Dawid Sześciło: Kogo w tych wyborach obchodzi ochrona zdrowia?

2019-09-11

Skoro już w kampanii wyborczej pojawił się temat ochrony zdrowia, to od walczących o głosy ugrupowań oczekiwałbym odpowiedzi na trzy zasadnicze pytania. Jak przebudować źle zaprojektowane instytucje? Skąd wziąć dodatkowych 50 miliardów złotych rocznie na zdrowie? Wreszcie, jak zwiększyć o co najmniej 50 tysięcy liczbę lekarzy? Jak dotychczas, wszystkie partie migają się od odpowiedzi.

Jedna (jedyna) dobra wiadomość na początek. Problemy systemu opieki zdrowotnej zaistniały w kampanii wyborczej i każda licząca się siła polityczna czuje, że musi coś w tej sprawie zaproponować. Trudno się nie cieszyć, że do debaty publicznej w końcu przebiły się informacje o tym, jak źle wygląda sytuacja w tej sferze. Wystarczy kilka faktów. Wśród państw OECD znajdujemy się na szarym końcu w rankingach dotyczących większości istotnych wskaźników opisujących jakość i dostępność opieki zdrowotnej. Czekamy najdłużej lub prawie najdłużej na takie zabiegi na ważne zabiegi, jak wszczepienie protezy biodra czy stawu kolanowego. Chorzy na nowotwory mają dużo mniejszą szansę na wyleczenie w Polsce, niż w innych krajach Europy. Nawet tak prosta diagnostyka jak rezonans magnetyczny jest dostępna w niektórych miejscach w kraju, co pokazują dane NIK, dopiero po ponad pół roku oczekiwania. W rezultacie Polacy oceniają swój system opieki zdrowotnej niemal najgorzej w Europie.

Zapaść systemu zawdzięczamy toksycznej mieszance dwóch składników – źle zbudowanym instytucjom i ich skrajnemu niedofinansowaniu. To system doskonale zaprojektowany, aby nikt za nic nie odpowiadał. Najbardziej korzysta na tym władza centralna, która ustala reguły i trzyma kasę, ale jest najlepiej zabezpieczona przed odpowiedzialnością wobec obywateli. Najpotężniejsza osoba w każdym województwie – czyli dyrektor oddziału wojewódzkiego NFZ – to osoba dla mieszkańców anonimowa, wolna od demokratycznej odpowiedzialności wobec nich. Tę odpowiedzialność mogą ponosić samorządy, które są jednak tylko petentem NFZ, mając na głowie najbardziej niewdzięczne zadanie w postaci prowadzenia większości szpitali publicznych. Mamy też prywatny biznes, zwłaszcza tzw. lekarzy rodzinnych oraz placówki specjalistyczne, które nie muszą się przejmować tym, czy system spełnia oczekiwania obywateli. Mogą spijać śmietankę w postaci najlepiej wycenianych zabiegów czy badań opłacanych z własnej kieszeni przez pacjentów, którzy stracili cierpliwość do systemu publicznego.

Źle zaprojektowane instytucje być może szkodziłyby mniej, gdybyśmy mieli w systemie więcej pieniędzy. Tymczasem wśród europejskich państw OECD mniejsze wydatki publiczne na zdrowie notuje tylko Łotwa. Za niewielkie pieniądze nie tylko dostajemy kiepską jakość, ale też nie jesteśmy w stanie wykształcić i zatrudnić odpowiedniej liczby lekarzy i pielęgniarek. Pod tym względem również wyglądamy niemal najgorzej w Europie.

Co na to trzy najsilniejsze ugrupowania startujące w nadchodzących wyborach? Zacznijmy od Koalicji Obywatelskiej i Lewicy, które przedstawiły dotąd najwięcej konkretów. Obie partie deklarują podniesienie wydatków na zdrowie – KO do 6% PKB, Lewica do 7,2% w 2024 r. Doceniając zauważenie problemu niedofinansowania, wiarygodność tych zapowiedzi osłabia milczenie na temat źródeł finansowania wzrostu wydatków. A przecież realizacja propozycji Lewicy to grubo ponad 50 miliardów złotych rocznie. Nie da się takiej kwoty „znaleźć” w budżecie czy przyciąć na innych wydatkach. Potrzeba nowego źródła zasilania. Bez tego nie spełni się też kolejny słuszny postulat Lewicy dotyczący zwiększenia liczby lekarzy o ponad 50 tysięcy w ciągu sześciu lat.

Obie partie obiecują skrócenie kolejek do specjalistów, przy czym KO oferuje 21, a Lewica do 30 dni oczekiwania. To ambitny plan, biorąc pod uwagę, że nawet w Szwecji standard maksymalny jest dłuższy (90 dni), a w wielu przypadkach daleko nam dziś nawet do standardu choćby pół roku maksymalnego oczekiwania. Problem w tym, że nie wiemy jakimi drogami, a nawet kiedy obie partie chcą nas do swojej kuszącej wizji doprowadzić. Obiecywane przez Koalicję „uwolnienie lekarzy od biurokracji” nie będzie panaceum na kolejki.

Koalicja poświęca też dużo uwagi aktualnym problemom na SOR-ach, obiecując m.in. inwestycje w przyszpitalne ambulatoria oraz lepszą dostępność opieki nocnej i świątecznej. To niestety tylko plastry naklejone na poważniej chory system podstawowej opieki zdrowotnej. Mówiąc najprościej, błędem okazało się stworzenie w POZ rynku lekarzy pierwszego kontaktu – przedsiębiorców opłacanych „od głowy” pacjenta, kiepsko zintegrowanych z resztą systemu. Przychodnie POZ nie mają obowiązku zapewnienia opieki nocnej i świątecznej, nie muszą nam u siebie zapewnić diagnostyki czy badań laboratoryjnych, nie dbają o profilaktykę chorób nowotworowych i innych. Można by je wręcz oznaczyć jako punkt wydawania zwolnień lekarskich czy recept w przypadku przeziębienia. W poważniejszych sprawach nauczyliśmy się chodzić na SOR.

Punktowe korekty niewiele w tym układzie zmienią. W kompleksowej reformie POZ leży klucz do rozwiązania większości naszych codziennych problemów z systemem opieki zdrowotnej. Jestem tu zwolennikiem radykalnej zmiany, polegającej na budowie zintegrowanego, zarządzanego lokalnie systemu opieki podstawowej i ambulatoryjnej opieki specjalistycznej (diagnostyka, badania laboratoryjne) w oparciu o lokalne domy zdrowia. To powinno być miejsce, w którym o każdej porze i blisko domu znajdziemy kompleksową opiekę w przypadkach niewymagających hospitalizacji. To także instytucja, która będzie odpowiedzialna za profilaktykę, zwłaszcza nowotworową. Chodzi o to, żeby konkretna instytucja publiczna zarządzana przez samorząd lokalny wzięła na siebie odpowiedzialność za codzienne sprawy zdrowotne wszystkich swoich mieszkańców. Koślawy rynek lekarzy-przedsiębiorców nie spełnił tej roli.

O ile z pomysłami KO i Lewicy można przynajmniej dyskutować, to PiS – poza chwaleniem się zapisanym w ustawie celem 5,8% PKB wydatków na zdrowie w 2023 r. – do tej pory zaproponował niewiele. To dziwi w przypadku partii, która przez cztery lata miała do dyspozycji cały aparat państwa, żeby wypracować całościową wizję zmian. Tymczasem, nawet obietnica zwiększenia finansowania nie brzmi dziś zbyt wiarygodnie. Jeżeli w okresie szybkiego wzrostu gospodarczego nie udało się radykalnie podnieść wydatków na zdrowie, to jak można na to liczyć przy zapowiadanym kryzysie i kolejnych obietnicach dotyczących transferów socjalnych?

Zastanawia także milczenie Jarosława Kaczyńskiego na temat reform opieki zdrowotnej podczas sobotniej konwencji PiS. Obiecując państwo dobrobytu prezes PiS najwyraźniej zapomniał, że do jego zbudowania nie wystarczą świadczenia pieniężne. Jeszcze ważniejszym elementem welfare state jest wysoki poziom usług publicznych z ochroną zdrowia na czele. Trzynasta, a nawet czternasta emerytura nie wystarczy do sfinansowania zabiegu wszczepienia protezy biodrowej, nie mówiąc już o sfinansowaniu leczenia nowotworowego z własnych środków w sytuacji niedomagania systemu publicznego. Prawdziwe państwo dobrobytu to takie, w którym zdrowie obywateli (również edukacja, mieszkalnictwo, transport publiczny etc.) jest w centrum zainteresowania władzy publicznej. Tymczasem partia rządząca zdaje się nam wysyłać sygnał ”zapomnijcie o wysokiej jakości usługach publicznych. Po to dajemy wam gotówkę, żebyście odpowiedzialność za swoje zdrowie czy edukację wzięli na siebie.” Za takie podejście już płacimy pogłębiającą się zapaścią w kolejnych sferach usług publicznych.


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry