Marcin Waszak: Dlaczego nie cenimy sygnalistów?

2019-06-14

Niepokojąco duża część Polaków nie jest w stanie zaakceptować zgłaszania sytuacji łamania prawa do przełożonych w pracy. Przed rządzącymi trudne zadanie wdrożenia dyrektywy o ochronie sygnalistów. I wytłumaczenie społeczeństwu, że nie ma ona nic wspólnego z promocją donosicielstwa, które znamy z ciemnych kart historii.

Niedawno opublikowano raport z ogólnopolskich badań koncentrujący się na postawach wobec osób zgłaszających nieprawidłowości w dobrej wierze „Gnębieni, podziwiani i... zasługujący na ochronę. Polacy o sygnalistach”. Jego lektura nasuwa pewne pesymistyczne wnioski co do przywiązania Polaków do swojego miejsca pracy, dobra wspólnego i przestrzegania prawa. Nasze społeczeństwo wciąż nie ceni tych wartości w stopniu na tyle dużym, żeby traktować sygnalistów jako swoich sprzymierzeńców. Jest skłonna odbierać ich działania jako destrukcyjne dla koleżeńskiej solidarności, zaufania do organizacji czy godności zawodu.

Wspomniane badanie dostarcza na to mocnych dowodów. Jedynie 26% zareagowałoby na korupcję w miejscu pracy, zgłaszając jej przypadek do przełożonego. Ciekawe są deklaracje 16% badanych, którzy udzielili odpowiedzi „to zależy”. Najczęściej takie osoby warunkowały swoją decyzję o ujawnieniu przestępstwa skalą (głównie wysokością łapówki) i częstotliwością procederu oraz... sympatią do osoby skorumpowanej. Jesteśmy w stanie rozgrzeszyć osoby łamiące prawo, które lubimy i kiedy szkoda wynikająca z ich działań nie dzieje się bezpośrednio nam. Często bardziej obawiamy się utraty dobrego kontaktu z kolegami i koleżankami z pracy, aniżeli następstw wynikających z tolerowania nadużyć w miejscu pracy. Potwierdzeniem tego są odpowiedzi tej części badanych, którzy jednoznacznie odpowiedzieli, że nie zgłosiliby przełożonemu faktu przyjęcia łapówki przez kolegę z pracy. Aż 36% osób jako powód podało, że nie chce być uznany za donosiciela.

Ilustracją tego jak bardzo nie czujemy się związani ze swoim miejscem pracy są odpowiedzi na pytanie o ocenę działania sygnalisty w zależności od tego, co zgłasza.  Z wybranych przykładów łamania prawa, badani w największym stopniu byliby w stanie zaakceptować zgłoszenie przez sygnalistę naruszenia norm bezpieczeństwa (79%) i mobbingu (blisko 75%), natomiast wyraźnie mniejszym poparciem cieszyłaby się osoba, która reaguje na korupcję (65%), ustawianie przetargów (64%), tankowanie paliwa do prywatnego auta na koszt pracodawcy (59%) czy branie „lewych” zwolnień lekarskich (49%) przez innych pracowników. Niedopuszczalność każdego z wymienionych nadużyć jest z prawnego i etycznego punktu widzenia oczywista, mimo to poparcie dla ich ujawnienia istotnie się różni. Można zauważyć prawidłowość, że zgłaszanie nadużyć stanowiących bezpośrednie zagrożenie dla pracowników, w tym także sygnalisty, jest w opinii Polaków bardziej uzasadnione, aniżeli alarmowanie o działaniach, które szkodzą przede wszystkim interesowi pracodawcy. Z różnych powodów nie szanujemy pracodawców, a także nie popieramy pracowników, którzy wyżej cenią przestrzeganie prawa aniżeli solidarność z kolegami i koleżankami popełniającymi nadużycia przed przełożonym. Wyraźnie widać to też po innych pytaniach w sondażu, które pokazały, że badani na miejscu sygnalisty informującego o korupcji w zakładzie pracy najbardziej obawialiby się reakcji nie przełożonych czy pracodawcy, ale... otoczenia. Większość respondentów (55%) jest przekonanych, że taki pracownik stałby się ofiarą ostracyzmu w swoim środowisku pracy, doświadczając mniej lub bardziej dotkliwych zachowań odwetowych ze strony kolegów i koleżanek.

O większe zrozumienie dla sygnalistów i większą wrażliwość etyczną można byłoby podejrzewać osoby z wyższym wykształceniem, reprezentujące zawody inteligenckie, elitarne. Sondaż ujawnił, że w wymiarze promowania postaw obywatelskich i troski o dobro wspólne grupę tę trudno jednak nazwać elitą. Wyższe wykształcenie, wykonywanie zawodu prawnika czy lekarza w żaden sposób nie wiąże się z tym, że rośnie nasza niezgoda na nieprawidłowości w miejscu pracy i szacunek dla osób, które z nimi walczą. Może być wręcz odwrotnie, co obrazuje ostatni przypadek radcowskiej aplikantki, ukaranej naganą i grzywną za naruszenie tajemnicy przedsiębiorstwa, jakie miało miejsce w związku z ujawnieniem nieprawidłowości u jej mocodawcy. W orzeczeniu dotyczącym tej sprawy Sąd Najwyższy stwierdził, że takie postępowanie jest niezgodne z... kodeksem etyki zawodu. Aplikantka spotkała się z zarzutami, że naraziła na szwank godność zawodu, dobre imię instytucji, w której pracowała i zachowała się nielojalnie wobec swojego pracodawcy. Jednak bezwzględne posłuszeństwo zasadom zawodowej korporacji może prowadzić do ukrywania informacji ważnych z punktu widzenia interesu publicznego. Bez sygnalistów, często współpracujących z dziennikarzami śledczymi, nagłaśnianie patologii, także wśród osób wykonujących zawody zaufania publicznego, jest niezmiernie trudne.

Na pewno mamy duży problem z edukowaniem społeczeństwa, dlaczego informowanie o problemach i nieprawidłowościach nie jest niczym złym, jeżeli tylko trzymamy się faktów. Te trudności niestety nie dziwią, skoro takie zachowania nie są promowane przez nauczycieli. Pomysł szkolnych skrzynek dla sygnalistów, zainicjowany przez Ministerstwo Edukacji Narodowej po tragicznej śmierci ucznia ugodzonego nożem przez kolegę w jednej z warszawszkich szkół, ma umożliwić mniej śmiałym uczniom i ich rodzicom anonimowe zaalarmowanie m.in. o przypadkach przemocy i znęcania się w szkole. Od razu wywołał oburzenie części pedagogów, uważających, że stanowi to zachętę do złośliwych donosów, podważających zaufanie do szkoły. Paradoksalnie pokazuje to jak małą wiarę pokładają oni sami w rodzicach uczniów, jeżeli z góry posądzają ich o nadużywanie tego mechanizmu.

Tak jak w szkole, tak w miejscu pracy sygnaliści budzą obawy i podejrzenia o nieczyste intencje. Postrzega się ich jako stronę w permanentnym konflikcie toczącym się między pracodawcą a pracownikami, a jeżeli jeszcze sprzyjają w nim pracodawcy, a nie załodze, tym gorzej dla nich. To fałszywy obraz, który może ulec zmianie tylko poprzez intensywną kampanię informacyjną, w jaką zaangażują się zarówno związki zawodowe, jak i organizacje pracodawców. Przede wszystkim taką potrzebę powinien uznać rząd, od którego zależy z jakim skutkiem zostanie wdrożona przyjęta przez Parlament Europejski dyrektywa w sprawie osób zgłaszających przypadki naruszenia prawa Unii i czy zatrzymamy się na wymaganym przez Unię standardzie minimum ochrony sygnalistów. Szerszy zakres ich ochrony zależeć będzie od poparcia społecznego. Zasługują na jedno i drugie.


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry