Paweł Marczewski: Kryzys systemu edukacji jako szansa

2019-04-10

W poniedziałek 8 kwietnia rozpoczął się bezterminowy strajk nauczycieli i nauczycielek domagających się zwiększenia wynagrodzeń. Postulaty wzrostu płac osób pracujących w oświacie nie są nowe. W kontekście faktu, że w ostatnich sześciu latach ich zarobki przestały choćby zbliżać się do średniej krajowej (i to nie tylko w przypadku nauczycieli rozpoczynających pracę w zawodzie, ale i dyplomowanych – dobrze pokazuje to wykres przygotowany przez stronę Neuropa), winą za obecną eskalację konfliktu należy obarczyć stronę rządową.

To rządzący nie potraktowali poważnie uzasadnionych postulatów nauczycieli i nauczycielek i nie zaproponowali satysfakcjonującego rozwiązania narastającego od lat problemu. Poza mobilizacją mediów publicznych przeciwko strajkującym od momentu rozpoczęcia protestu nie widać, by rząd miał jakikolwiek konstruktywny pomysł na rozwiązania tej kryzysowej sytuacji.

Na złą politykę płacową w oświacie nakłada się dodatkowo chaos, jaki wywołała nieprzemyślana i wprowadzona przez minister Annę Zalewską bez konsultacji społecznych reforma systemu edukacji. Strajk nauczycieli i nauczycielek wybuchł nie tylko na dwa dni przed ostatnim już egzaminem gimnazjalnym, ale też w roku tak zwanej „kumulacji roczników”. W 2019 do liceów aplikują jednocześnie dzieci, które należą do ostatniego rocznika kończącego gimnazja, jak i dzieci z pierwszego rocznika, który do gimnazjów już nie poszedł, ale uczęszczał do ośmiu klas w szkole podstawowej. Oznacza to w praktyce, że do liceów aplikować będzie około 726 tys. uczennic i uczniów, a nie jak wcześniej 350 tys. Nakłada to ogromną presję na samorządy, które muszą gruntownie przeorganizować sieć szkół, by sprostać nowym potrzebom, obciąża dyrektorów i nauczycieli, zmuszonych z roku na rok dostosować swoją organizację pracy do tej nadzwyczajnej sytuacji, wreszcie odbija się na uczniach, starających się o miejsce w jak najlepszej szkole średniej oraz na wspierających swoje dzieci rodzicach.

Na domiar złego ani przed wprowadzeniem reformy, ani teraz nie usłyszeliśmy od rządu żadnego uzasadnienia dla zmian, które poskutkowały ogromnym chaosem, pogłębiającym jeszcze narastający kryzys wynikający z niedofinansowania oświaty. Poprzednie dwie reformy edukacji – wprowadzenie gimnazjów i objęcie sześciolatków obowiązkiem szkolnym – wywoływały protesty, nie były konsultowane ze wszystkimi zainteresowanymi stronami, ich wprowadzenie nie przebiegało bez problemów. Te błędy i wyzwania w syntetyczny sposób opisał dr hab. Przemysław Sadura w wydanym w ubiegłym roku przez Fundację Batorego opracowaniu „Polska szkoła reform”. Poprzednie systemowe zmiany w oświacie, choć dalece niedoskonałe, miały jednak swoje uzasadnienie – chodziło w nich o wyrównywanie szans edukacyjnych. W przypadku wprowadzenia gimnazjów, przy wszystkich niedostatkach w realizacji tego zamierzenia, chodziło o ułatwienie dostępu do większych, dobrze wyposażonych szkół dzieciom w całym kraju oraz opóźnienie momentu selekcji do szkół lepszych i gorszych (przy założeniu, że przestrzegano by bezwzględnie zasady rejonizacji – w praktyce było często inaczej). Posłanie do szkoły sześciolatków miało na celu danie szczególnie dzieciom z rodzin nieuprzywilejowanych możliwości wcześniejszego kontaktu z systemem edukacji, co sprawiłoby, że nierówności wynikające z różnic w kapitale kulturowym wyniesionym z domu byłyby nieco mniejsze (przy założeniu, że szkoły byłyby przygotowane do zajęcia się młodszymi dziećmi zarówno pod względem przystosowania placówek, jak i programu).

Tymczasem ostatnia reforma wprowadzona przez minister Zalewską nie miała żadnego oficjalnego uzasadnienia poza enigmatycznym i niewypowiadanym wprost życzeniem władzy, by w szkole było „jak dawniej”. Nie bardzo przy tym wiadomo, co owo „jak dawniej” miało oznaczać. Z badań społecznych wynika, że respondenci oceniają system edukacji najczęściej przez pryzmat własnych doświadczeń edukacyjnych. O ile obywateli trudno winić za takie nastawienie, a rodzic nie ma obowiązku zapoznawania się z całym zestawem badań na temat edukacji, to w przypadku decydentów opieranie polityki edukacyjnej na niejasnej nostalgii – zwłaszcza, kiedy skutkuje to całkiem realnym chaosem przynoszącym wymierne koszty społeczne i ekonomiczne – to skrajna nieodpowiedzialność.

Wspomniane opracowanie doktora Sadury pokazywało, że z konsultowaniem reform edukacyjnych nigdy nie było w Polsce dobrze. Jeśli je konsultowano, to jedynie z wybranymi interesariuszami, co prowadziło do protestów różnych grup, których głosu nie wzięto pod uwagę – na przykład rodziców czy samorządów. Ostatniej reformy nie konsultowano z nikim, więc nie powinno dziwić, że również wywołała protesty. O ile jednak po cofniętej ostatecznie reformie sześciolatków organizatorzy akcji protestacyjnej zostali przez nowy rząd Prawa i Sprawiedliwości dokooptowani w charakterze doradców, to niewygodni protestujący przeciwko reformom minister Zalewskiej zostali po prostu zignorowani.

Zamiast jednak dać się uciszyć, obywatele zaczęli się samoorganizować, wyręczając władze w obowiązku konsultowania swoich kluczowych poczynań ze społeczeństwem. W listopadzie 2018 roku Fundacja Przestrzeń dla Edukacji opublikowała raport końcowy z cyklu obywatelskich debat „Plan dla edukacji”, cyklu spotkań, podczas których uczestnicy mogli swobodnie rozmawiać o szkole, jakiej chcieliby dla swoich dzieci. W przeddzień wybuchu strajku nieformalna sieć nauczycieli JaNauczyciel postanowiła przy pomocy kilku organizacji społecznych zajmujących się partycypacją zorganizować ogólnopolską, nieformalną Naradę Obywatelską o Edukacji. W otwartej formule, oferując jedynie narzędzia i niczego nie narzucając, animatorzy akcji chcieli zachęcić rodziców, uczniów, nauczycieli i lokalnych włodarzy w całym kraju do zastanowienia się, jak powinna wyglądać polska szkoła.

Stanowczo za wcześnie, by oceniać, jaki skutek przyniosą te działania. Nie sposób jednak podważyć znaczenia faktu, że narastający do dawna kryzys w edukacji, wywołany zbyt niskimi płacami i pogłębiony chaosem spowodowanym reformą minister Zalewskiej, obywatele próbują zamienić w szansę. Szansę na poważną, wielostronną debatę publiczną, w której słyszalny będzie głos wszystkich zainteresowanych.

W kontekście tej rozpoczętej już siłami społecznymi ogólnokrajowej dyskusji propozycja premiera Morawieckiego, by po Wielkanocy odbył się ogólnonarodowy okrągły stół w sprawie edukacji, jest nie tylko spóźniona, ale też trudno uwierzyć, że ma na celu coś więcej, niż podważenie legitymizacji protestu nauczycieli i nauczycielek poprzez udawanie gotowości do rozmów. Konkretne propozycje płacowe, które przedstawił rząd, są dla nich nie do zaakceptowania – pensje miałyby wzrosnąć dopiero w perspektywie kilku lat, a powiązanie podwyżek ze zwiększeniem pensum musiałoby poskutkować zwolnieniami. Rząd kompletnie zignorował też propozycję organizacji zrzeszających pracodawców, by 2-3 miliardy złotych brakujące do spełnienia postulatów płacowych nauczycieli pozyskać z Funduszu Pracy.

Strajk nauczycieli i nauczycielek to jedynie symptom poważnego kryzysu systemu edukacji. Organizacje społeczne, nauczyciele i rodzice starają się przekuć go w coś pozytywnego. Rządzący ograniczają się niestety do działań pozorowanych, które są równie dalekie od rozwiązania realnych problemów w oświacie, co składane na Twitterze deklaracje niektórych polityków partii rządzącej, że chętnie popilnują dzieci na egzaminie gimnazjalnym albo pouczą wybranych przedmiotów.


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry