacy, pozbawieni własnego państwa, nauczyli się działać w opozycji do władzy. Jednakże obecnie niezwykle istotną przyczyną obywatelskiej bierności, zniechęcenia i poczucia bezsilności jest korupcja u szczytów władzy, wśród polityków, czołowych przedstawicieli państwa, funkcjonariuszy administracji publicznej. Z polityki płyną sygnały, że wszystko jest dozwolone, że egoizm, kłamstwo, ewidentne nadużycia nie spotykają się z adekwatną karą, a to ludzi niezwykle zniechęca. Na tym chciałam się skoncentrować. W wywiadach, które w ramach badań nad społeczno-kulturowymi uwarunkowaniami przekształceń własnościowych w Polsce prowadziliśmy pod koniec lat 90. w kilku miejscowościach, zwracali na to uwagę przedsiębiorcy i obywatele różnych gmin.

Poszukując głębszych przyczyn rozpowszechnienia się klientelizmu, kolesiostwa i korupcji, z jednej strony możemy mówić o swoistych modelach mentalnych społeczeństwa, z drugiej zaś wskazywać na konkretne rozwiązania instytucjonalne. Nie będę wdawać się w szczegóły, jednak nie ulega wątpliwości, że gospodarka niedoborów, trudności w zdobywaniu podstawowych produktów sprawiły, że w społeczeństwie upowszechniły się korupcyjne praktyki. Swoiste przyzwolenie społeczne na pozaformalne działania ma zatem swe korzenie w znanych z okresu komunizmu praktykach „załatwiania sobie” rozmaitych spraw. Po przełomie ustrojowym usprawiedliwianiu odwoływania się do działań nieformalnych służyło towarzyszące transformacji poczucie niepewności.

Podłożem praktyk korupcyjnych na szczytach władzy był, jak się wskazuje, moment transformacji, i towarzysząca mu słabość nowych instytucji. Przed ludźmi zajmującymi uprzywilejowane pozycje władzy w poprzednim systemie otworzyło to możliwości sprawnego przekonwertowania zasobów politycznych w ekonomiczne. Prowadzona wówczas polityka przejmowania majątku państwowego przez podmioty prywatne służyć miała rzekomo pierwotnej akumulacji kapitału. Niemniej nieoficjalna polityka rządu polegająca na tolerowaniu nadużyć doprowadziła w konsekwencji do demoralizacji elit. W społeczeństwie upowszechniło się zaś przekonanie, że pierwszy milion musi zostać ukradziony. Od tego momentu złe wzorce polityczno-gospodarcze uległy utrwaleniu.

Warto w tym miejscu wspomnieć, że kolejny poważny problem stanowi w Polsce upolitycznienie służby cywilnej. Funkcjonariusze publiczni poddawani są bowiem, niestety, politycznym naciskom. Partie polityczne dążą do ograniczenia autonomii administracji publicznej i podporządkowania jej własnym interesom, co w konsekwencji prowadzi do dominacji interesów partykularnych nad interesem ogólnospołecznym. Polityka personalna w administracji sprowadza się w zasadzie do tego, że każdorazowo po wyborach parlamentarnych następuje wymiana pracowników na osoby z politycznego nadania, mimo że decyzje zatrudnienia i awansu winny być niezależne od kryteriów politycznych. Z kolei w konsekwencji upowszechnienia się postaw urzędników wykorzystujących urząd publiczny dla osiągania prywatnych korzyści jest załamanie się zaufania do instytucji publicznych. Cennym łupem politycznym są również stanowiska w państwowych funduszach i agencjach oraz radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa. Dysponujemy całym szeregiem negatywnych przykładów świadczących o tym, że posady w radach nadzorczych spółek Skarbu Państwa traktowane są jako synekury, stanowiące trampolinę do skoku w gospodarkę, że przez spółki państwowe wyprowadza się publiczne pieniądze do prywatnych kieszeni, że dochodzi tu do rozmaitych nieprawidłowości, że osoby związane z polityką prowadzą własną działalność gospodarczą, że łamane są ustawy o ograniczeniu prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby pełniące funkcje publiczne, o wynagradzaniu osób kierujących niektórymi podmiotami prawnymi, o zamówieniach publicznych.

Przy okazji przedsiębiorstw państwowych chciałam zwrócić uwagę na inne niepokojące zjawisko, co ciekawe, pozytywnie oceniane przez polskie społeczeństwo, a mianowicie klientelizm grupowy. Pewne branże przemysłowe, grupy zawodowe czy pracownicze czerpią korzyści od państwa. Nieskuteczne reformy górnictwa węglowego pochłonęły od początku lat dziewięćdziesiątych ponad 40 mld złotych, kolejne 18 mld kosztowało umorzenie zadłużenia górnictwa, następne 6 mld pochłonie dalsza reforma sektora. W ramach realizacji programów restrukturyzacji zatrudnienia, górnicy korzystali m.in. z wysokich odpraw i świadczeń socjalnych. Niewątpliwie 400 tys. osób zatrudnionych u progu reform w górnictwie, ale i obecne 130 tys. stanowi zaplecze wyborcze, z którym należy się liczyć. Inny przykład to uzgodnienia w spółkach energetycznych, takich jak Energa, ENEA, w holdingu elektrowni i kopalni BOT, czyli Bełchatów - Opole – Turów. Około 60 tys. pracowników zostało objętych dziesięcioletnimi gwarancjami zatrudnienia, w konsekwencji czego, jeżeli zostaną zwolnieni wcześniej, to zakłady wypłacą im utracone z tego tytułu wynagrodzenia. Stracimy na tym wszyscy, albowiem, pomijając fakt, iż będzie to stanowić przeszkodę dla przyszłej prywatyzacji, koszty te zostaną niewątpliwie wliczone w cenę energii elektrycznej. Podobnie zresztą, z własnych podatków od lat finansujemy nieefektywne reformy górnicze. Co jednak ciekawe, nie napotyka to oporu społecznego. Wręcz przeciwnie, w sondażach ludzie wykazują pełne zrozumienie dla partykularyzmów grupowych, w zasadzie nikt nie ma za złe, że grupy te zyskują kosztem społeczeństwa. Stanowi to raczej podstawę do wysuwania kolejnych roszczeń przez hutników, stoczniowców, itd. Jest to swoista ilustracja tezy o braku postulowanego przez Habermasa myślenia w kategoriach ogólnospołecznych.

Wracając do korupcji elit, warto wspomnieć o aferach samorządowych: aferze ratuszowej w Opolu, układzie warszawskim, aferze bydgoskiej, o których swego czasu informowała prasa. Na szczególną uwagę zasługuje jednak problem zawłaszczenia państwa wskazujący na zatarcie się różnicy między sektorem publicznym i prywatnym. Jeden z przykładów stanowi afera Rywina, w której wyszło na jaw, jak faktycznie załatwiało się odpowiedni kształt ustawy medialnej. Szeregu ilustracji dostarcza służba zdrowia. Inny przykład powiązań między biznesem i polityką stanowi sprawa gier losowych. Kolejny to zataczająca coraz szersze kręgi afera paliwowa, która obrazuje, niestety, sprzedajność i nieudolność służb III Rzeczpospolitej. Trzeba przyznać, że funkcjonowanie tak gigantycznej struktury wymagało ochrony ze strony polityków, służb specjalnych, ochrony prawnej, celnej, policyjnej. Sprawa ta stanowi przedmiot śledztwa sejmowej komisji „orlenowskiej” oraz prokuratury. Kolejnym problemem jest lobbing, ujawniony również przy okazji afery Orlenu. Poseł Andrzej Pęczak, użytkujący luksusowego mercedesa, którego otrzymał od „lobbysty” za pośrednictwo w prywatyzacji polskich hut stali. Podobnych spraw jest wiele spraw, główny kłopot polega na tym, że wykrycie i upublicznienie nieprawidłowości w wielu wypadkach nie prowadziło do pociągnięcia zamieszanych w nie osób do odpowiedzialności. W tym leży zasadniczy problem. Sygnały o bezkarności sprawców nadużyć są bardzo negatywnie odbierane przez społeczeństwo. Wśród ludzi utrwala się wówczas przekonanie, że nie są w stanie niczego zmienić; jeśli dochodzi do korupcji na szczytach władzy, to cóż mogą na to poradzić. Prowadzi to do poczucia bezsilności i, w konsekwencji, wycofania i zniechęcenia.

Jednak nagłaśnianie afer przez media coraz częściej okazuje się skuteczne. Dzięki temu prokuratura nie może pewnych spraw ignorować, powstają kolejne sejmowe komisje śledcze, których działalność jest jawna. Tym sposobem mamy szanse dowiedzieć się, jak wyglądają kulisy podejmowania istotnych decyzji politycznych i gospodarczych, jakie faktycznie rządzą nimi mechanizmy. Media, jak się wydaje, zyskały niezależność. Słychać jednak głosy, że to źle, iż media donoszą o aferach, ponieważ w społeczeństwie utrwala się negatywny obraz polityki, co może służyć jeszcze większemu zniechęceniu. Tak jednak nie jest. Okazuje się, że społeczna recepcja afer jest zupełnie inna. Wyjaśnianie afer na forum publicznym, przy zachowaniu zasady jawności prowadzi do pozytywnych konsekwencji. Korupcyjne praktyki spotykają się z coraz większym oporem, ludzie zaczynają się przeciwko temu buntować. To, iż o nadużyciach nie będzie się pisać ani mówić, nie spowoduje, iż one znikną.

Konieczne jest natomiast umocnienie rządów prawa, przy czym należy wziąć pod uwagę dwa procesy; z jednej strony podniesienie jakości stanowionego prawa, z drugiej usprawnienie wymiary sprawiedliwości i poprawę mechanizmów funkcjonowania prawa. Jak powszechnie wiadomo, stan polskiego sądownictwa stanowi poważny problem. W wielu znanych opinii publicznej sprawach dochodzi do przedawnienia, czego sztandarowy przykład stanowi sprawa FOZZ. Szereg innych spraw odkłada się latami, o czym świadczy choćby sprawa PZU. Kolejny problem stanowią przypadki nieuczciwości w środowisku sędziów. Wszystko to skutkuje załamaniem społecznego zaufania do wymiaru sprawiedliwości. Ten stan rzeczy należy zmienić.

Jeżeli chodzi o działania sprzyjające aktywności obywatelskiej, wspomina się coraz częściej o konieczności zmiany ordynacji wyborczej. Niewątpliwie prawdą jest, że ordynacja proporcjonalna w myśl zasady, iż o kolejności na listach wyborczych decydują liderzy sprzyja utrwaleniu mechanizmów klientelistycznych. Wprowadzenie ordynacji większościowej, jednomandatowych okręgów wyborczych stwarza szansę na wyrugowanie z polityki ludzi z układów, choć, jak wskazują krytycy tego rozwiązania, niesie ono jednak ze sobą inne zagrożenie - lokalnymi partykularyzmami. Idea jednomandatowych okręgów wyborczych stanowi niewątpliwie wyraz zaufania do społeczeństwa, do jego rozwagi i mądrości. Łatwo jednak wyobrazić sobie sytuację, kiedy do władzy dojdą lokalni watażkowie albo osoby, które przyjechały z walizką pieniędzy. Nie znaczy to, iż nie należy spróbować nowego rozwiązania, tym bardziej mając świadomość wad i niedostatków obowiązującego systemu, ponieważ dopiero w praktyce okaże się, na ile będzie się ono sprawdzać w naszych warunkach.

Uważam, że o gotowości uczestnictwa obywateli w życiu publicznym decyduje między innymi poziom kultury politycznej społeczeństwa, jego zainteresowanie sprawami społecznymi. Przeszkodę dla obywatelskiej aktywności stanowi, jak wspominałam, przewaga wartości partykularystycznych w kulturze narodowej. Sądzę jednak, że wspomagana przez media, szeroko zakrojona akcja obywatelskiej edukacji, powiązana z umacnianiem prawomocności instytucji w oczach społeczeństwa oraz z kampanią na rzecz przeciwdziałania korupcji – miedzy innymi poprzez uświadomienie społeczeństwu kosztów tego zjawiska – i z egzekwowaniem prawa może przynieść wymierne efekty. Aby zakończyć optymistycznym akcentem, warto powiedzieć, że wymierne efekty przyniosła nagłośniona w mediach akcja, dotycząca problemu korepetycji w szkołach. Ludzie już rozumieją, że przy zagwarantowanej bezpłatnej edukacji nieuczciwe jest dopłacanie nauczycielom, żeby po lekcjach, i to niekiedy w budynku szkolnym, udzielali korepetycji. Widać też zmianę w nastawieniu do ściągania. Coraz więcej studentów dostrzega, że takie działanie jest nieuczciwe. Jeszcze w moim pokoleniu ściąganie było nagminne, teraz w coraz większym stopniu napotyka opór. Kolejny przykład to kontrola osób przebywających na zwolnieniach lekarskich. Ilustrując problemu fałszywych zwolnień lekarskich, prasa przytaczała szereg anegdotycznych historii, m.in. o kobiecie, która dostarczywszy do pracy zwolnienie z powodu zapalenia płuc, została zaskoczona przez inspektorów ZUS w czasie remontu mieszkania, gdy, rzekomo obłożnie chora, powracała z zakupów, dźwigając ogromne paczki, o teściowej, która nieświadomie wydała zięcia, ufnie informując inspektorów, iż ów wyjechał na wczasy do Chorwacji, gdy tymczasem, w świetle dostarczonego zwolnienia, winien leżeć unieruchomiony w gipsie w wyniku złamania otwartego obu nóg. Okazuje się, że, być może również dzięki nagłaśnianiu takich przypadków, lewe zaświadczenie staje się rzeczą wstydliwą, podczas gdy przed laty oszukanie ZUS stanowiło powód do dumy. Oceny ulegają zmianie. Do świadomości społecznej coraz szerzej przenika pogląd, że dawanie łapówek w zamian za przywileje jest niezgodne z normami uczciwości. Są to być może sprawy drobne, ale napawające optymizmem.

Prof. Krzysztof Kiciński, Instytut Stosowanych Nauk Społecznych UW
W swoim wystąpieniu chcę się skoncentrować na sferze świadomości obywatelskiej. Sądzę, że stanowi ona ważny aspekt społeczeństwa obywatelskiego; nie tylko instytucje trzeciego sektora, o których się mówi i które są w tym przypadku najważniejsze, ale akurat świadomość obywatelska, czyli trochę rozszerzone pojęcie społeczeństwa obywatelskiego. Chodzi mi o kompleks postaw i przekonań, które wyznaczają poczucie współodpowiedzialności za dobro publiczne, przekonań dotyczących prawa do udziału w życiu publicznym, a także o znajomość standardów odnoszących się do tej sfery. Na tym przede wszystkim się skoncentruję. Są to standardy na przykład w zakresie praw obywateli do uzyskiwania informacji publicznej czy poglądy na to, jakie konfiguracje ról społecznych – jak by powiedział socjolog - są dozwolone, a jakie niewłaściwe. Częściej się to ujmuje w kategoriach konfliktu interesów; powstaje więc pytanie: kiedy mamy do czynienia z konfliktem interesów. Jest ono przekładalne pytanie o dopuszczalną konfigurację ról społecznych. Interesują nas wprawdzie zjawiska charakterystyczne dla ostatnich pięciu lat - i jest to bardzo ciekawy pomysł na konferencję - ale w przypadku świadomości społecznej zjawiska te muszą być traktowane jako wycinki znacznie dłuższych sekwencji czasowych. Chyba nie da się tego inaczej sensownie ująć. Zanim więc zaryzykuję kilka uwag odnoszących się do ostatniej pięciolatki, spróbuję scharakteryzować skrótowo cechy świadomości obywatelskiej, może w ogóle okresu transformacji, bo stanowi on jednak pewna całość. Kilka uwag poświęcę też problemowi wpływu trochę odleglejszego poprzednich epok, a zwłaszcza PRL-u na współczesną świadomość. Jest to delikatna sprawa, bo chciałbym uniknąć prostego schematu, że jesteśmy spadkobiercami różnych patologii PRL, bo jest on mało płodny. W niektórych przypadkach jednak nie dostrzega się, że współczesne zjawiska są w ogromnym stopniu określone przez wydarzenia z dość odległych epok; zwłaszcza okres gierkowski był dla rozwoju korupcji, powiedziałbym, interesujący.

Zacznę od kilku uwag dotyczących właśnie tego okresu. Odwołam się do badań, które prowadziłem w latach 1980-81 nad zjawiskiem korupcji w czasach gierkowskich. To były spore badania, sekretarzem naukowym tego programu był prof. Andrzej Rzepliński. Spróbuję odpowiedzieć na pytanie, co z tamtych czasów przetrwało zmianę ustrojową i stworzyło podwaliny dla rozwoju korupcji w okresie transformacji. Korupcji, która zresztą rozkwitła, jakby nastąpił dopływ tlenu, bo oczywiście nastąpił. Jednym z głównych punktów jest utrwalone, zwłaszcza w tamtej dekadzie, podejście do władzy osób sprawujących ją na wszystkich szczeblach, od ludzi typu Macieja Szczepańskiego, czyli sekretarzy stanu i jemu podobnych po kierownika pociągu, który za łapówkę znajdował miejsce sypialne, czy kierowcę w autobusie nocnym, który sprzedawał bilety na lewo, a później w bazie twierdził, że nie sprzedał żadnego, choć trasa była uczęszczana. Jeśli ktoś jeszcze pamięta, pasażerowie, wychodząc, oddawali kierowcy swoje bilety, a on je sprzedawał drugi raz, by później narzekać na korupcję „tam, wyżej”. To też była władza, ale ja jednak skoncentruję się na tej prawdziwej, na ludziach, którzy naprawdę mieli sporo władzy w rękach, zwłaszcza w tamtym okresie, w związku z odchodzeniem w niebyt czasów, w których liczyła się ideologia, choćby najbardziej paskudna, ale stanowiąca jakąś motywację do działania nie dyktowanego wyłącznie własnym interesem. Wchodziły w życie pokolenia w pewnym sensie cyniczne, nastawione na karierę, traktujące wszelkie role władcze czy polityczne jako instrument pozyskiwania korzyści osobistych. To było masowe zjawisko. Można powiedzieć, że pod koniec gierkowskiej dekady dominowało przeświadczenie, że ktoś, kto inaczej traktuje władzę, jest po prostu naiwny, nieżyciowy i nie pasuje do systemu. Poseł z diety nie wyżyje – wyznał dobrodusznie w mediach jeden z przywódców SLD, ukształtowany w tamtych czasach. Dla niego jest to oczywiste. Zresztą, nie jest to przykład skrajny. Motorem działania w tamtym okresie, w porównaniu z epoką gomułkowską, był swoisty etos konsumpcyjny czasów Gierka, który współistniał z rynkiem niedoboru. Władza była głównym kluczem dostępu do dóbr, których brakowało, a które oficjalnie mogły już być przedmiotem pożądania. Drugim elementem jest utrwalenie w kręgach ludzi władzy przekonania, że prawdziwe ośrodki podejmowania decyzji ulokowane są poza konstytucyjnymi strukturami państwa. W tym przypadku wchodzi w grę cały okres PRL, ale dekada gierkowska też tutaj swoje wniosła. Komisja ds. Rywina uświadomiła widzom, na czym to polega obecnie, jak trudno jest ustalić miejsce, w którym zapadły decyzje, i jak to się rozmija z formalnymi strukturami. Dla ludzi, którzy wywodzą się z tamtej epoki jest to stan naturalny, wtedy posiedli know-how tych praktyk.

Trzeci element niezupełnie należy do sfery świadomości społecznej, lecz też do sfery nawyków, swoistego know-how, funkcjonującego w środowisku ludzi sprawujących władzę - to przede wszystkim umiejętność tworzenia układów korupcyjnych. Korupcja rzadko kiedy ma postać indywidualnych poczynań. Z reguły wchodzą w grę układy oparte na zasadzie mniej lub bardziej ukrytej wymiany korzyści. Jest to kunszt w dziele tworzenia sieci opartych na brudnej solidarności.

Obecnie zapomina się, jak rozległe struktury korupcyjne działały w PRL na przykład w handlu, zwłaszcza mięsem czy benzyną. To były całe potężne układy, struktury obejmujące setki ludzi, dobrze wytrenowanych, wiedzących, jak to się robi. Zupełnie nie wiadomo dlaczego, za objęcie stanowiska kierownika stacji CPN, bardzo źle opłacanego, trzeba było dać ogromną łapówkę, i to w całej Polsce. Teraz mamy afery paliwowe, ale myślę, że dobrze to przetrenowaliśmy w tamtym okresie.

Pamiętając o tamtych uwarunkowaniach, zastanówmy się teraz nad pytaniem, jak obecnie, w okresie transformacji, wygląda świadomość obywatelska, czym się charakteryzuje. Wydaje mi się, że ogólnie można mówić zwłaszcza o dysproporcji między moralnością prywatną a obywatelską. To jest sprawa znana. Chodzi o taką „infrastrukturę moralną” - jakby powiedzieli prof. Edmund Lipiński czy prof. Andrzej Tymowski - która sprawia, że źle działają mechanizmy publiczne. Tu akurat standardy moralne są skromniutkie, prawie ich nie ma, i to już nie tylko kwestia PRL, lecz długiej naszej historii. O tym się czasem mówi i pisze, i słusznie. Przyczynił się do tego brak sfery życia publicznego w Polsce, która bądź nie istniała, właściwie przez dwieście, dwieście pięćdziesiąt lat, bądź była traktowana jako obca. Z tym się wiąże niejasność w dziedzinie standardów, określających, co jest właściwe, a co niewłaściwe w działaniach ludzi pełniących role publiczne. Dla mnie sprawą najważniejszą jest nieznajomość standardów, gubienie się w nich, nieporadność w poruszaniu się wśród nich. Na przykład nieumiejętność określenia, kiedy występuje konflikt interesów, jakie konfiguracje ról społecznych są dopuszczalne, jakie niedopuszczalne, itd. Kolejny element świadomości stanowi poczucie bezsilności i bezradności w obliczu ujawnianych afer i patologii. To jest stan społeczny, który ma coś wspólnego ze zjawiskiem, określanym przez Stanisława Ossowskiego jako kompleks liliputa w społeczeństwie. Polega on na tym, iż społeczeństwo ma wrażenie, że nad jego głową ścierają się potężne siły, na które nie ma ono żadnego wpływu. Korelatem tego kompleksu jest przekonanie o bezkarności wysoko postawionych bohaterów afer. Nawet w przypadku, gdy zostaną one ujawnione, bo ostatnio coś się zmienia, prasa coś wydobywa, zaczynają się jakieś śledztwa, ale co najbardziej charakterystyczne, że to się jakoś niczym konkretnym zwykle nie kończy. Nawet afera FOZZ może się skończyć przedawnieniem. To wszystko owocuje przekonaniem, że istnieją ludzie nietykalni, a to przekonanie jest związane z poczuciem, że wszelkie działania, podejmowane przeciw przestępczości, w tym zwłaszcza korupcji, wymierzone są jedynie w maluczkich.

Trzeci element to brak wiary w uczciwość przedstawicieli grup zaufania społecznego. Nawiązując do tego, co mówił - choć bardzo ostro i kontrowersyjnie - prof. Rzepliński, kilka zawodów można postawić na pierwszej linii, ale absolutnie najważniejszy jest zawód sędziowski. Nie jestem pewien, czy nawet na tej sali nie znalazły się osoby, które uznały za przesadne stwierdzenie prof. Rzeplińskiego, że w państwie wystarczy jeden nieuczciwy sędzia, by przy braku dostatecznie silnej reakcji ze strony środowiska zawodowego można było mówić, iż jest ono skompromitowane. Nie wolno sobie pozwolić na nieprzyjmowanie tego do wiadomości. Złowrogo się tu ujawnia nasza permisywność jako cecha i moralności ogólnej, i zawodowej. A takich przykładów ostatnio jest w Polsce sporo.

Czy coś drgnęło w świadomości społecznej w dziedzinie standardów dotyczących sfery publicznej? Wydaje mi się, że może coś się zaczyna ostatnio zmieniać na korzyść w świadomości ludzi, obywateli, do których powoli dociera ustawowa niejako rzeczywistość, iż mają spore prawa w dziedzinie dostępu do informacji publicznej, czyli mogą domagać się wyjaśniania przesłanek różnych decyzji, odsłaniania tego, co zwykle u nas było zakulisowe. W bólach ta świadomość się rodzi. Komisje sejmowe, choć dostarczają nam wielu frustrujących wrażeń, to jednak pomagają w jej kształtowaniu. Może nieco lepiej zaczyna się też pojmować problematykę konfliktu interesów. Wiem to z własnych doświadczeń dydaktycznych, że w tej chwili słuchacze różnych szkół trochę lepiej poruszają się w tej tematyce niż ich koledzy sprzed siedmiu czy ośmiu lat. Może też zachwiało się trochę przekonanie, że istnieje sfera ludzi nietykalnych. Sądzę, że w tej chwili to się wszystko waży, zobaczymy w najbliższym czasie, czy to przekonanie nie będzie się dezawuowało. Owe zmiany w świadomości obywatelskiej polegają na absorbowaniu przez nią standardów zawartych w ustawach, które – mówiąc w ogromnym uproszczeniu – stanowią część procesu dostosowawczego do Unii Europejskiej. Takich ustaw w ostatnich latach pojawiło się sporo, w tym kluczowa tzw. ustawa antykorupcyjna czy ustawa o dostępie do informacji publicznej. Po trosze są to standardy z importu i w tej chwili następuje proces oswajania się z nimi świadomości społecznej, to przebiega powoli. Szczególnie ważna jest tu sprawa dostępu do informacji publicznej, bo ma ona kluczowe znaczenie. Napoleon, pytany, jakie czynniki decydują o wygranej wojnie, odparł, że trzy: pieniądze, pieniądze i jeszcze raz pieniądze. Gdybyśmy zapytali, jakie czynniki zadecydują o tym, czy przezwyciężymy korupcję, to odpowiedziałbym: przejrzystość, przejrzystość i jeszcze raz przejrzystość. Jest to też po trosze odpowiedź na pytanie, kto jest kontrolerem kontrolerów. Nie ma innej odpowiedzi, jest nim całe społeczeństwo, bez względu na to, jakie standardy samo reprezentuje. Lecz, jak wiadomo, obłuda jest hołdem, który występek składa cnocie. Ludzie, nawet jeśli nie są do końca uczciwi, publicznie się z tym nie obnażają i zachowują się tak, jakby byli uczciwi. Jeżeli to się dzieje przy odsłoniętej kurtynie mechanizmów, dotyczy również tych, którzy kontrolują. Trzeba podkreślić, że najszybciej z ustawy o dostępie do informacji publicznej nauczyło się korzystać dziennikarstwo śledcze. Zgodzę się w tym miejscu z Jadwigą Staniszkis, która gdy spytana przez „Rzeczpospolitą” o najistotniejsze wydarzenia minionego roku, wskazała zmiany w mediach. Media zyskały poczucie pewności siebie, niezależność i - bez względu na ich nie zawsze najszlachetniejsze motywy, bo przecież działają w warunkach rynkowych i chodzi o nakłady czy oglądalność – często jako pierwsze odkrywają kompromitujące fakty. Prokuratura zaczyna je uwzględniać, nie może pewnych rzeczy ignorować. Może obawiać się zwierzchników, ale z drugiej strony obawia się też kogoś innego, kto jest od tych zwierzchników niezależny. Taki stan rzeczy wydaje się obiecujący.

Dr Jacek Kucharczyk, Instytut Spraw Publicznych
Co drgnęło w świadomości społecznej i jakie to ma implikacje dla roli społeczeństwa obywatelskiego w zapobieganiu i walce z korupcją? Jest chyba pewien konsens wobec stwierdzenia, że coś drgnęło, że pogłębia się rozumienie znaczenia problemu, i to zarówno wśród elit, jak i ogółu obywateli. Można to zmierzyć różnymi badaniami, zadając pytanie: czy uważasz, że w Polsce korupcja to duży problem. Rośnie odsetek ludzi, którzy zgadzają się z tym twierdzeniem. Co wynika ze zmian świadomości? Zmiany te są w dużej mierze zasługą mediów, działalności informacyjnej, po części także monitorującej, alarmowania opinii publicznej. Jedną z ról obu tych instytucji – mediów i organizacji pozarządowych – jest podnoszenie ogólnej świadomości społeczeństwa i obywateli. Lecz to zdecydowanie za mało. Wydaje się, że w punkcie, w jakim się teraz znajdujemy, osiągnęliśmy stan nasycenia. Według niektórych badań, każdy Polak przyznaje, że korupcja w naszym kraju jest problemem. Bardziej chyba nie da się już podnieść świadomości. Skuteczność ogólnego oddziaływania kolejnych informacji o aferach korupcyjnych może spadać, o ile nie podejmie się też innego rodzaju działań. Nie mówię, że informowanie jest niepotrzebne czy nieważne, bez tego byśmy się nie posunęli do przodu, ale konieczne są też innego rodzaju działania. Powinny one wynikać m.in. z diagnozy świadomości społecznej. Wynika z niej, że choć ogólnie uznajemy korupcję za poważny problem i wyzwanie dla demokracji, to istnieją w poszczególnych grupach społecznych mechanizmy obronne przed wyciągnięciem konsekwencji wynikających z tego podstawowego stwierdzenia. Mam wrażenie, że w większości przypadków działa mechanizm: korupcja to jest ważny problem, ale dotyczący głównie polityków, a więc oni są zawsze winni. Dotyczy to różnych grup społecznych. W zeszłym roku miałem interesujące doświadczenie przy realizacji projektu, który Instytut Spraw Publicznych wykonywał na zlecenie Urzędu Służby Cywilnej. Prowadziliśmy badania wśród członków korpusu służby cywilnej i seminaria, przez które przewinęło się około tysiąca osób. Seminaria miały na celu, jak to się oficjalnie nazywało, podnoszenie świadomości etycznej członków korpusu służby cywilnej. Na zajęciach opowiadałem o wynikach badań socjologicznych, dotyczących poziomu korupcji w Polsce, jej postrzegania, m.in. o wynikach badań Transparency International. Muszę przyznać, że skutek prezentacji tych wyników przekroczył moje oczekiwania. Reakcje były bardzo silne, emocjonalne, w dużej mierze polegały na syndromie: to nie my, to politycy robią złą opinię, w tym przypadku urzędnikom państwowym. Szły za tym próby podważania metodologii, itd. Ktoś nazwał to już syndromem oblężonej twierdzy, który jest charakterystyczny dla wielu grup społecznych. Jest on jedną z przeszkód na drodze do upowszechniania w społeczeństwie świadomości antykorupcyjnej. To była pierwsza reakcja obronna. Później, w kolejnych dyskusjach było widać, że ludzie zaczynają sobie zadawać pytania. Prowadzi to do refleksji, pod warunkiem, że stworzy się platformę do zastanowienia nad sytuacją, nad korupcją w życiu publicznym. Jeden z wniosków tego doświadczenia jest taki, że podnoszenie świadomości etycznej albo inaczej budowanie infrastruktury etycznej to jedno z bardzo ważnych wyzwań, które powinno łączyć i administrację publiczną, i organizacje pozarządowe, a w szczególności tę część społeczeństwa obywatelskiego, która nie od razu przychodzi nam na myśl jako jego element. Chodzi o korporacje zawodowe, rady, zrzeszenia, stowarzyszenia przedsiębiorców. Wydaje się, że następnym krokiem powinna być próba włączenia kwestii korupcji i etyki zawodowej do głównego nurtu działalności tych organizacji, należących do szeroko pojętego społeczeństwa obywatelskiego. Wszędzie występuje pierwszy odruch obronny, kiedy ktoś podnosi sprawę etyki w danym środowisku, ale potrzebna jest poszerzona, pogłębiona refleksja, dyskusja.

Dużą rolę do odegrania mają tu kodeksy etyczne, formułowane na różnym poziomie ogólności. Nie zgodziłbym się z tezą, że w kodeksie etycznym potrzebne jest tylko jedno przykazanie: zachowuj się przyzwoicie. Wydaje mi się, że celem kodeksu jest przekazanie umiejętności, informacji, wiedzy o tym, co to znaczy zachować się przyzwoicie w określonych okolicznościach, wykonując dany zawód czy rolę społeczną, jak unikać konfliktu interesów, jakie zachowania są akceptowane, jakie są naganne – o tym wszystkim, co możemy nazywać infrastrukturą etyczną. Jest tu duża rola do odegrania dla różnego typu organizacji, aby przezwyciężyć syndrom moralizowania. Na seminariach często, kiedy się mówiło o kształtowaniu postaw, podkreślano, że ludzie wynoszą pewne rzeczy z domu, albo są przyzwoici, albo nie, i co tu można zrobić. W dyskusjach na temat walki z korupcją i podnoszenia etyki występują takie nożyce: z jednej strony mówi się, że to kwestia odziedziczonych postaw i snuje historiozoficzne teorie o ogólnym upadku wartości, z drugiej zaś straszy pesymizmem historiozoficznym, gdy mówimy o kształtowaniu prawa i instytucji. Cytuje się często anegdotę o trawnikach w Oxfordzie, że należy je zasiać, a potem strzyc i podlewać przez pięćset lat. Jeśli to potraktować dosłownie, my nigdy nie osiągniemy poprawy instytucjonalnej, bo będziemy czekać pół tysiąclecia, a według optymistów - jedno pokolenie. Moim zdaniem, problem w tym, żeby posiać trawnik, a potem zacząć kosić i podlewać. Pojawia się tu drugi problem, który powinien bardziej niż dotychczas zainteresować organizacje pozarządowe – kwestia zmian instytucjonalnych. Potrzebna jest debata na temat propozycji tych zmian, ocena, jak funkcjonują pewne instytucje, ale najbardziej brakuje pomysłów na to, co można jeszcze zmienić i dyskusji nad tym, czego nie zmieniać. Jest to dość ryzykowne dla organizacji pozarządowych, ponieważ jest to też zadanie polityków, grozi więc wejście w spór polityczny.

Weźmy przykład regulacji, do których my w Instytucie Spraw Publicznych jesteśmy dość przywiązani, dotyczących sposobu finansowania partii politycznych. Poseł Ludwik Dorn wyznał, że żywi rodzicielskie uczucia do tego systemu. My też w Instytucie żywimy rodzicielskie uczucia do idei, że należy finansować i kampanie, i partie polityczne z budżetu, bo to daje szanse na przejrzystość większą niż poprzednio istniejący system. Jest to jednak kwestia politycznie kontrowersyjna i lokujemy się niejako w sporze politycznym. Do aktualnych spraw, którym mogłyby się przyjrzeć organizacje pozarządowe, należy idea jednomandatowych okręgów wyborczych. Nie jestem do końca przekonany, jakie będą tego skutki, szczególnie, jeżeli wprowadzi się jednomandatowe okręgi i zniesie się obecne zasady finansowania partii politycznych. Moim zdaniem, rezultaty mogą być dość opłakane. Regulacje dotyczące lobbingu to też trudna sprawa. Z jednej strony wiemy, że sytuacja jest w tej chwili nieznośna, lecz z drugiej nie chcemy takich regulacji, które m.in. praktycznie uniemożliwią wpływanie na życie publiczne organizacjom pozarządowym. Osiągnięcie pewnego konsensu, wyważenie problemu też jest tu trudne.

Korupcja w środowisku organizacji pozarządowych też powinna stanowić przedmiot większego niż dotychczas zainteresowania. Byłoby dobrze, gdyby mechanizmy przeciwdziałania tworzyło samo środowisko. Wspomnę o roli grantodawców wobec grantobiorców, a także o kwestii, którą z angielska nazywa się good governance (dobre zarządzanie) w organizacjach pozarządowych, m.in. uaktywnienia rad nadzorczych, które obecnie z powodu bierności nie zapobiegają skutecznie możliwym patologiom.

Na koniec pokażę nowe pismo „Trzeci sektor”, które Instytut zaczął wydawać w ramach programu Trust For Civil Society i Fundacji im. Stefana Batorego. W pierwszym numerze jest bardzo ciekawy artykuł o zarządzaniu organizacjami pozarządowymi, który polecam. Kwestia zapobiegania korupcji w sektorze też będzie poruszana w dalszych publikacjach.

Katarzyna Batko, Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich
Działalność organizacji pozarządowych przeciw korupcji może mieć różne formy. Transparency International czy Program PrzeciwKorupcji Fundacji im. Batorego zajmują się raczej systemowymi zmianami na poziomie centralnym. Może być też tak, że obywatel sam myśli nad tym, co zrobić, by mieć wpływ na poprawę sytuacji. Chcę mówić o założeniu, że każdy z nas może podjąć jakąś działalność wspomagającą przeciwdziałanie i zmniejszającą poziom korupcji. Mamy wpływ na sytuację, choć większość z nas w to nie wierzy.

Warto wspierać aktywność obywatelską w przeciwdziałaniu korupcji na poziomie administracji lokalnej, bo łatwiej jest to robić we wspólnocie, w której się żyje. Zresztą, takie rekomendacje zawarł Bank Światowy w swoim raporcie z 1999 roku. Choć mówi się, że nastąpiło przesunięcie problemu w kierunku zawłaszczenia państwa, to nie znaczy, że korupcja znikła z poziomu lokalnego. Wydaje się, że na tym szczeblu lepiej, skuteczniej, bardziej strukturalnie można zapobiegać korupcji, wprowadzając rozsądne zmiany systemowe, monitorując wdrażanie prawa i promując nowe rozwiązania. Ideałem byłoby, gdyby obywatele interesowali się, jak jest realizowane podstawowe prawo, prawo do informacji, które weszło w życie kilka lat temu. Obywatele w zasadzie z niego nie korzystają, w związku z czym samorząd nie ma specjalnego przymusu, by stosować się do jego wymogów. Dobrze by było podjąć działania obywatelskie, wymuszające na samorządzie i administracji lokalnej stosowanie prawa oraz proponowanie rozwiązań, dzięki którym pewne sfery życia publicznego będą bardziej przejrzyste. Mogłoby to zmniejszyć zagrożenie konfliktem interesów i korupcją. Lecz to, niestety, tylko teoria. Po pierwsze, działalność obywatelska na szczeblu lokalnym wiąże się z licznymi zagrożeniami. Wystarczy, że ktoś zaczyna się przesadnie interesować działalnością samorządu, nie mówię już o wyciąganiu przypadków korupcji, robieniu skandali, zgłaszaniu spraw do mediów lokalnych czy centralnych. W wielu społecznościach, zwłaszcza małych, samo zainteresowanie może powodować zagrożenie codziennego bytu, bo na przykład samorząd jest głównym pracodawcą, albo rodzina osoby, która się angażuje w sprawę, jest zależna od samorządu. Poza tym, takimi sprawami zajmują się w istocie ludzie, którzy są po trosze wariatami. Pozostaje tylko kwestia poziomu szaleństwa i jego ukierunkowania: czy może ono spowodować zmianę, czy jest to działanie destrukcyjne, które do niczego nie prowadzi. Na taką osobę wywiera też nacisk rodzina, wypominając, po co to zaangażowanie, czy nie ma lepszej metody na spożytkowanie czasu, itp. Trudno jest sprofesjonalizować działania. Jesteśmy w tej chwili na etapie spontanicznych i nieskoordynowanych ruchów, które należy przekształcić w profesjonalne. Tak jak dziennikarze śledczy musieli zbudować swój warsztat, tak muszą to teraz uczynić organizacje, zajmujące się badaniem przejrzystości życia publicznego. Muszą też osiągnąć zgodność co do tego, jak ta działalność powinna wyglądać, jakie są zasady etyczne. Nie może być tak, że ktoś chce załatwić swój interes, odegrać się politycznie lub zdobyć popularność. Poza standardami etycznymi potrzebny jest warsztat, wiedza. Osoby i organizacje, które zajmują się działalnością kontrolną, powinny być lepiej przygotowane od administracji, jeśli chodzi o znajomość prawa, nowych rozwiązań proceduralnych w samorządzie. Często tak nie jest. Są obszary, które udało nam się opanować, ale do monitorowania jest bardzo dużo i tak naprawdę nie ma jeszcze ekspertów. W każdym razie takich, którzy działaliby na poziomie lokalnym, mieliby już coś przećwiczone, jakąś procedurę monitorowania czy nowe propozycje. W wielu wypadkach musimy to dopiero tworzyć. Zwłaszcza, że dodatkową słabością działaczy jest środowiskowy ostracyzm. Przytoczę przykład z badaniami, które robiła grupa lokalna. To było badanie ogólnopolskie, a ja działam w Warszawie. Monitorowaliśmy przyznawanie dotacji organizacjom pozarządowym przez samorządy. Częścią badania było przeprowadzenie wywiadu, bo to jest jeden z obszarów, w których mamy już jakieś narzędzia, co pozwala dobrze rokować na przyszłość. Wywiady robiliśmy z organizacjami, które w danej miejscowości lub mieście otrzymały dotacje ze środków samorządu lokalnego, i takimi, które nie dostały. Pytania nie były kontrowersyjne: Jak dowiadujesz się, że został ogłoszony konkurs na dotacje? Czy uważasz, że to jest dobry sposób ogłaszania? Czy uważasz, że można to było zrobić inaczej? Chodziło o zbadanie procedury przyznawania dotacji. Żadna organizacja w Warszawie, do której się zgłosiliśmy, nie zgodziła się na taki wywiad. Potwierdza to tezę, jeśli nawet nie o klientelizmie, to o strachu, żeby się nie narazić, i pokorze wobec samorządu, który ma władzę.

Działań monitorujących pracę władz lokalnych w zasadzie nie ma tak dużo i nie było w drugiej połowie lat 90. Istniały tylko „zielone telefony”, które częściowo się tym zajmowały. Próbę wykrzesania inicjatywy w społeczeństwie podjął Program Przeciw Korupcji, który zaczął szkolić lokalnych liderów grup obywatelskich. Idea jest chwytliwa, chodzi o doprowadzenie do tego, żeby zaczęły się pojawiać w całej Polsce ruchy obywateli, którzy będą kontrolowali samorząd. Jest to jednak niebezpieczne działanie z wymienianych już powodów, mało efektowne, bo nie ma fajerwerków i skuteczność bywa różna, a przez to pojawia się niechęć społeczeństwa i niewiara, że można coś zmienić. Budowanie takiego ruchu obywatelskiego to bardzo ciężka praca. W tej chwili jesteśmy po pierwszym etapie, którego celem było szkoleniu liderów, którzy będą tworzyć swoje grupy. Nadszedł już czas, żeby te grupy zaczęły działać samodzielnie. Psychologicznie to trudna sytuacja. Tu, w Warszawie mówią, jak to fajnie, że ktoś robi coś w terenie, ale ten ktoś jest narażony na konkretne naciski. Na dodatek taki ruch powinien być oddolny, więc teraz nadszedł etap samoorganizowania się i przy wsparciu Programu Przeciw Korupcji powstało Stowarzyszenie Liderów Lokalnych Grup Obywatelskich. Moim zdaniem, drugi etap to powinno być wspieranie rozwoju tych grup, ich fachowości, tzn. wspólne tworzenie narzędzi i struktur organizacyjnych, zajęcie się tym systematycznie i bardziej profesjonalnie. To jest szansa, żeby to zaczęło działać. Wyobrażam sobie, że trzecim etapem będzie powstanie konkurencji. Na razie jej nie mamy, choć jesteśmy stowarzyszeniem relatywnie słabym. Różne działania monitorujące mają miejsce. Prowadzi je Polska Zielona Sieć, ale to są specyficzne działania, koncentrujące się na funduszach związanych z ochroną środowiska. My chcemy działać na poziomie lokalnym, ale wiemy, że wszystkie projekty, które miały na celu monitorowanie działalności na tym szczeblu, nie wypaliły. Nie wiadomo, czy nam urośnie konkurencja, na razie nie ma takiego ruchu. Jest stowarzyszenie „Stop Korupcji”, ale to nie to samo. Ta organizacja nie podejmuje działań monitorujących, zajmuje się nagłaśnianiem przypadków korupcji, ewentualnie kieruje sprawy do prokuratury. Nie mówiąc już o tym, że to jest organizacja osadzona politycznie Nie tak wyobrażamy sobie nasze zadania, walkę o pozytywną zmianę i większą przejrzystość życia publicznego. Dla nas zasadniczą kwestią jest, aby to były wysiłki niezależne, pozarządowe, apolityczne, co do których nie będzie cienia podejrzeń, że ktoś ma w tym jakiś interes.

Naszą szansę na przyszłość upatruję w łączeniu się takich organizacji w sieci. Grupy lokalne są słabe, często nawet nie działają przy innych organizacjach pozarządowych, gdyż stowarzyszenia, przy których mogłyby pracować, np. biura porad obywatelskich, są utrzymywane z budżetów lokalnych, nie chcą więc mieć u siebie kogoś, kto organizuje opozycję. Większość grup ma ten sam problem, są to często inicjatywy nieformalne, korzystające z lokalu jakiegoś stowarzyszenia, ale nie działające pod jego egidą. Nie mają jak zdobyć pieniędzy na działalność, w związku z tym trudniej jest się im rozwijać, uzupełniać wiedzę. Są trochę osamotnione i łączenie się w sieci wydaje się sprawą zasadniczą. Chodzi o to, żeby istniała instytucja, która wspiera grupy w rozwoju, pozwala pomagać sobie nawzajem w ryzykownych sytuacjach. W „Przejrzystej Polsce”, do której grupy bardzo chciałyby się włączyć, jest taki pomysł, by w razie zagrożenia organizacje wymieniały się między sobą i prowadziły monitoring po sąsiedzku. Oczywiście, sieciowość daje też szanse na zdobycie środków międzynarodowych. Podsumowując swoją działalność, doszliśmy do wniosku, że jest dużo programów, w których moglibyśmy się ubiegać o środki, już jako organizacja sieciowa. Choć wydaje nam się, że docelowo powinniśmy dążyć do tego, żeby to obywatele chcieli wspierać takie działania. Pewnie to jednak daleka przyszłość, by ludzie zechcieli poświęcić na ten cel 1 proc. podatku czy zorganizować zbiórkę publiczną. W obliczu tego, co posłyszeliśmy na konferencji, i świadomości, jakie zniechęcenie panuje w społeczeństwie, ta przyszłość wydaje się bardzo odległa, ale mam nadzieję, że jest możliwa.

Przemysław Radwan, Stowarzyszenie Szkoła Liderów
Nasze stowarzyszenie organizuje co roku letnią szkołę dla liderów. Do zajęć włączyliśmy element dotyczący korupcji – konflikt interesów. Co się wówczas działo? Pamiętam jedną z rozmów kwalifikacyjnych, gdy kandydat tłumaczył nam, że zasadniczo cały problem korupcji sprowadza się do przetargów, bo gdyby nie one, to on mógłby normalnie w imieniu samorządu studenckiego kupić papier, a tak to wszystko się komplikuje. Wiadomo, że na uniwersytecie, jak są przetargi, to zaczynają się afery. Toczyły się burzliwe dyskusje na ten temat. Pamiętam taki rok, kiedy mieliśmy sporą reprezentację działaczy lokalnych z małych miejscowości na południu Polski. W przeprowadzonych przez nas niewielkich badaniach ankietowych okazało się, że większość sytuacji, które dla nas są konfliktem interesów lub korupcją, dla nich było czymś zupełnie normalnym, byli przekonani, że tak się to po prostu załatwia. W ogóle nie czuli problemu. A byli to ludzie wybrani, sporo działający w organizacjach politycznych, samorządowych czy pozarządowych.

Nie da się ukryć, że ostatnio coś się zmienia, dostrzegamy to, rozmawiając o problemie. Mam jednak poczucie, że mimo tego wszystkiego, co udało się osiągnąć przez te pięć lat, jeśli chodzi o organizacje pozarządowe, na tej sali widzimy wciąż te same twarze. To oznacza, że dla trzeciego sektora ten problem nie stał się problemem. Jest kilku wariatów, ileś tam organizacji, które się tym zajmują, natomiast tak naprawdę to nie jest problem trzeciego sektora. W większości organizacji, z którymi się spotykamy, nawet jeśli coś tam wiedzą, to odpowiadają, że oni tu sobie działają, wykonują szlachetną pracę, a polityka i takie afery - to z daleka. Myślę, że to jest dość istotny problem. Jako sektor mamy świadomość problemu, natomiast nie do końca zdajemy sobie sprawę, że możemy uczestniczyć w jego rozwiązywaniu.

Zgadzam się, że kwestia wzmocnienia organizacji strażniczych dotyczy też mediów lokalnych, jasności finansów, uniezależnienia od samorządu. Wiele tych inicjatyw nie wychodzi, bo w małych środowiskach trudno jest się narazić, wiadomo przecież, że taka organizacja przestanie dostawać granty, itd.

Patrząc na osoby, które przewinęły się przez naszą letnią szkołę, mam poczucie, że problem korupcji powinien zaistnieć w środowisku pozarządowym, które mogłoby jako całość włączyć się w jego rozwiązywanie, a nie tylko kilka organizacji. Oczywiście pojawiły się przez te pięć lat jakieś organizacje zajmujące się tą sprawą, ale jest to kilka instytucji. Tymczasem trzeba sięgnąć do korzeni i prowadzić normalną, ustawiczną edukację obywatelską, w tym o korupcji. Pojawiają się nowe pokolenia, ale jeśli chodzi o dorosłych, to też należałoby ją kontynuować. W Niemczech każdy kraj związkowy ma ośrodek kształcenia obywatelskiego, którym obejmuje zarówno młodzież, jak i dorosłych. Opowiada się tam o różnych rzeczach: o korupcji, o tym, że trzeba chodzić na wybory. Mam wrażenie, że w Polsce po latach transformacji nie nauczyliśmy się, co jeszcze można robić. Wsparcia i środków na tę działalność jest coraz mniej, rodzi się poczucie, że tego problemu nie da się zakończyć w określonym terminie, bo jest to praca ustawiczna. To kluczowa kwestia, jeśli chodzi o wzmocnienie organizacji monitorujących i strażniczych, o włączenie trzeciego sektora i myślenie obywatelskie.

Nie wiem, czy puchar w walce z korupcją wygrają organizacje pozarządowe, czy politycy. Rodzi się pytanie, czy sektor pozarządowy może w ogóle być strażnikiem zasad. Sądzę, że przed sektorem jest jeszcze długa droga, jeśli chodzi o procedury, przejrzystość, jawność. Jednak nie wystarczy, jak powiemy sobie, że mamy mieć przejrzyste procedury i publikować raporty. Chodzi o to, by ten problem stał się nasz, bo w ten sposób będziemy mogli uczestniczyć w jego zwalczaniu.

Wśród kilkunastu, kilkudziesięciu tysięcy organizacji pozarządowych zapewne też wystąpi pewna ilość nagannych zachowań. Jaki to odsetek, będzie zależeć od przyjętej definicji, od tego, które organizacje uznamy za sektorowe, czy zaliczymy do nich wszystkie fundacje przyszpitalne lub przyuniwersyteckie.

Opowiem jeszcze prawdziwą historię o autobusie. Działo się to w okolicach dworca PKS Marymont, kultowego miejsca na Żoliborzu i Bielanach. Jechałem pod Warszawę, w stronę Puszczy Kampinoskiej. Autobus PKS stał na przystanku, obok jakiś pan wyrażał się dość soczyście o plakacie Programu Przeciw Korupcji: dlaczego oni tu go wieszają, powinni to wywiesić w Sejmie. Następnie pan wsiadł do autobusu i rozegrała się scena, o której opowiadał prof. Kiciński. Zastosowano schemat „po połowie”: pan zapłacił połowę, a kierowca nie wydał biletu, tylko sprzedał go później jeszcze raz.

Na pewno pięć lat temu w większym stopniu niż dzisiaj panowało poczucie, że korupcja to w ogóle nie jest nasz problem, tylko gdzieś tam na górze. Myślę, że to się zmienia, ale podtrzymuję tezę, że potrzebna jest szeroka, sektorowa dyskusja o powrocie do różnych nurtów edukacji obywatelskiej. Nie uciekniemy od tego, takich rzeczy nie można kończyć, one muszą trwać, bo inaczej co i raz będziemy mieli problem ze świadomością obywatelską.

Jacek Strzemieczny, Centrum Edukacji Obywatelskiej
Chciałbym zacząć od tego, co się zmieniło. Gdy Centrum Edukacji Obywatelskiej zaczęło przygotowywać programy w połowie lat 80., wpisaliśmy do nich także tematy dotyczące korupcji, zaczęliśmy to publikować w podręcznikach. Różnica była taka, że podręczniki wydawane przez organizację pozarządową bardziej ten temat traktowały misyjnie, eksponowały. W 2000 roku, w wyniku różnych wydarzeń w Polsce, powstał Program Przeciw Korupcji. Potem któryś z rządów wpisał ten problem w dokumenty. W 2002 roku pojawiła się „Strategia Antykorupcyjna” i wynikło z tego, że minister edukacji narodowej ma też coś zrobić. Początkowo nie pamiętano o tym, w pewnym momencie ktoś sobie przypomniał. Może mówię trochę cynicznie, ale taki jest często wymiar pracy biurokracji – ktoś sobie przypomniał i pewne zapisy włączono do podstawy programowej. Nie jest to dokument, który łatwo reguluje to, co się dzieje w szkole, bo jest bardzo ogólny. Potem są wydawnictwa, to, co robi nauczyciel, ale tu wydarzyło się coś istotnego. Zawsze dochodzi do jakiejś gry między instytucjami strażniczymi albo organizacjami pozarządowymi i administracją, bo nawet jeśli ministerstwo coś zrobi, to potem musi być ktoś, kto projekt wdroży. Wykorzystując ten zapis, a także fakt, że był to program międzyrządowy, w którym wpływały amerykańskie pieniądze na kształcenie nauczycieli, udało nam się zostać jego operatorem. Środki były ograniczone, ale umożliwiły nam przygotowanie scenariuszy lekcji i programu szkolenia nauczycieli. Chciałem raz jeszcze powtórzyć, że to, czy będziemy mieli korupcję, czy też nie, w dużym stopniu zależy od tego, czy obywatele będą rozumieli, co to jest korupcja. Czy będą rozumieli, jakie są wymogi przejrzystości instytucji, co to jest konflikt interesów. A z tym jest słabo i to się powoli zmienia. Jeżeli zaś nie będą rozumieli, to nie będą mogli być partnerem samorządu terytorialnego, nie zorganizują się lokalnie. Występuje tu splot dwóch rzeczy: postawy degrengolady moralnej i bierności, wynikającej z przekonania, że wszyscy są skorumpowanie, oraz braku wiedzy. Ważne jest, żeby w Polsce pojawiła się podstawowa wiedza o tym, co to znaczy dobrze zorganizowany urząd, dostęp do informacji, itp. Jest wiele do zrobienia i coś się zaczęło dziać, choć idzie opornie, bo same zapisy ministerialne nie zmuszają nauczyciela, by zaczął tego uczyć.

Przejdę do dużych programów, które, mam wrażenie, mogą udrożnić tę ścieżkę. Zaczęło się ponad rok temu od programu Przejrzysta Gmina, organizowanego przez Gazetę Wyborczą, realizowanego przez Fundację Demokracji Lokalnej przy wsparciu Polsko Amerykańskiej Fundacji Wolności, Fundacji im. Stefana Batorego, Centrum Edukacji Obywatelskiej i Banku Światowego. Program był traktowany jako pilotażowy z myślą o przygotowaniu bardziej masowego projektu. Jest w nim silny element edukacyjny. W Programie Przeciw Korupcji Fundacji im. Batorego powstał model „przejrzystej gminy”, przystosowany potem do wymogów bardziej masowych programów. Określono sześć zasad dobrej organizacji, samorządu. Do dziś siedemset samorządów, a więc istotny odsetek, zadeklarowało, że będzie pracować zgodnie z tymi zasadami. Samorządy te będą musiały wypełnić konkretne zadania, które „narażają” je na przeciwdziałanie korupcji. W tym tkwi olbrzymi potencjał. Czym naprawdę zaowocuje, to zależy od jakości. Nie chcę powiedzieć, że za rok, jak ten program się skończy, będziemy mieli inną Polskę, ale możemy mieć parę innych gmin, jeśli zajdą tam pewne modelowe zjawiska.

Pomysł na ten program polega na określeniu wymogów do spełnienia i sposobów prezentowania ich realizacji przez samorządy. Będzie rozbudowana strona internetowa, na której prezentacje będą dostępne dla obywateli. Jest to, zresztą, wzorowane na skutecznym programie „Szkoła z klasą”, który Centrum Edukacji Obywatelskiej prowadziło z „Gazetą Wyborczą” i w którym Internet też odgrywał ważną rolę. Była to kontrola tego, co się dzieje w szkołach poprzez przejrzystość działań i procedur szkolnych. Jedyną sankcją było pokazanie tego obywatelom - w szczegółowy i dokładny sposób. Z samorządami będzie podobnie. Programu nie będzie realizować koalicja organizacji, które go prowadzą, lecz obywatele, jeśli się w to zaangażują.

Wracając do wątku edukacji, w którym widzę spory potencjał, chciałby powiedzieć, że w Centrum wierzymy, iż można uczyć społeczeństwo za pośrednictwem dzieci, przez uczniów można wiele rzeczy przekazać ich rodzicom. Jeśli samorząd będzie informował obywateli, na czym polega sześć zasad przejrzystości, będzie to niewiarygodne. Dobrze byłoby, żeby te zasady realizował samorząd, bo jedna z nich mówi o braku tolerancji dla korupcji. Jasny przekaz do pracowników musi wychodzić od wójta, burmistrza, prezydenta. Samorząd też musi głosić taki komunikat, ale wyobrażam sobie, że przekazanie rodzicom tych informacji może odbyć się przez uczniów. W Niemczech rewolucja ekologiczna, jaką jest segregacji śmieci, odbyła się dzięki uczniom, dzieci zaczęły edukować rodziców. Nie sądzę, że sprawa korupcji jest tak prosta i łatwa, ale coś jest w tym doświadczeniu, że zawarte w naszym programie działania można skierować do dzieci. Jeden ze scenariuszy przewiduje, że uczniowie zajmują się wspomnianymi sześcioma zasadami i każdy sprawdza jak jedna z nich jest rozumiana w jego rodzinie. Robi wywiad środowiskowy, a potem omawiają to na lekcjach. Można stymulować rozmowy uczniów z dorosłymi. To jest bardzo ważne, bo jak dotrzeć z naszą informacją do gminy, leżącej daleko od centrum, gdzie nie zawsze czyta się gazety, a na pewno nie te centralne. Wśród wspomnianych zasad są bardzo istotne zasady partycypacji społecznej, faktycznego, skutecznego informowania obywateli, pokazania przewidywalności działania gminy, fachowości. Cały program „Przejrzysta Polska” jest programem dobrego zorganizowania samorządu. Osiągnięcie pozytywnego efektu wymaga zaangażowania większej liczby uczestników, lokalnych partnerów. Niemniej jest potencjał, siedemset samorządów zadeklarowało udział, otworzyło się, w pewnym sensie się wystawiło, zapowiedziało, że będzie wspierać taką edukację w szkołach.

Gdy zaczęliśmy szkolić nauczycieli, jak prowadzić lekcje, pojawił się problem korupcji w szkole. Trudno jest wejść z tym programem, szczególnie do szkół średnich, bo jest w nich duża przestrzeń, którą wypełniają korepetycje. Dają je ci sami nauczyciele, którzy prowadzą lekcje, mamy dużo przykładów, że dzieje się to w obrębie szkoły, szczególnie w małych miejscowościach. Prowadzenie edukacji antykorupcyjnej przez nauczycieli, którzy sami są uwikłani w nieprzejrzyste działania w szkole, jest bardzo trudne. Musieliśmy podjąć ten temat, jednak nie my go zaczęliśmy, tylko prasa. Równolegle prowadzone były działania ministerstwa na rzecz szkoły bez korupcji, były one dużo istotniejsze niż nasze, ale my zainicjowaliśmy dyskusję na temat standardów etycznych nauczyciela. Na temat korupcji w szkole dyskutowano na stronie internetowej, w pismach fachowych wypowiadali się dyrektorzy placówek. Z naszych doświadczeń też wynika, że jeśli nauczyciele na początku szkolenia zaczynają o tym problemie rozmawiać ze sobą, to już jest sukces, sprawa bardziej posuwa się do przodu.

Wspominano tu o Napoleonie i wygrywaniu wojen dzięki pieniądzom. Ja wierzę głęboko, że podstawową sprawą jest edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja.

Jakub Wygnański
Pięć lat, to krótko, ale jednak mam nadzieję, że uda nam się rozwiązać ten problem szybciej niż za pięćset lat, przede wszystkim trzeba dobrze zacząć. Apropos brytyjskiej strategii odnowy obywatelskiej, znalazłem cytat z Alexisa de Tocqueville’a w tłumaczeniu Ireny Grudzińskiej-Gross. Oto on: „Społeczeństwa polityczne są tym, czym się stają nie dzięki swym ustawom, ale tym, do czego przygotowują je uczucia, wierzenia, idee, nawyk i serca i umysł ludzi, z których się składają, tym, czym uczyniły ich natura i wychowanie”. Przed nami dyskusja, może pojawią się wypowiedzi, czy ustawy pomagają.

Grzegorz Makowski, Uniwersytet Warszawski
Jestem nieco przerażony. Dobrze, że wspomniano na początku o rozróżnieniu społeczeństwa obywatelskiego i organizacji pozarządowych od strony instytucjonalnej, bo mam wrażenie, że organizacje pozarządowe coraz bardziej alienują się od społeczeństwa. Ponieważ mówimy o zaangażowaniu społeczeństwa obywatelskiego w walkę z korupcją, myślałem, że otrzymam jakąś odpowiedź, refleksję, obraz sytuacji. Takiej odpowiedzi, zwłaszcza w praktycznej części panelu, nie otrzymałem. Natomiast ja mam odpowiedź na pytanie, jakie jest zaangażowanie społeczeństwa obywatelskiego w walkę z korupcją. Dokładnie takie samo, jak w walkę z każdą inną formą przestępczości, czyli bardzo nieduże. Jeżeli ludzie nie potrafią zadzwonić gdzie trzeba, gdy ktoś pije piwo na ławce albo demoluje piwnicę sąsiadowi, to trudno oczekiwać, że będzie dzwonił na policję i posługiwał się dostępnymi mu instytucjami w walce z korupcją. Zgadzam się z tym, co kiedyś ktoś powiedział, że to nie jest sukces, bo, owszem, jest trochę tych organizacji zajmujących się korupcją, lecz powtarzanie rytuałów. Jeśli mówimy o takich hasłach, jak tworzenie sieci, poszukiwanie grantów, zakładanie stowarzyszeń, profesjonalizacja, to nie tędy droga. W ten sposób nie stworzymy ruchu społecznego przeciw korupcji, bo jedyna nadzieja to są działania edukacyjne, takie jak te podejmowane przez CEO. Naprawdę, głęboko wierzę w edukację w podstawowych elementach wychowania obywatelskiego, nawet niekoniecznie pod hasłem korupcji. Natomiast niw wierzę w tworzenie organizacji strażniczych, sieciowych, pomnażanie ich w całym kraju w zinstytucjonalizowanej formie. To jakaś idealna wizja, która się znalazła m.in. w strategii Banku Światowego, ale jest niewykonalna. W ten sposób ruchu społecznego się nie stworzy.

Anna Borucka-Cieślewicz, Prawo i Sprawiedliwość
Z wypowiedzi zaprezentowanych na konferencji wyłania się ponury obraz, bo wynika, że dopracowaliśmy się pięknych osiągnięć, jeśli chodzi o rozwój korupcji, być może będziemy mieli niedługo ekspertów w te dziedzinie, których będziemy mogli wypożyczać. W kategoriach czarnego humoru potwierdza to tezę, że my, Polacy, jesteśmy narodem bystrym i zdolnym.

Poważnie mówiąc, żeby zwalczać jakieś zjawisko, to trzeba najpierw je rozpoznać, potem opisać i dobrać metody skutecznego zwalczania. Z tego, co tu mówiono, wynika, że jesteśmy po dwóch etapach i weszliśmy w trzeci, ostatni. W związku z tym mam pytanie, na ile w metody zwalczania korupcji wpisywałyby się tzw. ustawy antykorporacyjne. Chodzi o ustawodawstwo dotyczące sądownictwa, sposobu wyłaniania sędziów czy prokuratorów, organizowania różnych aplikacji. Trywializując wypowiedzi przedmówców, wydaje mi się, że walka z korupcją będzie skuteczna dopiero, kiedy przeciętny Kowalski zrozumie, że bardziej mu się opłaca walczyć z tym zjawiskiem, niż je tolerować. Lecz to jest długa droga, nawet maraton.

Jacek Wojciechowicz, Bank Światowy
Zostałem niejako wywołany do odpowiedzi przez Grzegorza Makowskiego. Pełnię rolę dyżurnego optymisty, więc chcę powiedzieć coś optymistycznego. Nigdy w strategii Banku (zresztą, takiej strategii nigdy nie było) w sferze działań antykorupcyjnych nie zakładaliśmy, że ruch społeczny sam się stworzy i odniesie niezwykły sukces. Dla nas obserwowanie tego, co się dzieje w organizacjach pozarządowych z punktu widzenia walki z korupcją, jest niezwykle ważne. Akurat przez minione pięć lat organizacje pozarządowe odegrały bardzo dużą rolę. Nie wiem, jak się ten ruch rozwinął i jak poszedł w dół; miałem nadzieję, że uzyskam tę odpowiedź od Państwa, ale tak się nie stało. Przy wszystkich strategiach antykorupcyjnych mówi się o przywództwie politycznym jako o kluczowej sprawie dla skutecznej walki z korupcją. To przywództwo polityczne pojawiło się po 1989 roku, potem znikło, a później przejawiało się w różnych formach, bardziej związanych z koniunkturą niż aktywnymi działaniami. Pojawiały się jakieś strategie, ale było to wypełniane przez działalność społeczeństwa obywatelskiego. Na przykład to, że Program Przeciw Korupcji Fundacji im. Batorego monitorował, co się dzieje ze strategią antykorupcyjną rządu, spowodowało, iż była ona wdrażana, ktoś tego pilnował. Nie robił tego parlament, od czasu do czasu parę innych organizacji i dziennikarze. Dlatego gdy mówiłem o sukcesie Polski w walce z korupcją, wskazałem trzy elementy, z których pierwsze dwa to rozwój dziennikarstwa śledczego oraz działalność organizacji pozarządowych, pilnujących, a z drugiej strony uświadamiających społeczeństwo, że korupcja to zjawisko negatywne i należy z nim walczyć. Trzeci element to fakt, że dzięki temu poprawiła się wykrywalność korupcji i stąd ten obecny wysyp afer. Uważam, że rola społeczeństwa obywatelskiego była duża, pytanie tylko, jak szeroki to miało zasięg. Nie jestem w stanie ocenić, jak na lokalnym szczeblu działają organizacje pozarządowe, na ile odnoszą sukcesy. Nie mam magicznej recepty na sukces, ale uważam, że trzeba trochę mówić o osiągnięciach organizacji pozarządowych, jeżeli takie są, i upowszechniać - jak to Bank Światowy lubi mówić – „najlepsze praktyki”, bo to są modele do powielania. Ludzie lubią się podwiązać do sukcesu. Jeśli więc mamy osiągnięcia, to mówmy o nich.

Grzegorz Luboiński, członek grupy lekarskiej do walki z korupcją
Chciałbym nawiązać do fundacji, które działały kiedyś przy szpitalach. Zaczęło się od tego, że były to organizacje pozarządowe. Zakładano fundacje, bo nie było innych możliwości działania, i wszyscy przyklaskiwali, że to z pożytkiem dla pacjentów i lekarzy. Później powstały możliwości funkcjonowania prywatnych zakładów opieki zdrowotnej, ale fundacje przetrwały. Dziwi mnie, że przy zmianach legislacyjnych nikt nie wpadł na pomysł, żeby to zlikwidować. Są bowiem dwa rodzaje fundacji, jedne mogą prowadzić działalność gospodarczą, a drugie nie. Przecież gdyby fundacje przestały prowadzić działalność gospodarczą, a robiły to przedsiębiorstwa, łatwiej byłoby uniknąć wątpliwych sytuacji. W tej chwili fundacja, która ma szczytne cele, faktyczne jest źródłem dochodu, a jednocześnie miejscem zetknięcia sektora prywatnego i państwowego.

Wspominano, że rośnie świadomość, co jest korupcją. Oczywiście, świadomość rośnie, brakuje natomiast dezaprobaty dla korupcji, tzn. braku akceptacji zjawisk korupcyjnych. Ludzie coraz częściej wiedzą, co jest korupcją, ale wcale nierzadko aprobują to, godzą się z tym, mówią wręcz: jeśli ktoś chce ciebie skorumpować, a ty się nie dajesz, to przyślij go do mnie, ja się dam skorumpować, nie mam nic przeciwko temu. Pokazuje to, zresztą, jak szeroko korupcja funkcjonuje. Trochę się martwię, bo Grzegorz Makowski wierzy, że szeroki ruch obywatelski to jest jedyna forma istnienia społeczeństwa obywatelskiego. A jest i tak, i siak. Tak jak w demokracji, gdzie posłowie działają w imieniu narodu i jest parlament, a opinia publiczna to także są gazety, media i instytuty badania opinii publicznej, tak społeczeństwo obywatelskie ma dwie postaci. Są obywatele, którzy w zasadzie sami, jako obywatele niewiele są w stanie zrobić, i są rozmaite ich organizacje, mniej lub bardziej sformalizowane, zakładane przez nich fundacje, niestety, także te brzydkie, które ktoś inny najchętniej by wyrzucił z listy trzeciego sektora. Co ja poradzę, one też nie są rządowe, i tyle. Przyszłość ma przed sobą współdziałanie jednego i drugiego. Jacek Wojciechowicz optymistycznie chwali, ale kogo – Grażynę Kopińską. No tak, pani Kopińska jest obywatelką, jest z organizacji pozarządowej, lecz spójrzmy prawdzie w oczy - fakt, że ktoś dzięki istnieniu programu może etatowo zajmować się działalnością antykorupyjną, konkretnie świadczy o tym, kto w Polsce prowadzi obywatelską walkę z korupcją.

Katarzyna Batko
Dziękuję za wsparcie ze strony pana Luboińskiego, bo właśnie chciałam powiedzieć, że rozumienie społeczeństwa obywatelskiego jako dużych, zawodowych, profesjonalnych organizacji jest dla mnie pomyłką.

Odpowiadając Grzegorzowi Makowskiemu, który wątpi w sens pomnażania organizacji walczących z korupcją: pewnie dlatego ja działam, a Ty analizujesz, ja wierzę, Ty nie wierzysz. Masz prawo być sceptyczny. Spójrzmy konkretnie na przypadek szkoleń Fundacji Batorego: powstało ileś tam grup, które wcale nieźle działają. Moim zdaniem, jak czegoś brakuje, to brakuje; skoro nie ma spontanicznego ruchu, to zaczął się tworzyć niespontaniczny. Wiem, że to na pewno jest strasznie niefachowe i z punktu widzenia socjologa niewłaściwe. Lecz są szanse, że powstanie coś realnego, na małym odcinku, nie mamy takich ambicji, żeby natychmiast objąć wszystkie dziedziny. Nasze ambicje są zakrojone na miarę możliwości. Chodzi o to, by rozpoczynać działania w sferach, które są dla nas dostępne. Moim zdaniem, jest to jak najbardziej ruch obywatelski, ponieważ skupia osoby, które działają w wolnym czasie, angażują swoje środki, swój czas, swoje dobre relacje z otoczeniem. Być może to nie jest coś, co robi niesamowite wrażenie, ale jest bardzo obywatelskie, dużo bardziej niż działanie dużych organizacji.

Jacek Kucharczyk
Nastąpiło pewne nieporozumienie co do kodeksów etycznych: nie są one narzędziem represji karnej, lecz edukacji. Właśnie najlepiej, gdy wychodzi ona ze środowiska i jest uznawana za coś własnego. Jeśli chodzi o szczegółowość regulacji, co ma być w kodeksie, jest dużo możliwości. Nikt nie mówi o regulowaniu wszystkiego, ale upieram się, że stwierdzenie, iż trzeba być przyzwoitym człowiekiem, to trochę za mało. Kodeks etyczny wtedy skutkuje, gdy każdy ma poczucie, że jest to też jego kodeks. Myślę, że właściwa była inicjatywa Urzędu Służby Cywilnej, który wydał kodeks, ale później zdobył środki europejskie, by zorganizować seminaria, na których dyskutowano o jego treści. Jednym to się podobało, drudzy uznali to za niepotrzebne, ale ja sądzę, że to jest właściwy sposób działania i dobra praktyka.

Druga sprawa: nie słyszałem, żeby ktoś w tej dyskusji powiedział, że społeczeństwo obywatelskie składa się z samych aniołów. Wręcz przeciwnie, padały raczej stwierdzenia, że trzeba by pomyśleć o etyce i antykorupcji w obrębie samego społeczeństwa obywatelskiego.

Przemysław Radwan
Generalnie też się zgadzam z tym, co powiedziała Katarzyna Batko, ale nienawidzę „sieciowania”, całej tej nomenklatury. Wolałbym prawdziwy ruch obywatelski i strasznie bym chciał, żeby powstawały takie organizacje, których członkowie po pracy robią coś fajnego, na przykład pomagają dzieciom na wsi odrabiać lekcje. Niestety, realia są takie, zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, że ci ludzie muszą gdzieś pracować, a czasem nie mają pracy, działają w organizacji, szarpiąc się z rzeczywistością, i to „sieciowanie”, wspieranie, dotowanie, finansowanie jest chyba konieczne. Wiem, że generalnie jest taki trend, iż trzeci sektor też ma być miejscem pracy dla wielu ludzi. Uznaję, że tak jest. Bardzo szanuję trzeci sektor jako ruch społeczny. Może kiedyś ruch antykorupcyjny będzie tylko ruchem obywatelskim, ale teraz wymaga wsparcia przez inne działania.

Jakub Wygnański
Pozostało nam marzenie o spontaniczności, nam, skazanym na socjotechnikę, finansowanie i genetycznie modyfikowany wzrost. To jest straszne, ale dlatego tamto jest tak cenne. Moim zdaniem, istnieje też droga środka i jest tu miejsce dla wszystkich.

Copyright © Fundacja Batorego

na początek strony