Grzegorz Makowski: Zgubne skutki braku standardów w obsadzaniu najwyższych stanowisk w państwie

2019-10-24

Sprawa Mariana Banasia, prezesa Najwyższej Izby Kontroli nie schodzi z publicznej agendy. Na jej tle służby specjalne, które powinny były pana Banasia już dawno zweryfikować, wypadają nieudolnie. Kryzys związany z prezesem NIK nadwyręża zaufanie do państwa. Problemu można było uniknąć przeprowadzając rzetelny, transparentny wybór na stanowisko szefa NIK i dopuszczając do niego obywateli.

Państwo nie z wyboru
W Polsce istnieje całkiem sporo ważnych stanowisk państwowych, newralgicznych z punktu widzenia demokratycznego państwa prawa, które nie są obsadzane w drodze bezpośrednich wyborów. O tym, kto obejmie te funkcje, decydują różne gremia, które zazwyczaj muszą też porozumieć się między sobą lub co najmniej wskazać swoich kandydatów. Do tej kategorii zaliczają się na przykład sędziowie Trybunału Konstytucyjnego, których wyboru dokonuje parlament, a prezydent wręcza nominacje i odbiera ślubowanie. Własnych kandydatów Sejm i Senat wskazują do Krajowej Rady Sądownictwa (zmieniona przez PiS ustawa o KRS wprowadziła tu element niekonstytucyjny, ponieważ środowiska sędziowskie zostały pozbawione możliwości bezpośredniego wskazania własnych członków Rady). W zbliżony sposób wyznaczani są członkowie Rady Polityki Pieniężnej – częściowo wskazywani przez Sejm, częściowo przez Senat, a jeden z członków RPP jest też wskazywany przez prezydenta. Podobnie jest z Krajową Radą Radiofonii i Telewizji, Radą Mediów Narodowych, czy Kolegium Instytutu Pamięci Narodowej. W przypadku prezesa Urzędu Ochrony Danych Osobowych (UODO), prezesa NIK czy Rzecznika Praw Obywatelskich, do wyboru niezbędne jest porozumienie między Sejmem i Senatem.

Nie jest to pełna lista ważnych stanowisk państwowych, które są obsadzane przez parlament, prezydenta, czy rząd. Widać jednak, że są to funkcje, których sprawowanie wymaga podejmowania kluczowych decyzji dotyczących polityki pieniężnej, wymiaru sprawiedliwości, ochrony praw człowieka, czy szeroko pojętego bezpieczeństwa publicznego, czym zajmuje się między innymi właśnie Najwyższa Izba Kontroli. Stanowiska te powinny więc piastować osoby o najwyższych kwalifikacjach – merytorycznych, etycznych i charakterologicznych. Nade wszystko powinny to być osoby rozumiejące czym jest interes publicznych i kierujące się w swych działaniach wyłącznie tą przesłanką.

Dziurawe prawo i brak standardów

Tymczasem wybór osób na najwyższe stanowiska państwowe właściwie jest pozbawiony jakichkolwiek standardów, poza formalnym, ogólnym rytuałem wynikającym wprost z ustaw – najczęściej lakonicznych i dziurawych. Dlatego w praktyce wybór tych osób jest pośpieszny i nietransparetny.

Przepisy w zakresie wymogów dotyczących kandydatów są ogólnikowe. Przykładowo kryteria dotyczące prezesa NIK są sformułowane wyłącznie w konstytucji. Osoba taka nie może zajmować innego stanowiska, z wyjątkiem profesora szkoły wyższej. Nie może też należeć do partii politycznej, związku zawodowego, ani prowadzić działalności publicznej niedającej się pogodzić z godnością jego urzędu. W ustawie o NIK brak jakiegokolwiek dalszego doprecyzowania, kim powinien być prezes. W przypadku innych wysokich urzędów sytuacja jest podobna.

Sam wybór dokonywany jest wedle procedur opisanych w regulaminie Sejmu i Senatu, który jest bardzo mało wymagający. Ustawowe terminy wyboru osób na najwyższe stanowiska państwowe są zbyt krótkie. Uniemożliwiają nie tylko śledzenie procesu, nie mówiąc już o jakimkolwiek udziale w nim, ale też przygotowanie się kandydatów. W efekcie mamy do czynienia z grą pozorów, w której nie ma możliwości przesłuchania, a jedynie pobieżna akceptacja kandydata. W konkury stają więc „pewniacy”, którzy de facto są już wcześniej wybrani przez partie mające większość w parlamencie. Tak też było w przypadku prezesa NIK.

Brak standardów i jakichkolwiek wymogów co do tego, jak kandydaci na te stanowiska mają się przygotować i jakie informacje mają przekazać tym, którzy dokonują oceny i wyboru oraz opinii publicznej. Kandydaci prezentują zdawkowe biografie i niewiele mówiące CV, w których prezentuje się wyłącznie pozytywne cechy. Jednocześnie, ponieważ kandydaci nie mają żadnego obowiązku odpowiadania na pytania dziennikarzy i obywateli, a zdarza się, że nie odpowiadają nawet na pytania posłów i senatorów (lub wręcz są z tego „zwalniani” przez promującą ich partyjną większość), żeby dowiedzieć się o mankamentach takiej osoby, trzeba samemu przeprowadzić śledztwo.

Obecny stan prawny i praktyka tworzą niesłychany chaos jeśli chodzi wymogi kompetencyjne i tryb wyboru takich osób wystawiając tym samym instytucje, którymi takie osoby mają kierować, na ogromne ryzyko.

Można wybierać lepiej

Jak można byłoby lepiej zorganizować proces wyboru na stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego, Rady Polityki Pieniężnej, czy NIK, pokazały działania takich organizacji, jak Fundacja Batorego, Helsińska Fundacja Praw Człowieka (HFPC), czy Instytut Prawa i Społeczeństwa (NPRIS), które monitorowały obsadę różnych wysokich urzędów. W raporcie Pod lupą obywateli – standardy, regulacje i praktyka wyborów na wysokie stanowiska publiczne, wydanym w 2017 roku, znalazła się zarówno diagnoza problemów, jak i rekomendacje odnośnie tego, jak ulepszyć te procedury.

Sytuację mógłby poprawić odpowiednio zorganizowany tryb wyboru takich osób. Taki, który tworzyłby możliwość realnego uczestniczenia w nim posłom, senatorom, obywatelom (w tym zwłaszcza ekspertom i organizacjom strażniczym) i mediom. Taki tryb musiałby również zmuszać kandydatów do solidnego przygotowania się do debaty i prezentacji swojej osoby. Musiałby być również publicznie dostępny (np. poprzez transmisję w internecie).

To oczywiście wydłużałoby całą procedurę, ale czy nie lepiej publicznie prześwietlić kandydatów na tym etapie, niż później rozkładać ręce, jak w przypadku pana Banasia i apelować do niego, żeby może sam zrezygnował, bo nie ma innego sposobu, żeby zdjąć go ze stanowiska? Ponadto, zaletą takiego otwarcia procesu wyboru kandydatów byłaby większa rozpoznawalność kierowanych przez nich instytucji. Dzięki debacie i szerszej, publicznej prezentacji kandydatów obywatele mieliby szansę poznać nie tylko ich, ale też urzędy, które mieliby obejmować.

Gdyby parlament poważnie traktował wybór prezesa NIK, a możliwość uczestnictwa w tej procedurze mieli też obywatele i media, sytuacja z panem Banasiem nie mogłaby się zdarzyć. Swoje pytania w trakcie porządnie zorganizowanego przesłuchania mógłby zadać choćby Bertolt Kittel, któremu pan Banaś odmówił wywiadu w trakcie przygotowywania materiału na temat kontrowersji w jego oświadczeniach majątkowych. Przejrzysta i otwarta procedura mogłaby zapobiec temu, czemu nie zapobiegły (a jak wiele wskazuje, nie chciały zapobiec) służby państwa – upartyjnione i nieskore do kwestionowania stanowiska polityków partii rządzącej.


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry