Joanna Załuska: Obserwowaliśmy wybory. Pierwsze wnioski

2018-10-26

Czy wybory były przejrzyste i sprawniej zorganizowane niż w 2014 roku? Czy tamten chaos uodpornił nas na niedoróbki i dlatego reagujemy spokojniej? Jak sprawdziły się znowelizowane  przepisy Kodeksu wyborczego w praktyce? Przyjrzyjmy się faktom.

W niedzielę wyborczą w 270 losowo wybranych obwodach w całej Polsce działali społeczni obserwatorzy: 850 wolontariuszy z Komitetu Obrony Demokracji, Akcji Demokracja, Stowarzyszenia Watchdog Polska, Kampanii przeciw Homofobii i Fundacji Batorego. Wykonali kawał dobrej roboty. Zebrane dane będzie można uogólnić na cały kraj. Metodologię badania przygotował Jacek Haman (więcej informacji o projekcie na www.obserwujemywybory.pl).

Pełny raport zaprezentujemy po drugiej turze wyborów, ale już teraz mamy kilka narzucających się wniosków:

Tajność głosowania to puste hasło – brakuje kabin, przegródki na stołach nie spełniają swojej roli. Jeśli ktoś dostanie się do kabiny to głosuje z rodziną. Dlaczego przy tajności trzeba się upierać? Bo gwarantuje wolność głosu. Uświadomił mi to znajomy Anglik. Przez całe życie był przekonany, że jego rodzice głosowali na torysów, tak deklarował ojciec, kiedy brał żonę pod ramię i razem szli do lokalu. Niedawno mama wyznała mu, że ona „po cichu” od zawsze głosuje na Partię Pracy.

Przekazywanie materiałów z komisji „dziennej” do „nocnej” to kompletny niewypał. Nowelizacja wprowadziła do każdego lokalu wyborczego dwie komisje: „dzienna”, ta którą widzimy w lokalu, przeprowadza głosowanie, a druga – „nocna” przychodzi, żeby policzyć głosy. Z badania wynika, że przekazywanie materiałów trwało średnio 2-3 godziny. Rekord to 6 godzin i 15 minut. To niepotrzebna strata czasu. Komisja „nocna” powinna otrzymywać tylko urnę z głosami i natychmiast zabierać się do liczenia.

Czy tak wygląda święto demokracji? Wiele komisji pracowało w warunkach urągających wszelkim standardom (np. w małej miejscowości na Mazowszu w nieogrzewanej szkole, bez wody, bez możliwości skorzystania z toalety i zrobienia herbaty). Lokale były za małe. Obserwatorzy informowali, że wyborcy wychodzą na korytarz, żeby znaleźć miejsce do głosowania. W takich warunkach, ktoś nieuczciwy bez problemu wyniesie karty na zewnątrz, żeby sprzedać swój głos. Lokowanie kilku komisji w jednym pomieszczeniu to z kolei recepta na unieważnienie głosu – jeśli wrzucimy karty nie do tej urny co trzeba (urny są przypisane do obwodów).

Mimo nerwowej atmosfery przed wyborami i nieprawidłowości w trakcie, w debacie publicznej nie pojawił się wątek fałszowania wyników. To nasz sukces. Teraz czas na działanie sądów – tam gdzie złożono protesty wyborcze, a także na zmianę przepisów i procedur. Te wybory pokazały, że parę rzeczy trzeba koniecznie poprawić przed kolejnymi wyborami.


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry