Agnieszka Cianciara: Po wyborach europejskich: korekta czy wielka zmiana?

2019-05-31

Główną bohaterką wyborów do Parlamentu Europejskiego (PE) była frekwencja. W całej UE wyniosła 51%. Na pierwszy rzut oka nie jest to wynik imponujący, ale warto pamiętać, że ostatni raz frekwencję powyżej 50 proc. zanotowano w wyborach do PE w 1994 roku.

Ponadto, w każdych kolejnych wyborach frekwencja malała. To jest pierwszy przypadek w historii kiedy wzrosła i to od razu o ponad 8 punktów procentowych! Polska jest jednym z dwóch państw (obok Hiszpanii), gdzie ów wzrost był największy: 26 maja głosy oddało 45.7% uprawnionych wyborców, czyli niemal dwukrotnie więcej niż w 2014 roku!

Czy wysoka frekwencja wzmocniła partie proeuropejskie czy eurosceptyczne? Sytuacja jest niejednoznaczna i różna w poszczególnych krajach, jednak partie eurosceptyczne zyskały w skali UE mniej głosów niż oczekiwały one same i wielu komentatorów. Poniżej oczekiwań wypadły m.in. niemiecka AfD, holenderska PVV, hiszpański Vox, a nawet francuski RN Marine Le Pen. RN wygrał wprawdzie wybory we Francji, nieznacznie wyprzedzając partię prezydenta Macrona, ale w stosunku do roku 2014 stracił 2 mandaty. Największe zyski odnotowała włoska Liga Matteo Salviniego, zwiększając swój stan posiadania w PE niemal 6-krotnie.

Mniej spektakularnemu niż zakładano wzrostowi poparcia dla sił eurosceptycznych towarzyszy dalsze osłabienie dwóch największych frakcji w PE, tj. centroprawicy (EPL) i centrolewicy (SD). Po raz pierwszy "wielka koalicja" chadeków i socjaldemokratów nie zdobyła zwykłej większości mandatów. Spośród frakcji głównego nurtu zyskali liberałowie (ALDE) oraz - w mniejszym stopniu - Zieloni. Liberałowie (wzrost liczby mandatów z 68 do 107) mają nadzieję na odgrywanie w nowej kadencji kluczowej roli jako trzecia co do wielkości frakcja, niezbędna, by EPL i SD mogły zbudować większość. Dużych ambicji nie kryje w związku z tym prezydent Macron: 21 posłów jego partii to w ALDE największa delegacja narodowa.


Słaby wynik EPL, w tym niemieckiej CDU/ CSU, oznacza, że socjaldemokraci, liberałowie i zieloni będą dążyć do zakończenia dominacji EPL w strukturach władzy PE. Chodzi o to by EPL, która formalnie wybory wygrała, zrobiła więcej miejsca dla innych frakcji głównego nurtu. Przedsmak owej próby sił dał nieformalny szczyt przywódców państw UE 28 maja, gdzie rozpoczęto dyskusje nad obsadzeniem kluczowych stanowisk w unijnych instytucjach, w tym szefa Komisji Europejskiej (KE). Rywalizacja odbywa się na dwóch poziomach: frakcji w PE i instytucji - Rady Europejskiej i Parlamentu.

Zgodnie z traktatem szefa KE wybiera Rada Europejska, ale z uwzględnieniem wyniku wyborów do PE. Parlament domaga się, by Rada mianowała - jak w 2014 roku - jednego z nominatów frakcyjnych. Jednak osłabiona pozycja chadeków i ich nominata Manfreda Webera czyni sprawę skomplikowaną. Rosną szanse innych kandydatów parlamentarnych, w tym liberałów, ale i kandydatów spoza grona nominatów frakcji. Wybór pozafrakcyjnego kandydata Rady będzie oznaczać osłabienie PE względem państw członkowskich.

Niezależnie od wyniku tych negocjacji nowy parlament będzie rozdrobniony a w konsekwencji osłabiony. Trudniej będzie budować koalicje a proces decyzyjny może się wydłużyć. Z drugiej strony, jest to szansa na demokratyzację funkcjonowania PE.

Czy na tej demokratyzacji skorzysta Prawo i Sprawiedliwość, które 26 maja zdobyło aż 27 mandatów? To imponujące zwycięstwo krajowe nie przełoży się na wzrost wpływów w UE. PiS należy do frakcji EKR ("euro-realistów), której pozycja - m.in. na skutek porażki brytyjskich konserwatystów - znacząco osłabła. Alternatywne sojusze - z EPL lub z radykalną prawicą - są mało prawdopodobne. Wejście PiS do EPL to dla tej ostatniej koniec sojuszu z socjaldemokratami i liberałami. A sojusz z radykalną prawicą jest dla PiS nie do zaakceptowania ze względu na negatywne konsekwencje krajowe i czynnik rosyjski. PiS wydaje się skazany na hegemoniczną pozycję w marginalnej frakcji, pozbawionej wpływu na funkcjonowanie PE.

Natomiast argument silnego demokratycznego mandatu będzie używany przez rząd RP w negocjacjach dotyczących obsady stanowisk (szef KE, PE, Rady Europejskiej, Wysoki Przedstawiciel). Jednak traktat przewiduje ich obsadę w wyniku głosowania kwalifikowaną większością. Choć w tak ważnych sprawach konsensus był dotąd normą, to nie zapominajmy, że precedens głosowania izolującego nieprzejednanego oponenta istnieje. Pamięć o nim winna być w rządzie PiS dość żywa.

Podsumowując, nie będzie wielkiej zmiany w układzie sił w PE po wyborach: partie eurosceptyczne nie przejmą władzy a ich znaczenie w PE pozostanie ograniczone. Krajowy sukces PiS nie przełoży się na wzrost wpływu w UE. Korekta będzie dotyczyć partii głównego nurtu: wpływy chadeków osłabną a wpływy socjaldemokratów i liberałów wzrosną.


Copyright © Fundacja Batorego
Drukuj stronę
Do góry