Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz: Test na patriotyzm

2018-11-23

Unia usiłuje bronić nas przed rosyjską ingerencją. Czas aby o suwerenność naszych elekcji zatroszczył się jednak także nasz własny rząd.

Komisyjni urzędnicy ostrzegają przed próbami zewnętrznych ingerencji w trakcie majowych wyborów do europarlamentu. Dotychczasowe próby manipulacji, do których doszło m.in. w USA, Francji, Szwecji i Wielkiej Brytanii, pokazują jednoznacznie, że Rosja (a być może także inne niechętne Unii siły) mogą próbować przechylić szalę zwycięstwa w kierunku partii eurosceptycznych i antyliberalnych. UE nie kończy się tylko na słowach. Za ostrzeżeniami idą konkretne działania. Pod naciskiem Komisji giganty mediów społecznościowych podejmują kroki, które mają ochronić obywateli UE przed niepożądanymi i niekontrolowanymi przekazami z zewnątrz. Dla przykładu, w tym tygodniu Google ogłosił, że będzie sprawdzał, czy zamieszczający płatne treści o charakterze politycznym (a więc mówiące o partiach politycznych i aktywnych politykach) są zarejestrowani w UE lub/i są unijnymi obywatelami. Ponadto reklamom politycznym będzie towarzyszyła jasna informacja o sponsorze.

Jest paradoksem, że ochroną suwerenności naszych wyborów zajmuje się oskarżana przez rząd PiS o „paraimperialne” zakusy Unia Europejska. Natomiast tenże rząd nie wykazuje większego zainteresowania tym problemem. Nie słychać o żadnych działaniach prewencyjnych, podobnych to tych, jak podjęli przed swoimi wyborami np. Niemcy czy Francuzi. Ci ostatni m.in. przeprowadzili akcję edukacyjną adresowaną do funkcjonariuszy partyjnych wszystkich opcji. Ministerstwo Obrony powołało jednostkę składającą się z 2600 „cyber-żołnierzy”. Pod naciskiem władz Facebook podjął bezprecedensową decyzję o zamknięciu 70 000 fałszywych kont, operujących we Francji.

Bezczynność polskiego rządu jest tym dziwniejsza, że nie chodzi tylko o wybory do europarlamentu. Polska właśnie weszła w jedną z najdłuższych i najbardziej konfliktowych kampanii wyborczych w historii III RP. Za nami już wybory samorządowe. Po unijnych czeka nas jeszcze głosowanie na reprezentantów do Sejmu i Senatu, wreszcie w 2020 elekcja prezydencka. Niezależni dziennikarze alarmują, że problem nie jest wcale abstrakcyjny. Anna Mierzyńska w Oko.press wskazuje, że „analiza wpisów oraz użytkowników po I turze wyborów samorządowych na polskim Facebooku każe postawić tezę, że fake’owe konta, prawdopodobnie rosyjskie, usiłowały zbudować przekaz o fałszerstwach wyborczych w Warszawie”. Te obserwacje napotykają na dziwny mur milczenia polskiego rządu.

Tak się składa, że rosyjskie manipulacje mają najczęściej na celu wsparcie sił populistycznych, radykalnych i eurosceptycznych. Biorąc to pod uwagę należy więc zakładać, że ewentualne ingerencje „Kremla” mogą działać na korzyść Prawa i Sprawiedliwości. Wobec dziwnej pasywności rządu PiS nasuwa się podejrzenie, że nie tylko nie dba on o zabezpieczenie nas przez zewnętrzną ingerencją, ale być może chce na niej skorzystać.

Jeśli polski rząd chce uciąć na pniu tego typu spekulacje, powinien natychmiast podjąć systemowe działania prewencyjne. Nie trzeba tu zresztą wymyślać koła na nowo. Wystarczy skorzystać z doświadczenia już wypracowanego w USA i krajach unijnych, które zostało już dobrze opisane, w tym w publicznie dostępnych raportach.

Unia usiłuje bronić nas przed rosyjską ingerencją. Czas aby o suwerenność naszych elekcji zatroszczył się jednak także nasz własny rząd. O niezależności nie wystarczy mówić i wywieszać ją na sztandarach. Trzeba jej przede wszystkim bronić w praktyce. Ochrona wyborów będzie prawdziwym testem intencji polskiego rządu: czy zależy mu jedynie na zdobyciu władzy, czy też na zadbaniu, by wyniki wyborów odzwierciedlały suwerenną wolę polskich obywateli.


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry